fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Krzysztof Masłoń pisze o więziennych dzienikach Hansa Fallady

ROL
Tomasz Mann twierdził, że książki drukowane w Niemczech w latach 1933 – 1945 powinno oddać się na przemiał. A jednak nie lekceważmy tego, co mieli do powiedzenia np. Frank Thiess czy Hans Fallada
Agnieszka Osiecka nie pisała wyłącznie lirycznych piosenek o miłości. Popełniła również songi o „wiernych pancernych", o tym, że w nowej Polsce „dzieci urodzą się nowe nam", jak również o odradzającym się w Niemczech (konkretnie w zachodniej części kraju nazywanego wówczas NRF) neofaszyzmie. Tę – przyznajmy, niespecjalnie lansowaną – piosenkę śpiewała młodziutka Magda Zawadzka: „Wesoły wieczór, wesoły wieczór,/ jakby w dzień zaręczyn./ A dookoła, a dookoła/ sami dobrzy Niemcy". Przypomniał mi się ten refren z kabaretu Edwarda Dziewońskiego po lekturze więziennego dziennika Hansa Fallady „W  moim obcym kraju" (Czytelnik, Warszawa 2011 r.).

Hans Fallada (naprawdę Rudolf Ditzen) czytany był pół wieku temu. Na „Pijaka" zapisywano się w bibliotekach. Podobnie jak na „I cóż dalej, szary człowieku" i „Każdy umiera w samotności". Nie tylko w Niemczech, także w Polsce. Teraz, jak słyszę, wznawia tego autora Sonia Draga, a Czytelnik przygotowuje nowe tłumaczenie „Pijaka". Wstępem do przypomnienia tego pisarza jest jego arcyciekawy dziennik. Więzienny jak więzienny – w istocie, z wariatkowa.

Rękopis pod koszulą

Autor „Pijaka" ożenił się w 1929 roku z Anną Issel. 15 lat później, już po rozwodzie, podczas sprzeczki z eksmałżonką mocno pijany strzela z pistoletu. Na szczęście Anna zeznaje, że nie była to próba zabójstwa, niemniej sąd skazuje Falladę na „czasowe osadzenie w zakładzie leczniczym lub opiekuńczym". „Zamyka się – czytamy – za nim brama zakładu Neustrelitz-Strelitz. Fallada zostaje umieszczony w Station III, wśród niepoczytalnych przestępców i przestępców z ograniczoną poczytalnością. Wydaje się, że jest alkoholikiem, wrakiem cielesnym i duchowym, autorem niezdolnym do pisania".
Jest inaczej. Prosi o artykuły piśmienne i za kratami powstają „Pijak" oraz ten właśnie „Dziennik więzienny". Z pewnością ryzykuje. Pisze między linijkami, zamiast „nazista" stawia literę „n", w istocie szyfruje zapis z trudem dający się odczytać. 8 października 1944 r. otrzymuje dzień urlopu. Wynosi wtedy to, co napisał, pod koszulą.
Fragmenty dziennika ukazują się tuż po wojnie, w całości dopiero w 2009 roku, 62 lata po śmierci autora. W porównaniu z więziennym rękopisem Fallada dokonał pewnych zmian, jedne kwestie złagodził, inne wyostrzył. M.in. przerobił portret swojego wydawcy Ernsta Rowohlta, którego – jako członka NSDAP – czekała procedura denazyfikacyjna. „Dlatego – piszą w posłowiu Jenny Williams i Sabine Lange
– Fallada podkreśla uznanie, jakim Rowohlt cieszył się za granicą, chwali ambitny program wydawniczy obejmujący wielu autorów zagranicznych i licznych żydowskich".
W gruncie rzeczy tekst, który ukazał się w 1945 r. w „Tagliche Rundschau", służył jednemu: pokazaniu Hansa Fallady jako ofiary nazizmu.

Sól ziemi

Taką też ofiarą był: jako narkoman, alkoholik, a i człowiek niepokorny, niepoddający się brunatnemu dyktatowi z powodów, między innymi, estetycznych. Czy jednak rzeczywiście był Fallada wrogiem nazizmu? Na pewno takie jego książki, jak „Wilk pośród wilków", nie spełniały oczekiwań Goebbelsa. Ale też kompromitowało autora przerabiane według wskazówek Ministerstwa Propagandy zakończenie „Żelaznego Gustawa".
Względnie szczerze przedstawiając swoją sytuację w III Rzeszy, fatalnie wyraża się o emigrantach. I deklaruje z emfazą: „... wolałbym narazić siebie, żonę i dzieci na wszelkie niebezpieczeństwa, niż opuścić ojczyznę, bo jestem Niemcem, jeszcze dziś mówię to z dumą i smutkiem, kocham Niemcy, mogę żyć i pracować tylko w Niemczech. Nigdzie indziej. Jakimże byłbym Niemcem, gdybym w godzinie biedy i wstydu uciekł stąd do lżejszego życia? Albowiem kocham ten naród, który ofiarował światu nieprzemijające brzmienia i nadal będzie ofiarowywał. Tutaj śpiewa się pieśni jak w żadnym innym kraju świata, tutaj w Niemczech rozbrzmiewają dźwięki, których się już nie usłyszy, jeśli ten naród przepadnie! Tak wierny, tak cierpliwy, tak stały jest ten naród – i tak łatwy do omamienia! Jest bowiem ufny – zaufa każdemu szarlatanowi".
Powiada Fallada, że tacy jak on są solą tej ziemi, a w państwie – bynajmniej – „nie wszystko stęchło i zgłupiało. Nie dało się pominąć tego, że w swoich stronach byłem znaną wszystkim czarną owcą; w moim domu nigdy nie mówiono »Heil Hitler«, a na takie rzeczy z biegiem lat słuch ludzi w Niemczech bardzo się wyostrzał".

Do ostatniej marki

Nie kryjąc pogardy dla nazistów, w stosunku do Żydów zachowuje dwójmyślenie. Określając się jako filosemita – którym chyba był
– pozwala sobie na uwagi rodem ze „Stürmera": „Gdy na przykład – wspomina – widziałem tego prof. N., który w całej swej poczciwości siedział i zajadał na koszt państwa niemieckiego pieczoną gęś, to musiałem sobie powiedzieć, że ja po takim podłym wyrzuceniu nigdy bym nawet dla tak wielkich pieniędzy nie wrócił do Niemiec i nie trudził sobie głowy wynalazkami na potrzeby panów nazistów. Mieliśmy też żydowską przyjaciółkę, właśnie tę panią, która tak skutecznie w dniu mego uwięzienia [przez] SA wymykała się z pokoju do pokoju. Jedna jej córka mieszkała w Londynie, druga w Kopenhadze – obie były zamężne i obu dobrze się wiodło. Wiele razy prosiły mieszkającą w Berlinie matkę o przeprowadzenie się do którejś z nich, aby nie musiała dłużej znosić upokorzeń i prześladowań ze strony nazistów, ale matka rok za rokiem niemal do ostatniej chwili pozostawała w kraju. A dlaczego? Otrzymywała małą emeryturę po dawno zmarłym mężu, niecałe 100 marek miesięcznie, i mówiła wzburzona: »Nie podaruję tej bandzie tych pieniędzy! Nie prześlą mi ich do Londynu! Nie, wyciągnę je od nich do ostatniej marki«. Odkryłem więc, że Żydzi mają inny stosunek do pieniędzy niż ja, co osobiście mi się nie podobało, a nawet było mi bardzo antypatyczne. Jeden przyjechał dla pieniędzy, druga nie wyjeżdżała z ich powodu – oboje jednak pozwalali się dla nich upokarzać, pozwalali dobrowolnie i świadomie".
Tomasz Mann odmówił kiedyś niemieckiej „emigracji wewnętrznej"  w stylu Fallady prawa do uważania swych dzieł za literaturę oporu. Autor „Czarodziejskiej góry" pisał: „Może to uprzedzenie, ale moim zdaniem książki drukowane w Niemczech w latach 1933 – 1945 są mniej niż bezwartościowe i nie należy brać ich do ręki. Przywarła do nich woń krwi i hańby. Powinno się je wszystkie oddać na przemiał".
To oczywiście przesada. Świetny pisarz Ernst Jünger mówiąc, że „podziela tragedię swego narodu", nie kłamał. Ale Frank Thiess, inny literat, uważał, że pozostanie w Niemczech, a co za tym idzie pisanie zgodnie z myślą narodowosocjalistyczną, dostarczało „całego skarbca przemyśleń i doświadczeń". „Trudniej było tutaj uchronić swoją osobowość, niż kierować z zewnątrz przesłanie do narodu niemieckiego" – twierdził Thiess. Rzecz jasna nie miał racji, co jednak nie oznacza, że powinniśmy lekceważyć to, co mieli do powiedzenia i Thiess, i Fallada.
Dziennik tego ostatniego ma charakter obronny. Autor tłumaczy się, często nieudolnie, jak wtedy, gdy przeciwstawia „złego" Goebbelsa „dobremu" Goeringowi. Ciekawe, że na początku dziennika przeciwstawia porządnych, dzielnych Niemców obrzydliwym (także fizycznie) nazistom. Im dalej, tym gorzej: porządnych ubywa, roi się zaś od szumowin, delatorów, kolaborantów.
Fallada wścieka się, że w jego ojczyźnie nie podobna marzyć o apolityczności. Przed złem tego świata usiłuje schronić się na wsi, w Carwitz. Ale i tam dosięgają go ataki facetów z opaskami ze swastyką. Wdaje się w liczne spory z chłopami i gminnymi urzędnikami. W każdym z nich doszukuje się podtekstu politycznego i chyba się nie myli...

Pogrzebane życie

W swojej ojczyźnie nie czuje się jak u siebie i nie ma nadziei na powstanie nowych, cywilizowanych Niemiec. Rezygnacja pisarza znajduje ujście w pisarskiej wizji, o kryjówce wykopanej pod domem: „Oto prowadzę z piwnicy swojego domu [...] coraz głębiej schodzący w dół korytarz zabezpieczony przez dziewięć sekretnych drzwi niedostrzegalnych nawet dla najbardziej wprawnego oka. [...] Nie jest to jednak jakieś brzydkie, mroczne przejście, lecz w dół wiodą piękne kamienne schody, ściany są zdobione gwiazdkami, pod sklepionym sufitem świecą elektryczne lampy. Na dole wchodzi się do pięknego przedsionka, a z niego prosto do ogromnego pokoju mieszkalnego, a zarazem pracowni, 20 metrów pod ziemią". I coraz wyraźniej widzi pisarz – oczyma wyobraźni – ten „podziemny pałac", swój obraz „przezimowania" czasu narodowego socjalizmu. „To ostatnia twierdza broniąca przed roszczeniami epoki – piszą Jenny Willimas i Sabine Lange – rozpaczliwa idylla. Kończy się ona wszakże gorzkim zarzutem: »Pogrzebane życie. Jak mogliście to zrobić? Jak mogliście to zrobić swoim dzieciom?«".
Rozpaczliwy jest cały ten dziennik usiłujący przekonać czytelnika, że jego autor był antyfaszystą, że nienawidził nazistów, starał się jedynie być Niemcem. Dobrym Niemcem.
„Dobry Niemiec z dobrą Niemką/ dobre dziecko w wózku pcha./Obłok niebem płynie lekko/ a ja mam 16 lat./ Mama z papą dziś nie wyszli, choć pięknieje nieba skłon./ Papa znowu się zamyślił,/ a ja lubię mieszkać w Bonn" – tak pisała Osiecka.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA