fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Analizy

Ryzyko ostatnich 48 godzin kampanii

Choć dużo mówiło się w tej kampanii o szykowanych na finał prowokacjach, sztaby skupią się raczej na unikaniu prostych błędów i walce o niezdecydowanych
Jarosław Kaczyński kilka tygodni temu stwierdził, że tuż przed wyborami spodziewa się prowokacji inspirowanej przez rywali. Bombą miało być ujawnienie sensacyjnego rzekomo stenogramu rozmowy telefonicznej prezydenta Lecha Kaczyńskiego z bratem, odbytej przed katastrofą smoleńską.
Wedle PiS publikacja miała nastąpić w zagranicznych mediach. Zapowiadając ten chwyt PO, prezes rozbroił bombę. W marketingu politycznym to „szczepionka" – tak się nazywa prowokację, która zostaje wcześniej ujawniona, więc już tylko w niewielkim stopniu może oddziaływać na adresatów.
Politycy PiS w kuluarowych rozmowach mówią, że mieli tę informację z wnętrza PO. Dodają, że szykowano i inną sensację – obyczajowe haki w życiorysie jednego z najważniejszych ludzi PiS. Czy do detonacji takiej brudnej bomby faktycznie dojdzie? Wątpliwe. Sztaby w ostatnich chwilach przed ciszą wyborczą będą raczej ostrożne. Nie dlatego, że brzydzą się takich chwytów, ale dlatego, że są one ryzykowne i prowokacja może się okazać samobójem. To prawda, obiekt ataku nie ma już czasu na obronę, ale jeśli prowokacja była źle przeprowadzona, to i atakujący nie ma jak jej odkręcić. A co z klasycznymi hakami na finiszu: aferami, sprawami obyczajowymi? Też bywają nieskuteczne. A doba lub dwie przed ciszą to zbyt krótki czas, by taka historia w pełni dotarła do wyborców. W ostatnich 48 godzinach kampanii sztaby zapewne skupią się na dwóch rzeczach. Po pierwsze: nie popełnić szkolnych błędów. W 1991 r. Michał Boni, minister w rządzie Jana K. Bieleckiego, na finiszu ujawnił, że emeryci nie dostaną podwyżek. Notowania KLD spadły. W 2001 r. Marek Belka, kandydat SLD na ministra finansów, zapowiedział cięcia budżetowe i zaciskanie pasa. Efekt? Sojuszowi zabrakło głosów, by rządzić samodzielnie. Potrzebny był koalicjant z PSL. Po drugie, w tych wyborach szczególnie duża jest grupa wyborców niezdecydowanych (wg sondaży 20 – 25 proc.). To pula, o którą walczą teraz główni polityczni gracze. A niezdecydowani decyzję o tym, czy i na kogo zagłosują, podejmują w ostatniej chwili. Dosłownie. Opowieści o ludziach, którzy decydują dopiero w drodze do lokalu wyborczego, nie są bajką. Tak jest nie tylko w Polsce. O ich głosie zdecydować może ostatni bodziec, jeden obraz, jaki zarejestrują w finale kampanii. To rzecz zbyt ważna, by ryzykować nieudaną prowokację.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA