Sytuacja na rynku polskiego długu staje się coraz poważniejsza. W piątek rentowość dziesięcioletnich obligacji skarbowych na chwilę przebiła granicę 9 proc. Potem spadła do 8,7 proc., a to i tak poziom najwyższy od trzech dekad.
Słaba walka z inflacją
– Na przecenę polskich papierów składa się wiele czynników – zaznacza Adam Antoniak, ekonomista ING Banku Śląskiego. Z jednej strony to efekt trendów globalnych, inwestorzy oczekują podwyżek stóp procentowych na najważniejszych rynkach, za to uciekają od ryzyka w związku z kryzysem energetycznym, wojną, itd. Polska pada ofiarą tej ucieczki.
Ale swoje robią też czynniki krajowe. – W Polsce inwestorzy są rozczarowani postępami w walce z inflacją – wyjaśnia Karol Pogorzelski, ekonomista Banku Pekao. Mimo że ceny ciągle galopują, nasze władze monetarne są wstrzemięźliwe w podwyżkach stóp. Za to rząd prowadzi coraz bardziej ekspansywną politykę fiskalną, wdrażając coraz to nowe, kosztowne programy pomocowe, by uchronić gospodarkę przed skutkami szoku energetycznego.
Czytaj więcej
Zamrożenie cen energii dla konsumentów osłabi bodźce do jej oszczędzania i na dłuższą metę będzie utrwalało inflację.
W efekcie deficyt sektora finansów publicznych może zdaniem Antoniaka wzrosnąć nawet do 7 proc. PKB w 2023 r., czyli do poziomu podobnego jak w czasie kryzysu pandemicznego. To wszystko dzieje się w otoczeniu nasilającego się konfliktu na linii Warszawa–Bruksela, braku środków z KPO i możliwego zablokowania unijnych funduszy na lata 2021–2027. W efekcie inwestorzy życzą sobie większej premii za ryzyko w wycenie polskich obligacji.
Podwojenie kosztów
Wysokie poziomy rentowności oznaczają wzrost kosztów obsługi zadłużenia – rosną koszty nowych emisji oraz koszty rolowania zapadających obligacji. Już w tym roku wydatki budżetu państwa na obsługę długu okazują się o 3,3 mld zł wyższe od planu. W przyszłym zaś, jak wynika z projektu ustawy budżetowej na 2023 r., wydatki na ten cel mają być ponad dwa razy wyższe niż w 2021 r. i sięgnąć w skali roku nawet 66 mld zł, co też jest rekordem ostatnich trzech dekad (pod względem kwot nominalnych). Dodatkowo rząd zapewnił sobie możliwość korzystania z rezerwy budżetowej, gdyby koszty obsługi długu wzrosły bardziej, niż się oczekuje.
– Takie kwoty, sięgające ok. 2 proc. PKB, to już bardzo dużo. Niemniej nie sądzę, by w krótkim okresie był to jakiś fundamentalny problem dla budżetu państwa – ocenia Pogorzelski. Dla porównania za kadencji rządu PO–PSL obsługa długu niemal co roku pochłaniała 2 proc. PKB.
Czytaj więcej
Po wrześniu dochody budżetu państwa przewyższały wydatki o 27,5 mld zł – podaje resort finansów.
– Ale to może stać się problemem w horyzoncie kilku lat, gdyby rentowności obligacji nie spadły, a sytuacja budżetu się nie poprawiła – zaznacza Pogorzelski.
Także Adam Antoniak ocenia, że obecna sytuacja, nie stanowi bezpośredniego zagrożenie dla stabilności finansów publicznych. – Nie ulega jednak wątpliwości, że przed finansami publicznymi w Polsce stoją poważne wyzwania – podkreśla.
NBP wróci na rynek?
Już obecnie wśród inwestorów rosną obawy o kryzys fiskalny w Polsce. – Wydatki na transfery socjalne, zbrojenia i inne cele rosną, a zarazem spadają spodziewane dochody z podatków przez spowolnienie gospodarcze oraz z funduszy unijnych przez konflikt z Brukselą – mówi Pogorzelski.
– Mamy silnie rosnące potrzeby pożyczkowe państwa w warunkach pogarszającego się globalnego i lokalnego sentymentu – zaznacza też Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu. Podkreśla, że rynek, poprzez wycenę kontraktów FRA, negatywnie weryfikuje politykę niskich stóp procentowych NBP i zapewnień o szybkim powrocie inflacji do celu. Widać też niedostateczny popyt na publiczny dług.
– Podtrzymuję pogląd, że utrzymujący się przez dłuższy czas brak stabilizacji na rynku długu wymusi powrót na rynek wtórny Narodowego Banku Polskiego – analizuje Jankowiak. Ostatnie niestandardowe instrumenty skupu obligacji z rynku wtórnego zarząd NBP stosował podczas kryzysu pandemicznego.