Zakazane zostały nie tylko dolar czy euro, ale także bardzo popularny w całej Korea, a na terenach przygranicznych właściwie jedyny przyjmowany w handlu pieniądz - chiński yuan.

Jak podała agencja AFP, władze tłumaczą odwrót od przeprowadzonej w 2009 r reformy walutowej (wtedy zezwolono na obrót obcymi pieniędzmi na terenie Korei Płn.), decyzją zmarłego przywódcy.

Teraz każdy, kto zostanie z walutą złapany lub u kogo zostanie ona znaleziona, trafi do obozu. Państwo skonfiskuje, to co znajdzie. Ci, którzy trzymają oszczędności w walutach, muszą pójść do banku i zamienić je na bezwartościowe miejscowe wony.

Eksperci śledzący sytuację w Korei spodziewają się chaosu i zamieszek. Na targowiskach, które stanowią jedyne miejsca zaopatrzenia w żywność (państwowe sklepy są puste), przyjmowana jest tylko waluta - najczęściej yuany.

Ostatnie zamieszki były na północy na początku 2010 r, gdy po raz pierwszy od 1959 r władze zdenominowały wona w stosunku 1000 do 1. Skutkowało to gwałtownym wzrostem cen i zniknięciem towarów z targowisk.

Od tego czasu powoli zaczęto poluźniać warunki prowadzenia działalności gospodarczej. Pod koniec 2010 r rozpoczęła się produkcja telefonów komórkowych, a w 2011 - na rynku pojawiły się pierwsze koreańskie karty debetowe.

Teraz widać, że do władzy doszły siły przeciwne jakimkolwiek reformom rynkowym w Korei Północnej. I nie jest to bynajmniej nowy, kształcony za granicą młody „przywódca".