Mateusz Morawiecki w piątek będzie uczestniczył w szczycie euro w tzw. formacie rozszerzonym, czyli z udziałem państw spoza strefy wspólnej waluty. Przywódcy mają zaakceptować plan stworzenia osobnego budżetu dla strefy euro. Jego opis jest bardzo skromny i ogólny w porównaniu z wyrażanymi od wielu lat ambicjami Paryża. Ale jest to mimo wszystko pierwszy konkretny krok w kierunku stworzenia osobnej przegródki finansowej dla strefy euro. Polska jest zaniepokojona zapisami, które można by interpretować jako wykluczenie państw spoza strefy euro z procesu decyzyjnego. Bo projekt konkluzji szczytu strefy euro mówi, że decyzję o stworzeniu tego instrumentu, kalendarzu i kryteriach przyznawania pieniędzy ma podjąć Eurogrupa, czyli ministrowie finansów strefy euro.

– Skoro instrument budżetowy strefy euro ma być częścią nowych wieloletnich ram finansowych, to również państwa spoza strefy euro powinny mieć na ten temat coś do powiedzenia – mówi nieoficjalnie polski dyplomata. Na ostatnim spotkaniu ministrów ds. europejskich w Brukseli ten postulat zgłaszał też Konrad Szymański, wiceszef MSZ.

Unijni dyplomaci przyznają, że odrębny instrument budżetowy będzie najbardziej kontrowersyjnym tematem szczytu strefy euro. – Wydawało się, że skoro mamy poparcie Francji z jednej strony, a Niemiec i Holandii z drugiej, to znaczy, że sprawa jest przesądzona. Ale okazało się, że nie jest – mówi nieoficjalnie „Rzeczpospolitej" wysoki rangą unijny dyplomata. Kluczowa wydawała się tutaj zgoda Holandii, która powołała do życia tzw. ligę hanzeatycką, czyli nieoficjalne zgromadzenie państw optujących za bardziej surową politykę budżetową. Należą do niej, poza Holandią, Dania, Szwecja, Finlandia, Łotwa, Litwa, Estonia i Irlandia. Do piątku będzie się ważyć, jak szczegółowy będzie mandat dla Eurogrupy i Komisji Europejskiej na opracowanie takiego instrumentu. Jego zwolennicy chcieliby, żeby był jak najdalej idący, przeciwnicy – żeby jak najbardziej ogólny.

Elementem tej rozgrywki jest też opisanie procesu decyzyjnego i kwestii udziału w nim państw spoza strefy euro. Piątkowy szczyt strefy euro odbywa się w formacie rozszerzonym, taki też charakter miało ostatnie posiedzenie Eurogrupy dyskutujące o budżecie strefy euro. – Taka jest docelowa opcja Tuska – mówi unijny dyplomata. To on ma wpływ na to, w jakim formacie odbywają się szczyty strefy euro. I prawdopodobnie do końca jego kadencji, czyli do grudnia 2019 roku, Polska może liczyć na udział w tych gremiach. Potem jednak nie jest to już pewne.

Dyskusja o budżecie strefy euro to dyskusja między zwolennikami finansowej solidarności a tymi, którzy opowiadają się za bardziej surowymi regułami budżetowymi. Francja popierana przez kraje południa Europy tradycyjnie uważała, że potrzebne są transfery budżetowe w obrębie strefy euro. Od dawna naciskała Niemcy, ale te niechętnie odpowiadały na ten postulat. Ostatecznie jednak w ostatnich miesiącach Niemcy podpisali się pod wspólną inicjatywą, tyle że bardzo okrojoną. Paryż to przyjął, uznając, że projekt co prawda nie odpowiada jego ambicjom, ale jest pierwszym krokiem we właściwym kierunku.

Jeszcze kilka tygodni temu głównym elementem ryzyka dla pomysłów transferów budżetowych była sytuacja we Włoszech, gdzie populistyczny rząd zwiększa deficyt budżetowy. W ostatnich dniach okazało się jednak, że znacznie spadła wiarygodność Emmanuela Macrona, głównego promotora eurobudżetu. Francuski prezydent ustąpił pod presją demonstracji tzw. żółtych kamizelek i obiecał wydatki budżetowe, które oznaczają deficyt powyżej 3 proc. produktu krajowego brutto. To podsyca tylko obawy przeciwników eurobudżetu.