fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Igor Janke o wizycie prezydenta USA Baracka Obamy

Igor Janke
Fotorzepa, Waldemar Kompala Waldemar Kompala
Może nie nadszedł czas na festyn, bo najpierw musimy na nowo ułożyć nasze stosunki. W takim razie wartości wizyty Obamy nie należy mierzyć ilością podpisanych dokumentów, ale tym, czy podtrzyma ona, czy zmieni tendencję we wzajemnych stosunkach – ocenia publicysta "Rzeczpospolitej"
Czy wizyta Baracka Obamy jest spektakularnym sukcesem? – nie. Czy była potrzebna – jak najbardziej. Spektakularnym sukcesem być nie mogła, bo nie było do tego podstaw. Jedynym polem, na którym zapowiada się znaczący postęp, jest sprawa gazu łupkowego, bo tu są realne pieniądze i inwestycje. Niemniej obie strony – i polska, i amerykańska – wykonały krok naprzód. Taki, na jaki dziś możemy sobie pozwolić.
Nie była to tylko wizyta kurtuazyjna, bo wyraźnie nakreślone zostały pola, na których możemy i chcemy współpracować: gospodarka, bezpieczeństwo, rozszerzanie demokracji w północnej Afryce i wschodniej Europie.

Zysk z łupków

Gospodarka, czyli dziś przede wszystkim sprawa wydobycia gazu łupkowego. Nie wiemy, co w trakcie spotkań zostało ustalone. Wiemy natomiast, że musimy zmienić polskie prawo tak, by z jednej strony inwestorom gazowym ułatwić działania już teraz, z drugiej – przygotować rozwiązania, które zabezpieczą nasze interesy w przyszłości. Kluczowe oczywiście jest ustalenie, jaka część zysku z przyszłego wydobycia gazu (jeśli oczywiście ten gaz będzie i będzie można go wydobywać) trafi do polskiego Skarbu Państwa.
Jak przekonywał mnie jeden z przedstawicieli naszego rządu, Amerykanie znakomicie zdają sobie sprawę z tego, że nałożymy na nich jakieś haracze, ale chcą wiedzieć, jakie one będą i jak będą skonstruowane. I trudno im się dziwić. To przecież ważne z punktu widzenia przedsiębiorcy planującego poważny biznes. A i dla budżetu polskiego państwa to piekielnie ważna kwestia.
Na razie nie słychać, by dochodziło tu do jakichś poważnych sporów, choć można się spodziewać, że kontrowersje się pojawią. Niemniej wydaje się, że ta część współpracy polsko-amerykańskiej będzie wyglądać coraz lepiej.

Więcej niż zero

W sprawach militarnych nastąpił postęp, ale przyznajmy – nie jest on oszałamiający. Jedna jednostka lotnicza to więcej niż zero jednostek, ale nie są to siły, które znacząco wpłyną na nasze poczucie bezpieczeństwa. Trudno jednak oczekiwać, że Amerykanie tylko z powodu naszych odczuć nagle przyślą do Polski połowę US Army. Zapowiedź zamontowania za siedem lat elementów mobilnej tarczy antyrakietowej też jest pewnym postępem, choć i tu trudno o zachwyt.
Niemniej nie mamy do czynienia z regresem, ale niewielkim krokiem w dobrym kierunku.
Tak samo jak niewielkim, choć może ciut większym krokiem jest kolejna deklaracja w sprawie wiz i napisanie w tej sprawie listu do Kongresu przez prezydenta USA.

Mocny sygnał w sprawie Wschodu

Istotna – choć brzmiąca tak samo jak inne tego typu deklaracje – jest zapowiedź współpracy na polu poszerzania demokracji. Amerykanie mówili jasno o takich krajach, jak Białoruś, Mołdowa i Ukraina z jednej strony, a Afryka Północna z drugiej. I choć można dyskutować, czy kraje europejskie wywodzące się z innej kultury, tradycji politycznej i religijnej są w stanie uczyć czegokolwiek Arabów z Afryki Północnej, to takie próby niewątpliwie warto podejmować.
Paradoksalnie Polakom znacznie łatwiej będzie rozmawiać z Tunezyjczykami, Egipcjanami czy Libańczykami niż Amerykanom, którzy budzą tam – delikatnie rzecz ujmując – ograniczony entuzjazm. Poza tym będąc obecni w tamtym regionie w kluczowym momencie historycznym, możemy zbudować grunt pod dobre relacje gospodarcze i polityczne na przyszłość. A to gra warta świeczki.
Poza tym współpracując ze Stanami Zjednoczonymi na ważnym dla nich polu, wzmacniamy nasze relacje dwustronne, które mogą procentować w innych dziedzinach. W jakich? Choćby w tych, o których także była mowa w Warszawie – dotyczących wspierania demokracji na wschód od Polski. Barack Obama złożył jasną deklarację w sprawie Białorusi. W sprawie dla nas istotnej mamy najsilniejszego sojusznika, jakiego moglibyśmy sobie wyobrazić.
Prawdopodobnie doszło także do pewnych ustaleń w sprawie Ukrainy. Nie znamy wprawdzie dokładnego przebiegu rozmowy Obama – Komorowski – Janukowycz, ale wiemy, że takie nieplanowane spotkanie miało miejsce i podobno było znaczące. A o tym, jaką wagę ma dla Polski Ukraina, nie trzeba nikogo przekonywać. Walka o przeciągnięcie Ukrainy na swoją stronę przez Rosję i świat Zachodu wcale się nie zakończyła. Warto więc mieć tu wsparcie Ameryki, zwłaszcza że trudniej znaleźć je nam w Europie.
Ważny był również sygnał wysłany przez amerykańskiego gościa nie wprost – że Polska jest dla Stanów interesująca jako istotne państwo bloku środkowoeuropejskiego. Niby wszyscy politycy to wiedzą, ale jakoś ten blok na razie zbyt mocny nie jest.

Pustynia zamiast festynu

Wizyta Baracka Obamy, poza spektakularnym opustoszeniem Warszawy, spektakularna nie była. Nie było tłumów witających amerykańskiego prezydenta. Nie było spotkań z mieszkańcami, wielkich gestów. Na trasie przejazdu prezydenckiej kolumny były pustki. Czy dlatego, że Ameryka coraz mniej interesuje Polaków, czy dlatego, że skutecznie nas do tych wiwatów zniechęcono, zamykając tyle ulic, ile się dało – trudno dziś osądzić. Niemniej szkoda, że miasto przypominało pustynię. Trochę brakowało atmosfery festynu.
A może po prostu jeszcze nie nadszedł czas na festyn, bo musimy mozolnie układać nasze stosunki na nowo. W takim razie wartość takiej wizyty nie należy mierzyć ilością podpisanych dokumentów, ale tym, czy podtrzyma ona, czy zmieni trend we wzajemnych relacjach. Zdaje się, że obie strony zaczynają rozumieć, iż choć minęły już czasy romantycznej ekscytacji, to warto ze sobą współpracować. Z tym że ta współpraca musi być długofalowa i bardziej kreatywna, niż była do tej pory.
Potrzebne są ciekawe wspólne projekty. Po polskiej stronie potrzebna jest też wyraźna wizja tego, co chcemy osiągnąć i do czego zmierzamy.
Dziś polityka zagraniczna jest włączona do przedwyborczego pakietu, którym się gra. Niemniej politycy najważniejszych ugrupowań muszą – nie unikając sporu – ustalić wspólne dla państwa cele. Spotkanie partyjnych liderów z prezydentem Obamą było dobrym sygnałem, że nie jest to iluzja, zwłaszcza że podobno wystąpienia były ciekawe. Piszę podobno, bo z nieznanych mi powodów Kancelaria Prezydenta pozbawiła nas, opinie publiczną, szansy na zapoznanie się z treścią tych wystąpień.

Między nami

Ameryka dostrzega w nas potencjał. Słowa Baracka Obamy, że Polska może stać się światowym liderem, brzmią pewnie trochę zabawnie, ale dobrze obrazują amerykański punkt widzenia. Z jednej strony optymizm i wyznaczenie sobie wielkich celów, których nam tak brakuje. Z drugiej zauważenie w Polsce właśnie tego potencjału, dzięki któremu możemy się stać ważniejszym graczem, niż jesteśmy dzisiaj.
O tym, że nie jest to tylko dyplomatyczna uprzejmość prezydenta USA, niech świadczy choćby jeden fakt. Dwa wielkie amerykańskie think tanki w mniej więcej tym samym czasie zwiększyły zainteresowanie Polską. German Marshall Fund z wielką pompą otworzył właśnie swoje warszawskie biuro, a Atlantic Council organizuje we Wrocławiu poważną konferencję Wrocław Global Forum, na której ma się pojawić wielu znanych ekspertów i polityków z republikańskim rywalem Obamy w wyborach prezydenckich Johnem McCainem na czele.
Amerykanów coraz bardziej irytuje to, co nazywają "polityką transakcyjną". My wam to – wy nam tamto w stosunkowo krótkim terminie. Dobre relacje buduje się bowiem latami. Między Polską a USA już nie ma romantyzmu ani wzajemnej miłości, ale może być całkiem rozsądny związek. Tylko musimy o niego dbać. A dbać to znaczy: wiedzieć, do czego chce się dojść, modyfikować cele i być pomysłowym. Na razie kreatywności w tych relacjach zdecydowanie brakuje.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA