fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Sprawa rodziny Bajkowskich. Terapia jako narzędzie władzy

Cezary Kościelniak
Fotorzepa, Danuta Matloch Danuta Matloch
Aparat terapeutyczny pojawia się w kluczowych dla naszego życia instytucjach: w przedszkolach, szkołach, instytucjach kuratorskich, sądach, w niektórych zakładach pracy. Bardzo często opinie psychologów decydują o kompetencjach czy karierze – zauważa publicysta
Sprawa odebrania dzieci rodzinie Bajkowskich z Krakowa odsłoniła mechanizmy, które wykraczają poza jednostkowy przypadek. Do świadomości Polaków przebiła się wiedza, jak silnie państwo może ingerować w sprawy rodzinne. Ponownie wracamy więc do pytań o granicę ingerencji państwa w życie prywatne oraz kontroli państwa nad dziećmi. Przyglądając się przypadkowi Bajkowskich, nawet przy niepełnych danych, obraz wydaje się niepokojący.
Odseparowanie trzech synów od rodziców wywołało nie tylko kontrowersje medialne. Podkreślmy, zarówno rzecznik praw dziecka, jak i prokurator wskazali, że można było zastosować łagodniejsze środki. Z opinii rodziny, sąsiadów i szkoły nie wynikało bowiem, aby dzieciom państwa Bajkowskich groził uszczerbek na zdrowiu, a tym bardziej życiu. Warto dodać, że ich średnia ocen w szkole wynosi powyżej 4.6.
Faktem jest, że Bajkowscy tolerowali kontrowersyjne metody wychowawcze – czego zresztą ojciec nie ukrywał. Ale czy rzeczywiście potrzebne było tak radykalne rozwiązanie? Czy nie mamy do czynienia ze sporem o ideologię wychowawczą? Wreszcie co nas, obywateli, powinno niepokoić w tej sprawie?

Jak ksiądz i adwokat

Kluczową rolę w zrozumieniu krakowskiego dramatu odgrywają terapeuci. Wystąpili oni w podwójnej roli. Najpierw jako ludzie niosący pomoc psychologiczną, a następnie jako narzędzia władzy państwa.
Przypomnijmy, Bajkowscy dobrowolnie zgłosili się do ośrodka terapeutycznego w Krakowie. Nie zgodzili się jednak z opinią terapeutów, i jak się wydaje, w tym miejscu nastąpił moment krytyczny. Po decyzji o zerwaniu kontaktów z ośrodkiem terapeuci dokonali transpozycji z funkcji pomocy psychologicznej na funkcję władzy. I przekazali sprawę organom władzy. Ten moment budzi poważne wątpliwości etyczne.
Czy nie zostały złamane dobre praktyki tego zawodu, szczególnie tajemnica zawodowa? Dane o rodzinie Bajkowskich bez ich zgody zostały wszak przekazane, złamano więc tajemnicę pacjent – terapeuta. Dotychczas terapeuci byli traktowani jako zawód zaufania publicznego. Warunkiem sine qua non jego wykonywania jest dyskrecja i tajemnica. Terapeutę można porównać z lekarzem, księdzem czy adwokatem. Czy wyobrażamy sobie sytuację, gdy klient zrywa współpracę z adwokatem, a ten przekazuje dane o jego sprawie komu innemu? Albo księdza odsłaniającego komuś tajemnicę spowiedzi, bo penitent jej nie dokończył, gdyż np. okazał się być niewierzącym?
Tymczasem przypadek krakowski pokazuje, że wiedza zebrana o intymnych sprawach obywatela w publicznym ośrodku terapeutycznym jest własnością państwa (pozostaje kwestia, czy tylko w publicznym). Wątpliwe, aby krakowscy terapeuci dokonali samowoli i postąpili niezgodnie z prawem. Oznaczałoby to, że obywatele korzystający z pomocy publicznych ośrodków terapeutycznych nie mogą być w 100 procentach pewni dyskrecji. Wniosek jest prosty: dmuchając na zimne, lepiej unikać jakichkolwiek związków z publicznymi instytucjami terapeutycznymi.

Utracone zaufanie

Czy teraz możliwe jest jeszcze wytworzenie zaufania między pacjentem a terapeutą? Do terapeutów zgłaszają się osoby z różnymi problemami mającymi konsekwencje społeczne, np. uzależnieni. Wyobraźmy sobie, że w toku terapii alkoholik przyzna się, że uciekł po spowodowaniu wypadku samochodowego lub coś ukradł, kogoś pobił czy popełnił inne przestępstwo, które nie zostało zauważone. Zakładając, że taka osoba przerwie terapię, czy sprawa zostanie wówczas skierowana do organów ścigania?
Skoro sprawa Bajkowskich nie była przypadkiem złej praktyki czy błędem proceduralnym, to taka reakcja wydaje się być nieuchronna. Ośrodki terapeutyczne stają się w ten sposób narzędziami sprawowania kontroli nad obywatelami. Ich skutkiem może być wywołanie „lawiny administracyjnej”, która zamiast pomóc, zniszczy życie ludzi.
Terapeuta otrzymuje dodatkową władzę: wchodząc w tajniki życia intymnego, może narzucić swoją diagnozę pacjentowi. Trudno się oprzeć wrażeniu, że jest to wyrafinowany mechanizm władzy duchowej, zresztą niemal niekontrolowanej, gdyż opinie terapeutów traktuje się w sposób wiążący.
Kontrolnej funkcji ośrodków terapeutycznych większość Polaków nie była w ogóle świadoma, odsłoniła je dopiero sprawa Bajkowskich.
Obywateli powinno zaniepokoić to, że psychoterapia staje się elementem systemu sprawowania władzy. Aparat terapeutyczny pojawia się w kluczowych dla naszego życia instytucjach: w przedszkolach, szkołach, instytucjach kuratorskich, sądach, w niektórych zakładach pracy. Bardzo często opinie psychologów decydują o kompetencjach czy karierze. Aparat ten zbiera wrażliwe dane o rodzinach. Wiedza nie zawsze pozostaje w naszej dyspozycji. Czy rodziny oczekujące pomocy nie narażają się na ryzyko założenia kartoteki, która w najbardziej nieoczekiwanym momencie zostanie użyta przeciw nim?
Efektem negatywnym sprawy krakowskiej będzie zapewne utrata zaufania do instytucji terapeutycznych. Rodzice dzieci z trudnościami będą omijać pedagogów i psychologów szkolnych, bojąc się o swoje losy.

Zagubiony zdrowy rozsądek

Czy w takim systemie nie ingerujemy zanadto w intymne życie obywateli? Przywodzi to na myśl filozofię polityczną Michela Foucaulta zawarta w książce „Nadzorować i karać”. Foucault, określając państwo kontrolujące obywatela, porównuje je do panoptikonu, narzędzia służącego do obserwacji człowieka, także jego życia intymnego. Należy dodać, że człowiek ów nie wie, iż jest obserwowany.
Trudno nie zauważyć analogii między tym, co się stało, a modelem z koncepcji Foucault: w przypadku Bajkowskich środek pomocy okazał się środkiem kontroli. Wiedza o rodzinie została użyta przez władzę: do opinii publicznej przedostała się informacja, że system terapii przeobraził się w rozwiązanie siłowe. W programie „Bliżej” (z 21 marca 2013 roku) pokazano nagrany telefonem wywiad z jednym z chłopców. Ujawnił on, że policja użyła wobec nich siły, wyprowadzając ze szkoły. Dochodzi do paradoksu, gdzie państwo mające chronić dzieci przed przemocą, używa siły. Najbardziej delikatny wniosek, jaki z tej sprawy można wyciągnąć, jest taki, że gdzieś zagubiono zdrowy rozsądek: czy trauma, jaką zafundowano dzieciom w rozwiązaniu problemu, nie przewyższa skali owego problemu? Czy opresyjne reakcje państwa są adekwatne do zaistniałego zdarzenia?
Wreszcie terapia jako narzędzie władzy pozostaje jedynym warunkiem powrotu dzieci Bajkowskich do domu. Albo poddadzą się terapii, albo nie odzyskają dzieci. W systemie narzucanej przemocą terapii ginie podmiotowość badanych, a ona sama staje się procesem quasi-religijnym. Trzeba ją traktować jako dogmat, nie wolno dyskutować z jej fundamentami. Subtelna granica między religią a terapią leży w jej dobrowolności, religii nikt wyznawać nie musi.
Oczywiście, Bajkowscy mogą powiedzieć terapeutom: „nie”. Jednakże konsekwencją tej decyzji będzie poddanie się władzy i zgoda na odebranie dzieci. Ale czy terapia pod przymusem będzie skuteczna? W takim momencie – na przekór sobie – lepiej trzymać się terapii lub wzorem stosowanym przez radzieckich dysydentów udawać, że się to robi, aby uśpić czujność kontrolera-terapeuty.

Mit państwa opiekuńczego

Wydawało się, że w Polsce przeżytkiem jest już mit, iż państwo lepiej wychowa dzieci niż rodzice. Niestety, wiele wskazuje, że tak nie jest, a kompetencje państwa w ostatnich latach uległy poszerzeniu. Podstawowa – i od dawna formułowana – wątpliwość jest taka: czy państwo, zakładając nawet dobrą wolę urzędników – ma narzędzia do działania w sprawach, które pozostają domeną sfery prywatnej? Czy może zbudować skuteczny aparat pomocy w sprawach intymnych?
Niesprawność tego modelu widać na przykładzie Bajkowskich: jeśli nawet rodzina ma problemy, to po odzyskaniu dzieci będzie raczej chciała ukryć, a to spowoduje jeszcze większą jej izolację.
Model silnej ingerencji państwa w sprawy prywatne jest daleki mentalności Polaków. Pośrednio świadczy o tym trend posyłania dzieci do niepublicznych szkół. Rodzice decydują się na to także po to, aby mieć kontrolę nad treścią ideową edukacji. Nie jest wynikiem niechęci do państwa, ale zdrowego rozsądku obywateli i ich dojrzałości: Polacy są coraz bardziej świadomi, że przyszłość ich dzieci w większym stopniu zależy od rodziców, w mniejszym od instytucji państwa. Dlatego sami chcą brać za to odpowiedzialność. Pośrednio to także forma weta wobec modelu państwa opiekuńczego, również w sferze ideowej.
W państwie nieopiekuńczym rodzice mają prawo budować narracje moralne tylko dlatego, że uważają je za słuszne. Jest to podstawowe pojęcie naszej autonomii, wręcz jądro naszego człowieczeństwa i wolności. Dopóki zdrowie i życie dzieci nie będzie zagrożone, takie praktyki nie powinny być zakazane.
Przypadek Bajkowskich pokazuje jednak, że państwo ma narzędzia do narzucania swoich doktryn wychowawczych. Szkoły niepubliczne dają rodzicom większą autonomię, także kontrolę nad wiedzą o sprawach rodzinnych i intymnych.

Gdzie jest granica

Pozytywnym efektem sprawy Bajkowskich jest natomiast silne zainteresowanie obywatelskie. Bez wątpienia kwestie ingerencji państwa w życie rodzinne wymagają debaty publicznej. Należy się zastanowić, czy obecnie funkcjonujące przepisy – jak możliwość odseparowania dziecka od rodziny decyzją urzędniczą, z pominięciem zgody sądu – są zgodne z wolą polityczną i poglądami Polaków. Wątpliwości jest wiele.
Pierwsza sprawa to tzw. czynnik ludzki. Urzędnicy, kuratorzy, terapeuci są ludźmi, popełniają więc błędy. Powstaje pytanie o kompetencje i bynajmniej nie chodzi o poziom wiedzy. Kompetencje co do rozstrzygania spraw intymnych związane są ze sferą emocjonalną ludzi prowadzących takie sprawy. W ostatnich latach mieliśmy już przypadki odseparowania dzieci od rodziców tylko dlatego, że jakiś urzędnik stwierdził, iż w domach jest zbyt biednie. Pokazuje to słabość mechanizmów urzędniczych w rozstrzyganiu problemów rodzin.
Wreszcie pozostaje kwestia filozofii państwa. To potrzeba ustawienia granicy: gdzie zaczyna się i gdzie kończy rola państwa w kontroli rodzin? I do jakiego stopnia „aparat terapeutyczny” państwa może wkraczać w życie intymne rodzin?
Autor jest eseistą, współpracownikiem miesięcznika „Znak”, adiunktem w Instytucie Kulturoznawstwa UAM w Poznaniu
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA