To efekt porozumienia  zawartego pomiędzy Lotem i ubezpieczycielem samolotu - Lufthansa Group. Ostatecznie ubezpieczyciel wypłacił odszkodowanie w wysokości kilkudziesięciu milionów dolarów, to jednak nie wystarczyło na pokrycie zobowiązań wobec właściciela samolotu - amerykańskiej firmy leasingowej - Air Castle.

Teraz Lot zdecydował się na sprzedanie maszyny, jest już na jej zakup 6 chętnych, w tym trzy firmy polskie, a wśród nich Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie, które chciałoby otrzymać samolot za darmo. Takiej możliwości jednak nie ma i w przyszłym tygodniu w prasie ukaże się ogłoszenie o sprzedaży z podaną ceną minimalną.

— Nie wykluczamy jednak, że sprzedamy osobno kadłub, a osobno silniki - mówi rzecznik Lotu, Leszek Chorzewski.

Od 1 listopada, kiedy kapitanowi Wronie udało się uniknąć katastrofy Boeing stał na płycie lotniska, początkowo blokując ruch samolotów, bo był unieruchomiony na krzyżówce pasów, potem pod jednym z lotowskich hangarów. Teraz już wiadomo, że eksperci ocenili jego naprawę za nieopłacalną dla Lotu, głównie z tego powodu, że do wiosny 2013 będzie miał w swojej flocie dalekiego zasięgu jedynie nowoczesne Dreamlinery.

Okazało się, że w samolocie, który „brzuchem lądował na płycie jest uszkodzona jedynie blacharka, a w silnikach oprócz obudowy być może trzeba będzie wymienić jedynie kilka łopatek. Przy tym Lot musiał przez ten czas spłacać raty leasingowe wobec Air Castle i ponosić koszty utrzymania i parkowania maszyny.

— Taki samolot z powodzeniem może zostać wykorzystany na przykład do przewozu cargo i z powodzeniem latać jeszcze 20 lat. Tyle, że Lot w chwili obecnej tak dużego samolotu cargo nie potrzebuje - powiedział „Rz"  Leszek Chorzewski, rzecznik Lotu. Wiadomo jednak, że w sytuacji, kiedy — mówiąc językiem motoryzacyjnym — samolot był „bity", jego cena będzie znacznie niższa od tej, jaką można by dostać za taką maszynę - dodaje.