6 maja ruszyło zbieranie podpisów pod petycją o zwiększenie finansowania nauki do poziomu 3 proc. PKB i o konkretne rozwiązania finansowe dla pracowników, studentów, doktorantów oraz instytucji badawczych. Na 27 maja zaplanowany jest protest w tej sprawie przed Sejmem. – Lepiej, żeby za rok politycy nie musieli sprawdzać, co się stanie, jeśli po raz kolejny zignorują nasze postulaty – mówią naukowcy.

Koordynatorami akcji są dr hab. Łukasz Okruszek, prof. IP PAN; dr hab. Agata Starosta, prof. IBB PAN oraz prof. dr hab. Michał Tomza. 

Czytaj więcej

Trzy lata na własny biznes. Resort nauki da badaczom „urlop przedsiębiorczy”

Gwarantowane przepisami prawo do nauki nie działa tak, jak można by tego oczekiwać

Czy przedstawicielom świata nauki wypada wyjść na ulice i tak po prostu protestować? Może ludziom mającym zwykle wysoki status społeczny nie przystoi takie działanie.

Łukasz Okruszek: Powiem przewrotnie: ludziom świata nauki na tym etapie nie wypada nie protestować. Doszliśmy do momentu, w którym mamy świadomość, że wyczerpaliśmy zakres możliwych działań i nie przyniosło to oczekiwanych efektów. Aktywność w sferze wirtualnej, przygotowywanie i składanie na ręce rządzących petycji, proszenie o uwagę – wszystko już było i nie ma sensu powtarzać tego po raz kolejny, bo to nie byłoby już mądre, a naukowcy, podobno, jakąś mądrością muszą się cechować. Owszem, była taka chwila, tuż przed startem akcji, w której myśleliśmy, że niewykluczone, iż uczestnikami protestu będziemy my troje i może kilku naszych doktorantów, ale po tym, jak wielu ludzi z całej Polski się do nas odezwało i dopytuje o możliwość grupowego dołączenia do wydarzenia, już wiemy, że nie ma takiego zagrożenia. Głosy poparcia płyną z różnych stron i to jest realna siła.

Michał Tomza: Prawo do protestu jest gwarantowane w Konstytucji i nie widzę powodu, dla którego naukowcy nie mieliby korzystać z tego przywileju.

Agata Starosta: Żyjemy w kraju, w którym mamy prawo do wyrażania opinii, więc dlaczego mielibyśmy nie robić akurat w ten sposób? Pokolenia się zmieniają, a sytuacja, na którą chcemy zwrócić uwagę, dotyczy przede wszystkim młodych ze świata nauki i to właśnie oni, kiedy usłyszeli, że ktoś wreszcie o nich mówi, wyrazili chęć działania w ten sposób. Mobilizację, która bardzo nas cieszy, widać właśnie wśród nich. W pełni zgadzam się ze stwierdzeniem, że czas na zmianę.

Był Rok Przełomu, Rok Przyspieszenia. Jest Rada Przyszłości. Nic konkretnego jednak z tego nie wynika

dr hab. Agata Starosta

Jak definiują państwo młodych – to osoby na studiach doktoranckich, świeżo upieczeni doktorzy, a może wszyscy niesamodzielni pracownicy naukowi?

Ł.O.: Nie tylko oni. Protest obejmuje całą trajektorię systemu. Problemy finansowe odczuwają także studenci studiów licencjackich i magisterskich. Wśród osób podejmujących naukę na uczelniach maleje liczba takich, które pochodzą z mniej zamożnych rodzin, a 60 proc. studiujących musi pracować, aby się utrzymać. To pokazuje, że gwarantowane przepisami prawo do nauki nie działa tak, jak można by tego oczekiwać.

A.S.: W nauce funkcjonuje symboliczna kreska odcięcia – 12 lat po doktoracie – której używa się do różnicowania pracowników, ale dla nas nie jest ona najważniejsza. Te 12 lat nie powinno determinować losu naukowca. Działamy z myślą o wszystkich tych, dla których nauka jest ważna i którzy chcą w niej działać, a obecne rozwiązania systemowe nie zachęcają ich do tego. Ze statystyk jasno wynika, że ludzie w wieku poniżej 40 lat stanowią jedynie 25 proc. wszystkich zatrudnionych w Akademii. Warto sobie uświadomić, co to oznacza. Już wkrótce możemy się mierzyć z poważnym problemem braku dydaktyków, badaczy, ekspertów dostarczających nowoczesne rozwiązania mające zastosowanie w wielu obszarach życia społecznego.

M.T.: W tym momencie akcja cieszy się największym zainteresowaniem młodych, o których mowa, ale wierzę w to, że starsza kadra jest z nami duchem i niewykluczone, że również licznie dołączy do działań, które planujemy.

Zdarzyło mi się usłyszeć, że organizacja protestu przez naukowców to wyraz rozpaczy.

A.S.: Nie, do rozpaczy jeszcze trochę nam brakuje. W moim odczuciu to zdecydowanie objaw buntu. Chcemy pokazać, że nie pozwolimy się ignorować.

Ł.O.: A ja widzę w tym wyraz nadziei i wspólnotowości. Ludzie, którzy dotychczas byli zatomizowani w tym niesprzyjającym systemie, teraz poczuli, że nie są sami, że razem z innymi mogą coś zrobić. Wielu z nich na pewno doświadcza pewnego rodzaju rozpaczy – bo jak inaczej nazwać to, co się czuje, zdobywając stopień naukowy i otrzymując wynagrodzenie o 19 zł wyższe niż najniższa krajowa – ale teraz mają okazję, żeby o siebie zawalczyć. Ważne jest jeszcze to, że nie chcemy, aby akcja służyła budowaniu wyłącznie negatywnej narracji o polskiej nauce. Przeciwnie: zależy nam, żeby opinia społeczna usłyszała, że nasi badacze to ludzie z ogromnym potencjałem, którzy już robią wielkie rzeczy, a jeśli stworzy im się odpowiednie warunki, mogą robić jeszcze większe. Dlatego zachęcamy wszystkie osoby aktywne na polu naukowym do nagrywania i przesyłania nam rolek, w których opowiadają o swojej zawodowej pasji, drodze, którą podążają i sukcesach, które odnoszą. Chcemy opublikować w mediach społecznościowych jak najwięcej tego rodzaju materiałów, żeby społeczeństwo miało szansę zobaczyć „ludzką twarz polskiej nauki”.

M.T.: Myślę, że jako reprezentanci środowiska naukowego właśnie straciliśmy cierpliwość do polityków i ich zapewnień o chęci działania na naszą korzyść. Już rok temu rozmawialiśmy z premierem, ministrami, wiceministrami i posłami wchodzącymi w skład stosownych komisji, ale nic z tego nie wynikło. Można wręcz odnieść wrażenie, że całe środowisko polityczne konsekwentnie ignoruje naukę i potrzeby tworzących ją ludzi. To, co się dzieje teraz, uznaję więc zdecydowanie za wyraz mobilizacji środowiska, a nie oznakę poddania się.

A.S.: Skoro już mowa o podejściu polityków do tematu, to chciałabym jeszcze dodać pewną refleksję na temat działań obecnego rządu. Przez pewien czas pojawiał się rodzaj teaserów mających świadczyć o tym, że temat jest dla polityków ważny. Był Rok Przełomu, Rok Przyspieszenia. Jest Rada Przyszłości. Nic konkretnego jednak z tego nie wynika. Fakt, że po drugiej stronie – tej, którą my reprezentujemy – pojawia się rozgoryczenie i chęć radykalizacji działań, nie powinien więc dziwić.

M.T.: W 2024 r. premier mówił na Giełdzie Papierów Wartościowych, że teraz opieramy przyszłość rozwoju na nauce i że jest ona jego najważniejszym filarem. Dziś już wiadomo, że była to tylko pusta obietnica. Mimo starań z naszej strony, nic się nie zmieniło.

Wśród osób podejmujących naukę na uczelniach maleje liczba takich, które pochodzą z mniej zamożnych rodzin, a 60 proc. studiujących musi pracować, aby się utrzymać

dr hab. Łukasz Okruszek

Apel skierowany do ministrów Kulaska, Domańskiego i premiera Tuska

Akcję, którą państwo prowadzą, można uznawać za tzw. czerwoną kartkę dla rządzących. Komu konkretnie ją państwo pokazują – premierowi, ministrowi nauki?

A.S.: To jest czerwona kartka dla absolutnie wszystkich współczesnych rządów. Sytuacja od dawna wygląda źle – bez względu na to, kto aktualnie jest u steru władzy. Nauka jest na samym końcu priorytetów, a jeśli mamy ambicję, aby pozostać na 20. miejscu w rankingu światowych gospodarek, to najwyższy czas zacząć coś zmieniać, bo czas biegnie i nikt nie będzie na nas czekał.

Ł.O.: Osobami, do których adresujemy tegoroczny apel, jest oczywiście minister nauki i szkolnictwa wyższego Marcin Kulasek, ale także ci, o których wielokrotnie słyszeliśmy, że trzymają w ręku klucze do finansowania polskiej nauki, czyli minister finansów Andrzej Domański i premier Donald Tusk. Poprzednią petycję dotyczącą finansowania NCN osobiście wręczyłem ministrowi Kulaskowi i wiem – bo wprost to mówiono – że decyzje, na które czekamy, nie są wyłącznie w jego mocy. To jedna ważna sprawa. Kwestia jego zaangażowania w walkę o realizację naszych postulatów to już zupełnie co innego.

Czytaj więcej:

Raporty ekonomiczne Naukowcy pójdą w biznes. Ten plan ma przynieść innowacyjne tsunami

Pro

Czy państwo czują, że są głosem całego środowiska naukowego – bez żadnych wyjątków? Mam wrażenie, że na przykład przedstawiciele nauk humanistycznych są mniej skłonni do głośnego mówienia o swoim niezadowoleniu niż osoby działające w obszarze nauk ścisłych czy inżynieryjnych.

Ł.O.: Faktycznie, coś w tym jest. Dokładnie wczoraj na zajęciach, które prowadzę na Uniwersytecie Jagiellońskim, zachęcałem studentów psychologii do nagrywania rolek w ramach naszej akcji. Od jednej ze studentek, która ma w dorobku świetne projekty i mogłaby wiele o nich opowiedzieć usłyszałem, że to przecież nie będzie nikogo interesowało i zapytała, co niby miałaby pokazać – to, że siedzi przy komputerze? Zupełnie wprost mówiła, że badacze z obszaru nauk ścisłych czy przyrodniczych mogą pokazać się na tle nowoczesnych urządzeń i dzięki temu skuteczniej przekonywać o atrakcyjności oraz wadze swoich działań. Czuła, że uprawiając nauki społeczne, nie może z nimi konkurować. Moim zdaniem to nieprawda – badacze z zakresu nauk społecznych czy humanistycznych nie powinni czuć tu kompleksów. Staramy się być głosem jak najszerszej części polskiej nauki i pokazywać reprezentantów wszystkich dziedzin i dyscyplin, ale każdy z nich musi być przekonany o swojej wartości. Wtedy łatwiej działać w imię realizacji określonych celów. Dla tych, którym brakuje tej pewności, szczególnie ważna może być informacja, że dziś poparcia udzielają nam przedstawiciele najróżniejszych środowisk – również takich, z którymi wielokrotnie toczyliśmy dyskusje o tym, jak nauka powinna wyglądać. Podkreślam: wszyscy, którzy działamy na tym polu, musimy teraz mówić jednym głosem. Jeśli tego zabraknie, ziści się najgorszy z możliwych scenariusz: nauka w Polsce przestanie istnieć. To, co teraz się dzieje, to powolne skuteczne wygaszanie systemu.

Kto oficjalnie udzielił już państwu poparcia?

Ł.O.: W tej chwili nie mogę jeszcze mówić o wszystkich ciałach i organizacjach, bo rozmowy wciąż trwają, ale zapewniam, że deklaracje przekroczyły nasze najśmielsze oczekiwania. Wśród tych, którzy już oficjalnie będą nas wspierać, jest choćby Rada Główna Nauki i Szkolnictwa Wyższego Związku Nauczycielstwa Polskiego, Akademicka Inicjatywa Pracownicza czy Sekcja Nauki NSZZ Solidarność. Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich wyraziła z kolei pełne poparcie postulatów.

Wszyscy, którzy działamy na tym polu, musimy teraz mówić jednym głosem. Jeśli tego zabraknie, ziści się najgorszy z możliwych scenariusz: nauka w Polsce przestanie istnieć

dr hab. Łukasz Okruszek

Polskiej nauce potrzebne są pieniądze i strategia

Pieniądze, a konkretnie ich niedostatek, na pewno są problemem polskiej nauki, ale czy tylko one i czy tylko na nich warto się koncentrować w postulatach adresowanych do rządu?

M.T.: To prawda, pieniądze nie są jedynym problemem naszego środowiska, ale w sytuacji, w której jesteśmy, trzeba sobie postawić pytanie, nawiązując do doświadczeń medyków: od czego zacząć ratowanie pacjenta, który umiera? Idąc dalej tym tokiem myślenia: jeśli w krytycznym momencie nie poda się tlenu, to za chwilę nie będzie już można nic zrobić, tym bardziej wskrzeszać czy rehabilitować konającego. Niedofinansowanie przebija się dziś na pierwszy plan potrzeb, bo trudno sobie wyobrazić, że osoby zarabiające skrajnie małe pieniądze będą autorami innowacyjnych projektów czy rozwiązań, a o to w tym wszystkim chodzi. Krótko mówiąc: na pewno będą potrzebne kolejne działania, ale najpierw spróbujmy podać pacjentowi środki, dzięki którym w ogóle przeżyje.

A.S.: Oczywiście, że w nauce jest wiele problemów. Dużo mówi się na przykład o jakości badań. Ona oczywiście może się podnieść, ale na to potrzeba pieniędzy. Finansowanie musi być stabilne i przewidywalne, co pozwala prowadzić bardziej ryzykowne projekty. Dlatego w tym momencie kwestie finansowe stawiamy w centrum zainteresowania. Druga bardzo ważna rzecz to moim zdaniem brak polityki naukowej rządu. Nie oszukujmy się, strategia w tym zakresie nie istnieje. Nie wiemy, w czym chcemy być najmocniejsi, na co stawiamy, a więc i stosownie finansujemy. Bez tego wszystkiego nie da się konkurować ze światem.

Ł.O.: Na pewno czeka nas także poważna dyskusja o nadrzędnych celach nauki, którą uprawiamy. Ze względu na wspomniany już brak strategii rządowej w omawianym zakresie, właściwie nie do końca teraz wiadomo, co i po co powinniśmy robić, jakie są nasze cele. Czy po prostu działamy po to, żeby kształcić kadry działające na zagranicznych rynkach, czy może jednak cele są bardziej ambitne – wypracowanie własnej ekspertyzy i budowanie gospodarki opartej na wiedzy. A może jeszcze coś innego? Rząd składa kolejne puste obietnice i nic się nie zmienia, a młody zdolny człowiek, od którego oczekuje się pełnego zaangażowania czasowego i organizacyjnego, wynalazczości i odkrywczości, przez pierwsze 2 lata studiów w szkole doktorskiej otrzymuje stypendium w wysokości nieco ponad 3 tys. zł netto. Czy za takie pieniądze da się żyć, szczególnie w dużym mieście, czyli tam, gdzie zwykle znajdują się ośrodki badawcze?

Czytaj więcej

Europa ściąga naukowców z USA. Jak wygląda „drenaż mózgów” w erze Trumpa

Który kraj jest dla państwa wzorem do naśladowania, jeśli chodzi o systemowe rozwiązania dotyczące finansowania nauki?

M.T.: Myślę, że warto spojrzeć na przykład na Koreę Południową. To od niej Polska kupuje warty miliardy sprzęt wojskowy. Koreańczycy mają co sprzedawać, bo przeznaczają na naukę i rozwój technologii 5 proc. PKB. Spośród krajów europejskich inspirujące mogą być na pewno rozwiązania działające w Szwecji czy Austrii. Korelacja między tym, jak kraj finansuje badania i rozwój a zakresem jego wpływów technologicznych, jest bardzo wyraźna. Ci, którzy się liczą, nie wydają na omawiane cele mniej niż 3 proc. PKB.

Czy są państwo zadowoleni z liczby podpisów, które już udało się zebrać pod petycją?

M.T.: Jeszcze nie, ale to dopiero początek i liczymy na więcej. Tym bardziej, że w tym roku w sześć dni od uruchomienia akcji podpisów jest więcej niż rok temu ogółem. Do 27 maja jest jeszcze trochę czasu i bardzo wierzymy w to, że informacja o tym, co się dzieje, dotrze do jak największej liczby ludzi, nie tylko tych bezpośrednio związanych ze światem nauki. Petycję może podpisać każdy.

Czytaj więcej

Aleksandra Przegalińska: Niedofinansowana nauka blokuje rozwój AI w Polsce

Jaka liczba osób biorących udział w proteście byłaby spełnieniem państwa marzeń?

Ł.O.: Chyba lepiej nie podawać konkretnych liczb, bo one nie są najważniejsze. Z informacji, które już mamy, wynika, że nie musimy się obawiać o brak osób przed Sejmem. Mając wstępne deklaracje co do obecności różnych grup, myślimy raczej o tym, jak my się tam pomieścimy. Patrząc choćby na to, jak przebiega podpisywanie petycji, widzimy dużą zmianę w porównaniu do poprzednich lat. Nazwisk na liście nie przestało przybywać po pierwszych dwóch dniach ich zbierania, a te, które się na niej pojawiają, należą do ludzi z całego kraju – nie tylko z Warszawy.

A.S.: Wiem, że w kontekście tego, co robimy, pojawia się pytanie: jak to możliwe, że pod ostatnią petycją podpisało się tylko około 10 proc. wszystkich, którzy powinni być żywo zainteresowani tematem. Docierają do nas głosy, że część osób boi się wyrazić niezadowolenie. Dotyczy to przede wszystkim tych młodych badaczy, którzy są zatrudniani na umowach na czas określony. Obawiają się, że jeśli pracodawca dowiedziałby się o ich zaangażowaniu, nie dostaliby kolejnej umowy.

Na co liczycie organizując protest?

M.T.: Idealnie byłoby, gdyby nastąpiła aktualizacja już tegorocznego budżetu. Pytanie, czy np. wszystkie wydatki obronne zaplanowane na ten rok dojdą do skutku, w związku z zaangażowaniem USA w wojnę w Iranie, co może oznaczać opóźnienia w dostępności amerykańskiego sprzętu. Jeśli nie, to spełnienie naszych postulatów nie jest niemożliwe.

Ł.O.: Liczymy, że rząd wreszcie ruszy do działania i młodzi badacze będą mogli liczyć na zwiększenie wynagrodzeń – tego dotyczą dwa pierwsze postulaty z naszej listy. Trzeci odnosi się do podniesienia nakładów na badania i gdyby reakcja władz była pozytywna, też stosunkowo szybko można go zrealizować – choćby nowelizacją budżetu przewidzianego dla NCN.

M.T.: Chciałbym jeszcze dodać, że akcja, którą prowadzimy, nie jest wyrazem oczekiwania, że nagle wydatki na naukę zostaną podwojone i wszyscy będą szczęśliwi. Zależy nam, żeby rząd wykonał jakikolwiek krok i zwiększył nakłady, może nawet tylko o 0,5 proc., bo to mogłoby sprawić, że zyskamy na atrakcyjności dla inwestorów z sektora prywatnego i w efekcie zbliżymy się do pożądanych 3 proc.

Narracja prowadzona wokół akcji wyraźnie koncentruje się na poprawie warunków działania naukowców z młodszego pokolenia. Nie boją się państwo, że to zniechęca do włączenia się w nią osoby z tzw. starszej kadry, że w jakimś stopniu tracą państwo ich poparcie?

A.S.: Jako kierownik grupy badawczej mogę powiedzieć, że wszystkim powinno zależeć, aby młodzi chcieli pracować w nauce i mieli stworzone warunki, które będą ich do tego zachęcały. Każdy, kto zarządza projektami badawczymi, wie, że potrzeba w nich wielu wykonawców, ekspertów. Odkrycia dzieją się w zespołach. Bez ludzi wspaniałe pomysły zostaną tylko zapiskami na papierze.

M.T.: Kształcenie kadr jest bardzo ważne i powinno być ambicją wszystkich, którzy już coś osiągnęli w nauce. Dla mnie zawsze ogromną radością są sukcesy moich byłych doktorantów. Jeśli któryś z nich okazuje się w czymś lepszy ode mnie, to bardzo mnie to cieszy. To powinno być naturalne, ale możliwe, że jeszcze nie dla wszystkich jest. Najwyższy czas to zmieniać. Przy okazji dodam, że jako ciągle jeszcze dość młodzi naukowcy mamy trochę dość sytuacji, w której o naszym losie często decydują politycy zbliżający się do wieku emerytalnego, a w dodatku pozostający bardzo daleko od realnych problemów naszego świata. A co do tegorocznej akcji, to wyraźnie pokazuje ona, że oddanie głosu młodym rezonuje dziś o wiele mocniej niż kolejne apele składane przez profesorów w garniturach.

Ł.O.: A ja podkreślam, że my troje jako inicjatorzy działania, nie robimy tego wszystkiego dla siebie. Każdy z nas jest już samodzielnym pracownikiem naukowym i nikt z nas nie może powiedzieć, że na pewnym etapie kariery w Polsce z nauki nie da się przeżyć. Owszem, da się! I bynajmniej nie trzeba biedować. My troje, którzy tu siedzimy, naprawdę moglibyśmy już żyć spokojnie, ale nie chcemy być bierni wobec tego, co słyszymy od swoich studentów czy doktorantów. Jedni i drudzy mówią, że muszą gotować w domu, bo nie stać ich na posiłek poza nim, a zamiast stołówek dostają „premium food halle”. Jedni i drudzy po wyjściu z uczelni idą do pracy, która pozwala im się utrzymać. Tak się nie da „robić nauki”.

Co, jeśli protest nie przyniesie efektów, których państwo oczekują?

M.T.: Na razie mamy nadzieję, że politycy nie będą ryzykować sprawdzania tego, jak bardzo zdeterminowana jest grupa osób, w imieniu której występujemy.

Ł.O.: Sam protest jest kolejnym elementem procesu, w którym wykorzystaliśmy już różne inne środki. Jeśli nawet w tym roku włączy się w niego nie dość dużo ludzi, to za rok na pewno będzie ich więcej.

A.S.: A 2027 to rok wyborczy. Chyba lepiej byłoby dla rządzących, gdyby kolejna nasza mobilizacja nie odbywała się w tym czasie.

dr hab. Łukasz Okruszek

prof. IP PAN – psycholog i neuronaukowiec, kierownik Pracowni Neuronauki Społecznej Instytutu Psychologii PAN

dr hab. Agata Starosta

prof. IBB PAN – biolożka molekularna, kierowniczka Pracowni Translatomiki Instytutu Biochemii i Biofizyki PAN

prof. dr hab. Michał Tomza

fizyk kwantowy, kierownik grupy badawczej Kwantowych Układów Molekularnych na Wydziale Fizyki UW