Reklama

Władysław Grochowski, prezes Arche: Procedury biurokratyczne są coraz bardziej przytłaczające

W 2030 r. chcemy mieć 50 hoteli. Ale ciągle jesteśmy czołgani przez biurokrację, liczba procedur, przez które musimy przejść, jest ogromna – mówi Władysław Grochowski, prezes i właściciel Arche.

Publikacja: 21.01.2026 12:17

Władysław Grochowski, prezes Arche: Procedury biurokratyczne są coraz bardziej przytłaczające

Foto: mat. pras.

„Zrób dziecko w hotelu Arche”, jeden z najgłośniejszych pana pomysłów w 2025 r. Chwycił?

Chwycił. Młodzi przyjeżdżają do naszych hoteli w skali dużo większej niż się spodziewaliśmy. Akcja zyskała niesamowity rozgłos. Głośno było o niej w Chinach czy w Australii. Do jednego z naszych hoteli przyjechała grupa z Turcji, która chciała po prostu zobaczyć miejsce, które zyskało popularność w ich telewizji. Natomiast co z tego będzie, to się okaże za mniej więcej dziewięć miesięcy. Postawiłem na ten program. Przy założeniu, że dzięki akcji narodzi się nawet 100 tys. dzieci, nasze koszty wyniosą około 100 mln zł. Z większą kwotą możemy mieć kłopot, chyba że szybko uda nam się rozwinąć nasze wielkie projekty.

Jakie projekty ma pan na myśli?

Wszystkie są dla nas ważne, ale trzy są rzeczywiście potężne – Królewska Papiernia w Konstancinie, Elektrociepłownia Szombierki w Bytomiu oraz Fort Szczęśliwice w Warszawie. Każdy z tych projektów to nakład inwestycyjny rzędu 0,5–1 mld zł. Na przykład Fort Szczęśliwice, teren o powierzchni 10 hektarów, stanie się olbrzymim centrum hotelowo-kongresowym. Ponad 1000 pokoi i możliwości organizowania kongresów, jakich nie ma gdzie indziej w Warszawie. Teraz mamy 23 hotele, niebawem otwieramy pierwszy obiekt w górach – Arche Metalowiec w Muszynie. Cztery obiekty są rozbudowywane, 10 kolejnych projektów w budowie.

Macie finansowanie na to wszystko?

Tutaj nie ma problemu. W 2026 r. Arche kończy 35 lat i poza drobnymi perturbacjami, kiedy działaliśmy pod względem finansowym nieco na styk, zawsze mieliśmy poduszkę finansową, która chroniła nas przed wszelkiego rodzaju kryzysami. Mamy swoich inwestorów w Systemie Arche, którzy stają się współwłaścicielami obiektów i czerpią z tego zyski. Przybywa ich, niektóre inwestycje już się wyprzedają niejako między nimi, prawie nie wychodzą na otwarty rynek, jak chociażby hotel w Krakowie, Wrocławiu czy kolejny etap Cukrowni Żnin. Z drugiej strony przeprowadziliśmy udane emisje obligacji, wszystkie zostały spłacone. To skutkuje szerszą skalą zainteresowania, na przykład współpracą z nami jest zainteresowany duży międzynarodowy bank. On jest gotów inwestować w kolejne, bardzo duże projekty.

Tylko z tymi dotychczasowymi są kłopoty. Inwestycja Arche w Konstancinie budzi sporo protestów.

Wcale się nie dziwię. Z takimi protestami spotkaliśmy się zresztą nie tylko w Konstancinie. Mieszkańcom w różnych miejscach wydaje się, że nie jesteśmy wiarygodni, że chcemy ich jakoś oszukać. A przecież po prostu prowadzimy rewitalizację zabytków. Do tego całego procesu potrafimy włączyć lokalną społeczność. Zawsze stale spotykamy się z mieszkańcami, jesteśmy z nimi w dialogu.

Jednak w Konstancinie planujecie także nowe budynki mieszkalne na parę tysięcy osób. Arche nie zakorkuje do reszty już w tej chwili zakorkowanego Konstancina?

No właśnie – to dzięki budowie kolejnych budynków mieszkalnych mogą zostać rozwiązane problemy komunikacyjne w Konstancinie-Jeziornie. W pierwszej kolejności powstanie most na rzece Jeziorce wraz z nowym połączeniem drogowym do Warszawy. Dopiero wtedy będzie realizowana – w etapach, rozłożonych być może nawet na dwie dekady – druga część inwestycji mieszkaniowej. Jej ostateczny kształt i zakres będą uzależnione od wyników dyskusji publicznej oraz prac ekspertów. Możliwe będzie także uruchomienie komunikacji kolejowej. Kolej musi mieć kogo wozić. No i oczywiście przeprowadzenie tego wykluczy w przyszłości budowanie uciążliwych składów i zakładów przemysłowych – terenów pod takie przeznaczenie jest ok. 60 ha, a także spowoduje zaprzestanie w tym miejscu działalności asfalciarni i betoniarni. To dla Konstancina-Jeziorny jako uzdrowiska wyjątkowa szansa.

Reklama
Reklama

Jak w tej chwili wygląda realizacja tej inwestycji?

Możemy już realizować pierwszy etap. Mamy pozwolenie na rewitalizację budynków wpisanych do rejestru zabytków. W starej substancji inwestycji, która liczy 35 tys. mkw., trwają intensywne prace budowlane. Czekamy na pozwolenie na budowę 476 mieszkań. Nie było łatwo – wspólnie wypracowaliśmy kompromis. Już zresztą formalnie przenieśliśmy do Konstancina siedzibę firmy Arche. Papiernię w Konstancinie, a raczej to, co z niej pozostało, kupiliśmy za 100 mln zł. Zupełnie w ciemno – tak zresztą działamy przy niektórych projektach. Jestem zadowolony z tego, co wyszło, ale ryzyko było duże.

Czego dotyczyło?

Biurokracji, pozwoleń, procedur. Nie byliśmy pewni, czy będziemy mogli tam cokolwiek zrobić. Zresztą biurokracja to nasza największa zmora. Obiekty historyczne, które kupiliśmy, powstawały w rok czy dwa. A my czasem przez pięć lat nie jesteśmy w stanie nic z nimi zrobić, gdyż walczymy z biurokracją.

Jesteśmy przeczołgiwani, liczba procedur, przez które musimy przejść jest przytłaczająca. W to się włączają lokalne grupy interesów. Decyzje potrafią być niezrozumiałe i różne w różnych miejscach Polski. Na przykład konserwatorzy zabytków – na szczęście nie wszyscy – nie potrafią zrozumieć naszego sposobu działania. Tego, że nie dążymy do całkowitej odbudowy zabytków, lecz raczej zostawiamy to, co jest ocalałą częścią historyczną, natomiast resztę dobudowujemy lub unowocześniamy, żeby zapewnić gościom niezwykłe emocje. Procedury ciągną się latami. A urzędnicy wolą wydać decyzję odmowną niż wyjść poza schemat i narażać na jakiekolwiek ryzyko. Jakimś koszmarem są też decyzje środowiskowe. Do tego potrafią włączać się różne, czasem podejrzane organizacje środowiskowe z bezpodstawnymi protestami. Mogę się tylko domyślać, o co im chodzi.

Dlaczego tak się dzieje? Przecież na przykład samorządom bardzo powinno zależeć na waszej obecności.

Nie jestem śledczym. Natomiast często mam wrażenie, że decydują o tym jakieś doraźne układy między grupami interesów. Zdarza się też, że może chodzić o jakiś rodzaj propozycji. Przynajmniej tak wyczuwamy, wtedy wysyłamy jasny sygnał. Wolimy już poczekać, a naszą inwestycję przeprowadzimy tak czy inaczej. Liczę jednak, że zacznie docierać do naszych władz, iż polskie firmy budowane od zera stały się firmami silnymi. Przyczyniają się do wzrostu gospodarczego, do rozwoju i nie należy im utrudniać działalności. Na co zresztą mogą liczyć rządzący? Mamy rosnący dług publiczny z jednej strony i katastrofalną demografię z drugiej. Tylko firmy zapewniające rozwój mogą pomóc przezwyciężyć tę sytuację.

To ile trwałaby realizacja np. Fortu Szczęśliwice, gdyby nie procedury?

Nasz plan przewiduje trzy lata od momentu uzyskania pozwolenia na budowę. Problem w tym, ile czasu będziemy czekać na to pozwolenie. A tu też się liczy koszt pieniądza. Tak jak wspomniałem na Konstancin wyłożyliśmy 100 mln zł, za Fort Szczęśliwice zapłaciliśmy 60 mln zł. Koszt pieniądza to ok. 10 proc. rocznie, tyle dokładamy w miarę przeciągania się procedur. Tymczasem nasz model przewiduje, że inwestycje sprzedajemy inwestorom. Żeby oni odnotowali atrakcyjną stopę zwrotu, zaproponowana im cena również musi być atrakcyjna. Co w przypadku przeciągania inwestycji staje się trudne. A chcemy naprawdę dużo inwestować, mamy sporo projektów w planach. Część z nich zweryfikował upływ czasu, gdyż wiele zabytkowych obiektów już po prostu nie istnieje, na przykład zniszczonych przez pożary. Nie boimy się trudnych lokalizacji, które wydawałoby się, że są mało interesujące od strony biznesowej. Musimy wówczas znaleźć pomysł i to działa, tworzy się marka dotycząca konkretnego obiektu czy konkretnej lokalizacji. Bardzo lubimy taką robotę. Często po prostu ratujemy te obiekty. Elektrociepłownia Szombierki była przeznaczona do wyburzenia. Teren Cukrowni Żnin już był podzielony na działki do sprzedaży. Nikt sobie nie wyobrażał, że jest możliwe drugie życie takich obiektów. W przypadku Żnina po prostu się uparłem. Wbrew opiniom, że to niemożliwe, by tam można było prowadzić dobry biznes.

Jednak przy okazji wykorzystujecie szeroki strumień pomocy publicznej, czym już się nie chwalicie. Takie doniesienia pojawiły się na platformach społecznościowych i w części mediów. To prawda?

W latach 2020-2025 uzyskaliśmy dokładnie 8 284 083 zł i 75 gr wsparcia ze środków publicznych. To było na przykład umorzenie podatku od nieruchomości podczas pandemii czy dotacja na zatrudnianie więźniów. Z kolei inwestycja w Bytomiu uzyskała ponad 130 mln zł dotacji z Funduszu Sprawiedliwej Transformacji. Ani złotówka jeszcze nie została uruchomiona, mimo że bardzo intensywne roboty tam już trwają. To całe wsparcie dla Arche z tej czy innej publicznej kasy. Przy wielomiliardowej skali inwestycji nie wydaje się to jakoś przesadnie dużo.

Reklama
Reklama

Czy tych inwestycji nie jest jednak zbyt wiele? Nie boi się pan przesycenia rynku?

Mam to szczęście, że potrafię zauważać i przewidywać pewne trendy. Mamy w hotelach duże obłożenie. Okazało się, że po pandemii chcemy odbudowywać relacje między sobą, spotykać się, rozmawiać. Stąd olbrzymi ruch w naszych obiektach. W świecie rozwiniętych technologii, w świecie najróżniejszych zagrożeń gdzieś po prostu zagubił się człowiek i wygląda na to, że ludzie chcą to po prostu nadrabiać. To będzie trwało. Zresztą takie przyciąganie, podrywanie ludzi na różne sposoby to nasza szersza misja. Pracujemy z lokalnymi społecznościami, Fundacja Leny Grochowskiej zajmuje się osobami z niepełnosprawnościami. Zatrudniamy i zapewniamy mieszkania osobom bezdomnym czy byłym więźniom.

Dlaczego pan to robi?

Nigdy nie sądziłem, że kiedykolwiek będę prowadził biznes i zarabiał naprawdę duże pieniądze. Nie pozbyłem się potrzeby aktywności społecznej. Myślę, że bardziej jesteśmy takim przedsiębiorstwem społecznym niż czystym biznesem nastawionym na maksymalizację zysków. Biznes nie może działać bez wartości. Z kolei politycy nie są w stanie rozwiązać wielu problemów. Przedsiębiorcy poprzez swoje zaangażowanie społeczne mogą właśnie je rozwiązywać. Na to stawiam, zresztą czuję bardzo duże wsparcie ze strony innych przedsiębiorców. A firmy, o ile mi wiadomo, też biorą to pod uwagę przy decyzjach o organizacji u nas konferencji.

To was odróżnia od konkurencji? Co jeszcze?

Chciałbym zbudować polską markę turystyczną opartą na turystyce społecznej, na historii, obiektach historycznych, tradycji. Inną niż turystyka typowo komercyjna. „Społeczna” też dlatego, że nasze obiekty otwieramy dla społeczności lokalnych, organizujemy wspólne imprezy czy wspólne warsztaty. Musimy się po prostu poznawać i obalać stereotypy budowane w internecie. Co ważne, znajduję ludzi do tego rodzaju działań, ludzi z pasją, przecież ja sam niczego bym nie osiągnął. Jakimś potwierdzeniem, że działamy skutecznie jest zainteresowanie, jakie Arche budzi za granicą.

Będziecie wychodzić poza Polskę?

Na razie prowadzimy dużo projektów tutaj, na miejscu. Ale mamy też propozycję inwestycji w obiektach poprzemysłowych w Niemczech, Hiszpanii, Czechach czy nawet Albanii. Nie wykluczamy tego w przyszłości.

A ile Arche ma mieć docelowo hoteli w Polsce? Kiedyś wymienił pan liczbę 50.

Nie wiem. Ciągle jesteśmy na początku drogi, 50 powinno być w 2030 r. Ale nie wszystko od nas zależy. Ostatnio „majstrowanie” przy ustawie o własności lokali, aby nie wydawać zaświadczeń o samodzielności lokalu dla pokoi hotelowych. To dzięki naszym inwestorom wiele obiektów historycznych skazanych na niebyt zostało uratowanych. Drogi rządzie, więcej zaufania dla polskich przedsiębiorców.

Budownictwo
Nadchodzi dobry czas dla branży cementowej? Eksperci dzielą się prognozami na ten rok
Budownictwo
„Skala niespotykana do tej pory”. Najważniejsze wydarzenia w branży budowlanej 2025
Budownictwo
To nie jest zwykły plac budowy. Niezwykła polska budowa 14 tysięcy kilometrów od kraju
Budownictwo
Coś drgnęło? Solidne dane GUS o produkcji budowlano-montażowej we wrześniu
Budownictwo
Polacy chcą usług remontowych. Brakuje fachowców
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama