11 minut, reż. Jerzy Skolimowski

Wyd. Kino Świat

Ruchliwy punkt dużego miasta. Wieżowce, w pobliżu park i odrapana rudera – pozostałość po przeszłości. I ludzie. Obserwujemy ich tak, jak obserwuje się przechodniów. Na jednych zwracamy większą uwagę, innych niemal nie zauważamy. Czasem usłyszymy strzępki rozmów, czasem się za kimś obejrzymy. Ale w miarę upływu czasu, z początkowego chaosu zaczyna układać się mozaika ludzkich losów, uczuć, tęsknot, ambicji. Tych ludzi, bardzo różnych, połączy wspólny, tragiczny los.

Skolimowski tworzy filmowy patchwork. Po mistrzowsku pokazuje tytułowe 11 minut z życia bohaterów. Każda postać ma tu własny charakter i rytm. Akcja rozpisana jest precyzyjne, sceny wracają z matematyczną dokładnością. Szybki, nerwowy montaż oddaje pęd współczesności.

„11 minut” to film o kruchości życia. O przypadku, który może zadecydować o naszym losie. Jerzy Skolimowski, który sam przeżył rodzinną tragedię, napisał ten scenariusz jakby chciał nas przestrzec, że czasem jedna chwila może zburzyć wszystko, co dotąd mozolnie budowaliśmy. I że trzeba żyć wtedy, kiedy nasz świat trwa. Rozważnie tworzyć własną hierarchię wartości i spraw. Bo drugiego życia – do poprawki – nie dostaniemy.

„Demon”, reż Marcin Wrona

Wyd. Kino Świat

Autopromocja
ORZEŁ INNOWACJI

Ogłoszenie wyników konkursu już 28 września

Dowiedz się więcej

Film zmarłego tragicznie we wrześniu 2015 roku reżysera jest obrazem wielowarstwowym i bardzo ciekawym. Zachodni krytycy określali go jako horror. Ale „Demon” przekracza granice gatunku. Dotyka relacji polsko-żydowskich.

Młody Anglik o polskich korzeniach przyjeżdża do kraju na swój ślub. W starym, zniszczonym domu podarowanym młodej parze przez ojca narzeczonej odbywa się wesele. Ale pan młody w ogrodzie natrafia na ludzkie kości. I coś w niego wstępuje. Dostaje dziwnych ataków przypominających padaczkę, widzi piękną pannę młodą — Żydówkę Hanę, która miała tu brać ślub prawie wiek wcześniej, a wreszcie Hana zaczyna przemawiać jego ustami. Obłęd? Dybuk?

„Demon” jest opowieścią o pamięci. Pełną tajemnicy i niedopowiedzeń, łączącą symbole polskie i żydowskie. Widz znajdzie tu odniesienia do „Dybuka” z jednej strony, a do „Wesela” i „Dziadów” z drugiej. W czasach tak bardzo nastawionych na wartości materialne Marcin Wrona opowiadał o duchowości. A raczej o jej braku. Jego ostatni film zamknął cykl, który krytycy nazwali trylogią zła. Ale sam reżyser wolał inną nazwę: trylogia poświęcenia.

„Anatomia zła”, reż. Jacek Bromski

Wyd. Kino Świat

Na pierwszy rzut oka Lulek wygląda jak zabiedzony emeryt. Ma też dużo czasu. Samotność. Żadnych złudzeń, niewiele marzeń. Ale „emeryt” okazuje płatnym mordercą, który wyszedł z więzienia. Chce zacząć nowe życie, jednak dostaje ostatnie zlecenie – morderstwo polityczne. Problem w tym, że już niedobrze widzi. „Angażuje” więc jako pomocnika snajpera, który wrócił z misji w Afganistanie.

„Anatomia zła” jest luźno oparta na sprawie zabójstwa generała Papały. Ale równie ważne, a może nawet ważniejsze niż sama akcja kryminalna jest w tym filmie tło. Polska, w której żyje Lulek.

W tym filmie wszechobecna jest agresja. Język nienawiści używany przez polityków przenika do życia społecznego. Zwyczajni ludzie warczą na siebie w zwyczajnych sytuacjach. Bromski portretuje świat, w którym wszyscy wszystkich oszukują i nie można liczyć na niczyją lojalność. Zło jest banalne, bo jest wszędzie. Staje się normą. Dobro przestało być punktem odniesienia.

Film ma precyzyjny scenariusz, cięte dialogi, jest sprawnie zrealizowany i bardzo dobrze zagrany. Świetną kreację tworzy Krzysztof Stroiński jako starzejący się płatny morderca, bez kompleksów partneruje mu Marcin Kowalczyk w roli byłego żołnierza z Iraku. Ten film wciąga. I – przekraczając granice kryminału — zostawia w widzu niepokój.

„Panie Dulskie”, reż. Filip Bajon

Wyd. Kino Świat

To nie jest nudna ekranizacja szkolnej lektury  lecz inteligentna „wariacja na temat”. Bajon pokazał dulszczyznę, która przechodzi z pokolenia. Sportretował mieszczańską warstwę ze wszystkimi jej przywarami. Ale i zaletami.

Panią Dulską z dramatu Zapolskiej, z początku wieku XX, gra Krystyna Janda. Ale potem są kolejne. Katarzyna Figura jako córka, która w dzieciństwie widziała dramat brata i służącej Hanki, a wiedzą o rodzinnej tragedii szantażowała matkę. I Maja Ostaszewska jako współczesna Dulska — niby zupełnie inna: zbuntowana, dążąca do prawdy. Ale czy na pewno?

Bajon kreśli portret ludzi, którzy próbowali w miarę bezpiecznie przetrwać dziejowe burze. Raz ukrywając rodzinny skandal, raz robiąc wszystko, żeby nie narazić się ludowej władzy. Z humorem i dystansem przygląda się tzakłamanym, pełnym hipokryzji, „ostrożnym” mieszczanom. Ale też oddaje im sprawiedliwość jako warstwie niosącej przez trudne lata swoją kulturę i wartości. To również dzięki paniom Dulskim polskie społeczeństwo przetrwało dziejowe burze zachowując swoją tożsamość.

„Żyć, nie umierać”, reż. Maciej Migas

Wyd. Kino Świat

To jest film o czterdziestokilkuletnim aktorze. Facecie, który przez całe życie gnał. Od dziewczyny do dziewczyny. Od roli do roli. Od chałtury do chałtury. A po drodze – gdzieś między Hamletem a prowadzeniem telewizyjnego show „Tańczę z gwiazdą” – to wszystko podlewał wódką. A gdy nagle spada na niego śmiertelna choroba, chce zrobić porządek we własnym życiu. Odwiedza dziewczyny, które przed laty porzucił. Trawiony wyrzutami sumienia, chce się pożegnać. One jednak są już w innym miejscu i dawnego chłopaka wykreśliły ze swojego świata. Jest jednak jedna osoba, o którą Bartek chce walczyć. To córka, kiedyś przez niego opuszczona.

Bohater filmu rozlicza się z wyborami, jakich kiedyś dokonał. „Meta nie oznacza zwycięstwa, tylko koniec. Smutny koniec. Jeden na milion zdarzy się taki farciarz, któremu uda się zawrócić i wtedy zobaczy, co za sobą zostawił” — mówi chory aktor.

„Żyć, nie umierać” staje się czymś w rodzaju przypowieści, w której nie chodzi o to, by epatować widzów traumą. Ważne jest przypomnienie, jaka jest wartość życia. Ważne są pytania, co zostawiamy po sobie i jakie wspomnienia zachowają nasi najbliżsi. A także to, by zdążyć przebaczyć. Prawdy dodaje filmowi kreacja Tomasza Kota.