fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Szkoła: pieniądze w oświacie - Jan Wróbel

Jan Wróbel
Fotorzepa, Seweryn Sołtys
Dzieci przychodzące do pierwszych klas podstawówki są podekscytowane szkołą. Na ogół wcześniej czy później ktoś im jednak wbija do głów, że szkoła to fabryka stopni, a nie przygoda – pisze nauczyciel i publicysta
Czy szkoły są przedsiębiorstwami? Czy na istnieniu gimnazjów zyskujemy czy tracimy? Czy nowa matura przynosi zyski warte ponoszonych nakładów? Sześciolatki w szkołach to dobra czy zła inwestycja? Czy zwraca się nam ogromna dotacja dla szkolnictwa wyższego?
Samo stawianie takich pytań traktowane jest w Polsce jak majtanie ogonem w składzie porcelany. Wystarczyło, by minister Boni wyjaśnił kiedyś, że obniżenie wieku szkolnego przysłuży się gospodarce, aby liczni rodzice uznali tę wypowiedź za przejaw cynizmu władzy. Mam inny pogląd. Trzeba o pieniądzach w oświacie mówić i mówić.

Cios w cywilizację?

"O pieniądzach dla szkół mówi się przecież ciągle" – powie ktoś, ale będzie się mylił. W Polsce nie dyskutujemy o pieniądzach w oświacie, lecz o ich braku. Nie o tym, jak są wydawane, lecz o tym, kto ich dostaje za mało. Nie dyskutujemy, bo nawet nie wiemy, jak odróżnić dobre, zwracające się wydatki od wydatków nietrafionych.
Zastrzegę od razu, rzeczy oczywiste są oczywiste – szkoła podobnie jak rodzina, przychodnia czy teatr to "coś więcej" niż biznes, znacznie więcej. Zważywszy jednak na ogrom wydawanych na edukację pieniędzy, przesuwanie na daleki plan dyskusji o celach wydatków niczemu nie służy. Proste rozumowanie inwestycyjne: po co? na co? ile?, nie oznacza deprecjonowania tego wymiaru oświaty, który jest dla nas jasny. Debata na temat pieniędzy nie toczy się publicznie, ale w samorządach. To one jako organ prowadzący ogromnej większości szkół w Polsce podejmują różne trudne decyzje będące wypadkową wyliczeń księgowych, porozumień politycznych i protestów społecznych. Finansowa debata na krajowym szczeblu na temat edukacji szkolnej nie odbyła się. Zalążki takiej debaty w odniesieniu do szkolnictwa wyższego, gdzie akurat relacja kosztów do zysków jest najłatwiejsza do zbadania, potraktowana została przez środowisko akademickie niczym cios w cywilizację. Sądzę, że takim ciosem jest raczej postawa "nauczanie to rzecz święta", a świętości nie podlegają żadnej formie audytu. Nie możemy być pewni, jakie wnioski przyniósłby audyt przeprowadzony w polskich podstawówkach, gimnazjach i szkołach średnich. Korzystając z gościnnych łamów "Rzeczpospolitej", pozwolę sobie jednak na cztery hipotezy:

Ławki ze złota

Okazałoby się, że literalnie nikt nie panuje nad wydatkami na edukację. To znaczy, owszem, uważa się, aby nie przekroczyć ustalonej sumy globalnej, ale nie przeprowadza prostego rozumowania: po co?, ile? Szkoły mają uczyć "rozumowania", "znajomości podstawowych faktów umożliwiających rozumienie zjawisk kultury", "formułowania własnych wniosków", "samodzielnego rozwiązywania zadań", "umiejętności formułowania i hierarchizowania argumentów", "zainteresowania zjawiskami przyrodniczymi", "znajomości podstawowych faktów z dziedziny nauk ścisłych". I tak dalej. Czy ktoś rozlicza szkoły – w wymiarze finansowym – z realizacji tych zadań? Broń Boże nie chodzi mi o to, aby szkoły notujące świetne wyniki testów otrzymywały premię, a szkoły mające złe wyniki odwrotnie. Dzisiaj wciąż nie ma narzędzi badających realnie "dobre" i "złe" wyniki, to znaczy mające za punkt odniesienia poziom uczniów danej szkoły na "wejściu" i "wyjściu". Minister Hall pracuje nad rankingiem opisującym  realny postęp. Więc może kiedyś szkoły najbardziej zasłużone dla polskiej edukacji będą miały ławki ze złota.

Deszcz pieniędzy

Okazałoby się, że w Polsce wydaje się pieniądze na uczenie przedmiotów szkolnych, nie na szkoły. Polska szkoła od poziomu gimnazjum pozostaje luźną federacją przedmiotów. Jeżeli zdarzy się, że dzieciaki zaczną lubić swoją szkołę, nie znajdzie to odzwierciedlenia nigdzie. Jeżeli chętnie i z własnej woli zaczną chodzić do muzeów, do Centrum Kopernika albo oglądać dobre filmy dokumentalne, będzie to cud, ale cud, za który na nauczycieli (szkołę?) nie spadnie deszcz pieniędzy.

Najazd Marsjan

Okazałoby się, że nawet gdybyśmy, wskutek jakiegoś najazdu Marsjan, chcieli jednak zapłacić szkołom (nauczycielom) wybudzającym uczniów z marazmu, to nie mielibyśmy, jak zdecydować, komu się deszcz pieniędzy należy, a komu nie. Badania PISA porównujące wyniki nauczania w różnych krajach, o różnej kulturze i systemie edukacyjnym mają minimalny walor poznawczy. Testy organizowane na zakończenie podstawówki oraz w III klasie gimnazjum informują nas... o wynikach testu i o niczym innym. Nowa matura (pomijając wiecznie zjadającą własny ogon maturę z polskiego) daje akurat dobrą informację, ale tylko na temat poszczególnych przedmiotów wybieranych przez uczniów.

Sens uczenia przedmiotów

Możemy za to policzyć, ile kosztuje nas nauczanie chemii od podstawówki do szkoły średniej, a ile np. uczenie angielskiego, i zestawić to z umiejętnościami naszych uczniów. To możemy robić, ale nie robimy, bo taka kalkulacja zainteresowałaby tylko ministra finansów. Nikt w Polsce nie pyta o sens uczenia jakiegokolwiek przedmiotu. Nie wiemy, jakie formułować wnioski, gdyby się okazało, że angielski jest za drogi albo że angielski tak się edukacji opłaca, iż w zamian za likwidację chemii moglibyśmy znacząco podnieść wyniki nauczania tego języka. Albo odwrotnie – to właśnie chemia powoduje taki przyrost umiejętności syntezy wyobraźni przestrzennej, matematyki i samodzielnego rozumowania, że na nią właśnie przerzucamy środki kosztem innych przedmiotów.

Biznesplan edukacji

Jestem przekonany, że wyimaginowany audyt pokazałby przede wszystkim jedno: ani rady rodziców, ani samorządy, ani kuratoria, ani minister finansów (jest dla mnie oczywiste, że to on powinien sprawować pieczę nad wydatkami na oświatę) nie potrafią takich decyzji podjąć. Nie potrafią nawet ich ugryźć, bo brak im danych. Nie jest celem edukacji płacenie nauczycielom po to, aby mieli pracę, ani szkołom, aby były. Celem edukacji jest wspieranie uczennic i uczniów. Najtrudniej policzyć te nakłady, które są najważniejsze. A najważniejsze jest, aby szkoły polskie opuszczali absolwenci zaciekawieni światem (i to tym realnym, a nie tylko komputerowym), zmyślni, sprawnie podejmujący nieznane zadania, konkurencyjni na rynku pracy, łatwo uczący się – i na dodatek chętnie. Na realizację tego celu wydajemy grubą forsę. Dzieci przychodzące do pierwszych klas podstawówki są podekscytowane szkołą. Na ogół wcześniej czy później ktoś im jednak wbija do głów, że szkoła to fabryka stopni, a nie przygoda. Być może naprawdę dobry biznesplan polskiej edukacji uwzględniłby, że zapał razy wiedza razy "wiem i potrafię" Polaków i Polek są warte wydawanych na edukację pieniędzy. Nie potrzeba uchylać się od dyskusji na temat nauczycielskiego niedostatku. Cieszę się, że premier i minister edukacji (póki jeszcze nie zastąpił go minister finansów) dbają o podnoszenie pensji nauczycieli. Wielu z nich jednak nie zasługuje na żadną podwyżkę, bo kiepsko sobie radzą. Wielu z nich zasługuje na dwa razy większe pieniądze, bo to oni ciągną w górę polską szkołę. Tylko jednych od drugich nie potrafimy odróżnić. Autor jest publicystą i nauczycielem,  dyrektorem I Społecznego Liceum Ogólnokształcącego Bednarska  w Warszawie, autorem książki  "Jak przetrwać szkołę i nie zwariować"
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA