Z tego artykułu dowiesz się:
- Czy państwowy dług publiczny może przekroczyć próg ostrożnościowy 55 proc. PKB.
- Jakie konsekwencje dla gospodarki i obywateli niesie przekroczenie tego progu.
- Dlaczego MF liczy, że w 2027 r. uda się uniknąć problemów.
- Jakie działania może podjąć rząd i dlaczego zmiana definicji długu to ryzykowne rozwiązanie.
- Dlaczego ekonomiści domagają się wieloletniej konsolidacji finansów publicznych.
Państwowy dług publiczny – ten mierzony według definicji krajowej, węższej od unijnej – przy pełnym wykorzystaniu limitów deficytu, ma sięgnąć w 2027 r. 2,46 bln zł, czyli 55,9 proc. PKB, wynika z projektu przyszłorocznego budżetu, nad którym pracuje obecnie rząd. Oznacza to, że już w przyszłym roku zadłużenie państwa może przekroczyć ustawowy próg ostrożnościowy wynoszący 55 proc. PKB, co oznaczałoby konieczność ostrego zacieśnienia polityki fiskalnej.
Co oznacza przekroczenie progu ostrożnościowego?
Poziom 55 proc. PKB nie jest jeszcze konstytucyjną granicą zadłużenia. Jest jednak istotnym bezpiecznikiem wpisanym do ustawy o finansach publicznych. Po jego przekroczeniu uruchamiane są procedury ostrożnościowe. W szczególności projekt kolejnego budżetu musiałby zakładać brak deficytu albo taki jego poziom, który pozwalałby obniżyć relację długu Skarbu Państwa do PKB.
W praktyce oznaczałoby to konieczność dość drastycznego zacieśnienia polityki fiskalnej. Państwo musiałoby ograniczyć wydatki, lub zwiększyć dochody, przede wszystkim podatkowe, albo połączyć oba rozwiązania.
Czytaj więcej
Przez lata Polskę straszono „drugą Grecją”. Tymczasem to Rumunia jest dziś bliższym archetypem polskiego ryzyka fiskalnego.
Na dziś trudno oszacować, jak duża musiałaby być korekta. Dla zobrazowania problemu warto jednak podać, że deficyt budżetu państwa na 2027 r. zaplanowano na ok. 283 mld zł. To niemal 80 proc. planowanych na ten rok wpływów z VAT, kwota porównywalna z rocznymi nakładami na ochronę zdrowia, cztery razy większa niż wydatki na 800+. Gdyby więc konieczne było radykalne ograniczenie deficytu, skala dostosowań musiałaby być ogromna. Zabolałoby wszystkich: i gospodarstwa domowe, i firmy, uderzyłoby także w gospodarkę, sprowadzając na nią nawet ryzyko recesji.
Minister finansów liczy na niższy deficyt
Na szczęście na razie minister finansów Andrzej Domański uspokaja, że ten czarny scenariusz Polsce nie grozi. Podkreśla, że w przyszłym roku relacja długu do PKB pozostanie poniżej ustawowego progu 55 proc., ponieważ przewidywane wykonanie deficytu w 2026 i 2027 r. będzie niższe od zapisanych w budżetach limitów. W takim ujęciu relacja długu do PKB ma zatrzymać się na 54,8 proc. w przyszłym roku, a w tym roku wynieść 52,2 proc. PKB.
Ekonomiści przyznają, że te dosyć optymistyczne prognozy ministra mogą się sprawdzić, nie oznacza to jednak, że problem znika. – Przy relatywnie dobrej koniunkturze gospodarczej i działaniach konsolidacyjnych już zapowiadanych przez rząd można jeszcze utrzymać dług poniżej 55 proc. PKB w 2027 r., ale w kolejnym roku przekroczenie progu jest już nieuniknione – komentuje Piotr Bujak, główny ekonomista PKO BP.
Czytaj więcej
Rząd planuje podwyżkę podatku CIT, akcyzy na papierosy i alkohol czy VAT-u na napoje energetyczne. Zawetowanie tych zmian przez prezydenta Karola N...
– Obecnie dyskusja, czy będzie to 2027 czy 2028 r., jest w zasadzie wtórna. Nawet z oficjalnych prognoz w strategii zarządzania długiem wynika, że wcześniej czy później przekroczymy ustawowy próg ostrożnościowy – podkreśla też Marcin Mrowiec, główny ekonomista Grant Thornton. – Nie możemy tego problemu dłużej odkładać i udawać, że nic się nie dzieje. Rząd musi zacząć działać – dodaje.
Jak uniknąć przekroczenia limitów długu
Co w tej sytuacji może zrobić rząd? Najłatwiejszą politycznie ścieżką byłaby zmiana reguł gry. Teoretycznie można zmodyfikować ustawę o finansach publicznych, zmienić lub usunąć sam próg ostrożnościowy czy rozszerzyć katalog zobowiązań wyłączanych z krajowej definicji długu. Takie legislacyjne zmiany byłyby możliwe do przeprowadzenia przez rząd w miarę szybko (choć zawsze mógłby je zablokować prezydent).
Zdaniem ekonomistów byłoby to jednak jednym z najgorszych rozwiązań. – Zmiana ustaw i limitów to jedynie mydlenie oczu, i to tylko tym, którzy się tym nie interesują. Inwestorzy, rynki finansowe czy agencje ratingowe się na to nie nabiorą, bo taka zmiana w żaden sposób nie zmniejszy faktycznego zadłużenia – ostrzega Marcin Mrowiec.
Inna sprawa, że Polska ma doświadczenie w takich praktykach. Ostatnie kilkanaście lat to historia rozwadniania reguł fiskalnych, zmiany progów ostrożnościowych czy wypychania części wydatków poza centralny budżet. Efekt jest taki, że finanse publiczne są coraz mniej przejrzyste, obecnie mamy np. kilka różnych miar długu publicznego, a różnica między nimi systematycznie rośnie. Według unijnej, najszerszej definicji zadłużenie całego sektora instytucji rządowych i samorządowych ma wynieść na koniec 2027 r. 70,6 proc. PKB (a więc dużo powyżej konstytucyjnego limitu wynoszącego 60 proc. PKB). Państwowy dług publiczny liczony według krajowej definicji ma sięgnąć 57,1 proc. PKB. Z kolei kwota będąca podstawą do oceny progu ostrożnościowego z ustawy o finansach publicznych to 55,9 proc. PKB przy pełnym wykorzystaniu limitów, a w wariancie przewidywanego wykonania – 54,8 proc. PKB.
Czytaj więcej
Mimo podwyżki podatków i sprzyjającej sytuacji gospodarczej, w projekcie budżetu na 2027 r. nie widać nawet próby zmniejszenia deficytu. Rząd zakła...
– Z roku na rok jest coraz gorzej, a krajowa definicja obejmuje coraz mniejszą część rzeczywistego zadłużenia sektora finansów publicznych – analizuje Piotr Bielski, ekonomista Erste Banku. Według jego szacunków w 2027 r. różnica między najszerszą a najwęższą miarą długu ma wynieść 13,6 proc. PKB, czyli niemal 600 mld zł, wobec 10,8 proc. w 2025 r.
Czas na prawdziwą konsolidację finansów
Według ekspertów zamiast zmieniać reguły, rząd powinien w końcu przyznać, że mamy problem. – Trzeba otwarcie powiedzieć społeczeństwu, że model życia na kredyt się wyczerpał. Tym bardziej że w przypadku silnego impulsu inflacyjnego, wzrostu rentowności obligacji i skokowego przyrostu kosztów obsługi długu, rośnie ryzyko kryzysu fiskalnego – ostrzega Mrowiec.
W praktyce rząd ma więc tylko jedno wyjście: rozpocząć prawdziwą konsolidację finansów publicznych. – Pierwszy krok został wykonany. Dobrze byłoby, gdyby prezydent nie zawetował przedstawionego wraz z projektem budżetu na 2027 r. pakietu podwyżek podatków – mówi Piotr Bujak. Jak jednak podkreśla, to zdecydowanie za mało. – Nie wystarczą pojedyncze, „chirurgiczne” zmiany. Już dziś trzeba budować szeroki konsensus społeczny, by przygotować się na głębokie dostosowanie finansów publicznych, rozłożone co najmniej na kilka lat. Warto, by politycy nie podtrzymywali złudzenia, że możemy utrzymywać obecną skalę nierównowagi. Pilnie trzeba ją zacząć korygować – zaznacza ekonomista.
Jak rząd może ograniczyć deficyt i wydatki?
Lista działań konsolidacyjnych, o czym już pisaliśmy na łamach „Rzeczpospolitej”, jest długa. Z jednej strony chodzi o podwyżki podatków, z drugiej – o przegląd transferów i ulg, ograniczenie najmniej efektywnych wydatków, reformę części systemu świadczeń, większą kontrolę nad funduszami pozabudżetowymi, a także szukanie oszczędności w administracji i inwestycjach.
Czytaj więcej
Cieszymy się PKB rosnącym najszybciej w UE, ale nie da się tego utrzymać na dłużej bez stabilizacji systemu prawnego czy finansów publicznych. A do...
Piotr Arak, główny ekonomista VeloBanku, wskazuje dodatkowo na wydatki obronne. Jego zdaniem warto zastanowić się, czy ich tempo musi być aż tak wysokie. – Zamiast 4,5 proc. PKB wystarczy 4 proc. PKB wydatków na wojsko. To proste do przeprowadzenia, nie wpłynęłoby negatywnie na tempo wzrostu gospodarczego, a mogłoby dać finansom publicznym nieco oddechu – argumentuje Arak.