fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kraj

Wynalazca, co to lnem urzędników nie zachwycił

Nie obraziłem się na urzędników. Szkoda tylko czasu, szkoda chorych – mówi prof. Jan Szopa-Skórkowski
Fotorzepa, BS Bartek Sadowski
Jerzy Haszczyński
Profesor Jan Szopa-Skórkowski uparł się, że na jego odkryciu powinni zarobić rolnicy i polskie firmy. Dalej była już tylko droga przez mękę.
Projekt wrocławskiego naukowca został w tym roku nominowany do prestiżowej nagrody Prix Galien. Choć specjaliści doceniają prof. Jana Szopę-Skórkowskiego, ten biochemik z Uniwersytetu Wrocławskiego od lat nie może się przebić przez mur urzędniczej bezradności.
Zamiast skupić się na badaniach naukowych, niczym harcerz zdobywa kolejne prawniczo-biznesowo-menedżerskie sprawności. – W normalnych warunkach do niczego mi nie są potrzebne te kompetencje – twierdzi. – Jeśli inni naukowcy mają przechodzić taką drogę, nic dziwnego, że brakuje im czasu na kolejne wynalazki. Strach też pomyśleć, ile genialnych opracowań może tkwić do dziś w ich szufladach.
Cel prof. Szopy to wdrożyć do masowej produkcji gotowy preparat z genetycznie zmodyfikowanego lnu na gojenie ran, wobec których medycyna jest bezsilna.
Zrazu wszystko zdawało się iść w dobrym kierunku. W 2008 r. profesor ogłosił wyniki badań klinicznych. Sam był zaskoczony skutecznością , bo po 12-tygodniowej kuracji rany u 80 proc. chorych znacznie się zmniejszyły lub w ogóle znikły. A dobierano szczególnie ciężkie przypadki, takie jak np. 56-letniego pacjenta walczącego z owrzodzeniem żylnym od blisko 20 lat. Po lnianej kuracji całkowicie zanikły cztery wrzody (największy miał blisko 9 cm kw.).
Odkrycie spotkało się z entuzjastyczną reakcją mediów. Były gratulacje prezydenta Lecha Kaczyńskiego za „stworzenie unikatowego w skali światowej opatrunku", nagroda premiera. Do tego lawina listów, e-maili i telefonów od chorych, którym wynalazek dawał nadzieję. Mijają cztery lata. W 2012 r. prof. Szopa dostaje nagrodę dla polskiego produktu przyszłości. Znamienne, w jakiej kategorii – produkt w fazie przedwdrożeniowej.
A przecież wrocławski biochemik mógł już od kilku lat wieść wygodne życie i w spokoju prowadzić badania w USA, RPA, Kanadzie czy Francji. Tamtejsze firmy milionami euro do dziś kuszą go do przeprowadzki wraz z niezwykłym wynalazkiem. Ale profesor się uparł, że wdroży go w Polsce. – Wprowadzam go na własną rękę, chałupniczo, wciąż się dziwiąc, ile administracyjnych barier trzeba pokonać – uśmiecha się gorzko.

Od pomysłu do...

Do 2008 r. naukowiec rozumiał doskonale, że teoretyczne wyniki jego badań to za mało, by instytucje powołane do wdrażania wynalazków przejęły inicjatywę. A i on sam chciał, by efekty jego pracy znalazły praktyczne zastosowanie. Stwierdził, że opatrunki to najprostszy sposób. Sam znalazł więc przedsiębiorców, którzy użyczyli mu 5 ha ugoru, który obsiano lnem. Inni wykonali pilotażową partię opatrunków. Uzyskawszy pozwolenie Komisji Bioetyki przy Uniwersytecie Medycznym w Łodzi przeprowadził badania kliniczne we wrocławskim Szpitalu Wojskowym, po trosze po protekcji, bo tam lekarzem jest jego córka. – Gdyby nie to, do dziś pewnie czekałbym na zezwolenie i pieniądze – uśmiecha się smutno profesor.
Gdy wyniki badań okazały się znakomite, był pewien, że możliwość produkowania w Polsce supernowoczesnego wyrobu niemającego odpowiednika w świecie wywoła zainteresowanie rządu. Że wyspecjalizowane we wdrażaniu innowacji instytucje, resort gospodarki bądź przynajmniej urzędnicy wojewody spotkają się z nim i spytają: panie profesorze, w jaki sposób Polska mogłaby skorzystać na pańskim wynalazku?
Z Ministerstwa Nauki dopiero po dłuższym czasie przyjdzie wiadomość o 6 mln zł grantu. Wówczas, w 2009 r., opatrunki miały już certyfikację i były gotowe do wdrożenia na skalę przemysłową. Za to minister gospodarki Waldemar Pawlak mimo licznych zabiegów do dziś nie wpisał w swym tablecie spotkania z innowatorem z Wrocławia.
– Nie obraziłem się na urzędników, robimy to wszystko powoli i na miarę możliwości finansowych – zapewnia Szopa-Skórkowski. – Szkoda tylko czasu, szkoda chorych. Gdy słyszę premiera i jego ministrów, że w innowacyjnej gospodarce najważniejszy jest pomysł, to myślę sobie: panowie, chyba nigdy nie wdrażaliście swoich na serio.
On jeszcze w 2008 r. postanowił, że koło zamachowe skonstruuje sam, ale zderzył się z biznesową rzeczywistością. Wymyślił konsorcjum firm, które łożyłyby na projekt. Chciał pieniędzmi ze sprzedaży opatrunków finansować badania innych produktów, by odbudować przemysł lniarski w nowoczesnym wydaniu: produkujący nie tkaniny, lecz preparaty medyczne. Przedsiębiorcy proponowali, że dostanie na to 30 proc. z zysku, którego większość chcieli zatrzymać dla siebie.
Ostatecznie ze współpracy nie wycofała się jedynie pewna firma z Malborka. A profesor zamiast inżynierii genetycznej poświęcił się w dużym stopniu inżynierii finansowej: założył fundację Linum, skonstruował program wysyłkowy opatrunków i w ten sposób zgromadził 200 tys. zł na przygotowanie sterty niezależnych analiz koniecznych do wpisu do rejestru produktów biomedycznych. Po jego uzyskaniu opatrunki będą kosztować nie 15 zł, za sztukę lecz 1–2 zł. Dla chorych obecnie procedura ich kupna to znacznie bardziej skomplikowane niż wyprawa do apteki: muszą dostarczyć zaświadczenie od lekarza i kupić cały pakiet za 1300 zł. Produkcja na razie sprofilowana jest pod takie właśnie zamówienia. Niedawno ruszyła również w Mysłakowicach pod Jelenią Górą w nieczynnych zakładach lniarskich, które przejęła firma z Malborka.
Te zakłady miały być sercem Polskiego Klastra Biotechnologicznego, który w tym roku założył wrocławski biochemik. Kandyduje też do rady Narodowego Centrum Badań i Rozwoju przy ministrze nauki. – Nie chcę tylko narzekać na urzędników, chcę się zaangażować, żeby coś zmienić. Profesor Andrzej Kaszuba, krajowy konsultant dermatologii z samymi opatrunkami się nie zetknął, ale zna maści i kremy będące ich składnikami. – Formalnie to kosmetyki lecznicze – zauważa profesor. – Uważam pomysł takiego zastosowania lnu za niezwykle cenny i wart wdrożenia do produkcji, zwłaszcza że to nasz polski wynalazek.
Marcin Ciuk, specjalista ds. ochrony własności intelektualnej z Wrocławskiego Centrum Badań EIT Plus nie dziwi się, że czynniki decyzyjne nie zareagowały na odkrycie profesora. Jego zdaniem problem tkwi w tym, że polscy urzędnicy nie znają się na komercjalizacji wynalazków, a liczne centra transferu technologii zamiast monitorować to, co dzieje się w nauce, czekają na pierwszy krok ze strony naukowców.
– Pomiędzy odkryciem a komercjalizacją istnieje tzw. dolina śmierci, w której na całym świecie przepada połowa wynalazków – twierdzi ekspert. – Ze znanych mi statystyk wynika, że w Polsce takich przypadków jest dziewięć na dziesięć.
Jego zdaniem należałoby wprowadzić zasadę, że firma komercjalizująca innowacyjny wynalazek powinna korzystać z ulg podatkowych, jeśli zastosuje know-how oraz zatrudni jego twórców. – Dofinansowanie wdrożeń to skomplikowana procedura, wymagająca własnego wkładu i ogromnej pracy nad wnioskami, to zniechęca przedsiębiorców – uważa Ciuk.

Z ziemi kanadyjskiej

Profesor wychodził w końcu spotkanie w Ministerstwie Rolnictwa w sprawie programu rewitalizacji lnu. Spotkał się z Markiem Sawickim. – Niestety, zaraz potem wybuchła afera taśmowa – ubolewa. – Mam nadzieję, że nowy minister nie zapomni o mojej koncepcji.
Opatrunki i inne produkty z genetycznie zmodyfikowanego lnu miałyby być stacją końcową jego zasadniczego projektu: rolnicy obsiewaliby lnem pola, dokonując przy tej okazji rekultywacji gleby. Przedsiębiorcy produkowaliby wysoko przetworzone parafarmeceutyki, a część zysków finansowałaby kolejne badania. Koszt pierwszego pchnięcia tego perpetuum mobile Szopa-Skórkowski obliczył na ok. 50 mln zł.
– Dużo – przyznaje. – Ale zyski są natychmiastowe: to chociażby rekultywacja gleby. A te finansowe pojawiłyby się najpóźniej po trzech latach.
Według profesora z uprawą lnu zeszliśmy ze 100 tys. ha w latach 70. XX w. do zaledwie kilkuset hektarów obecnie.
Niewykluczone, że program odbudowy przemysłu lniarskiego lnu wkroczy do Polski przez Kanadę. – Prowadzę zaawansowane rozmowy z władzami i firmami jednej z tamtejszych prowincji – zdradza profesor. Ale nadal chce, by to Polska pełniła wiodącą rolę w projekcie. Zdążył przygotować nowe produkty finalne dla producentów: alternatywny antybiotyk oraz wyjątkowy olej spożywczy. Czy profesor znów będzie pokonywać drogę, jaką przebrnął ze swymi lnianymi opatrunkami? – W dzisiejszych czasach naukowiec powinien odnajdywać się w rzeczywistości gospodarczej – odpowiada. – Ale jak sobie przypomnę to innowacyjne chałupnictwo, wierzyć mi się nie chce, przez co przeszliśmy z moim zespołem. Napędzała nas ciekawość, co z tego wyjdzie. Jednak w kwestii samodzielnego wdrażania pomysłu do przemysłu już ją w zupełności zaspokoiłem.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA