fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Andrzej Łapicki wspomina swoich rodziców

W kalendarzyku 26 maja zaznaczone jest jako święto matki, a 23 czerwca – Dzień Ojca. Nie będziemy tego oddzielali i wspomnimy moich rodziców oboje. Z nich się w końcu składam
 Taki był pomysł. Kiedy zacząłem pisać, okazało się, że  pamiętam głównie fakty „historyczne" – kiedy się przeprowadziliśmy, jakie książki napisał ojciec itd. Zaprosiłem więc do rozmowy żonę, która wycisnęła ze mnie tajemnice mojego dzieciństwa.

– Jakie jest twoje najprzyjemniejsze wspomnienie?

–  Jour fixe.<

– Czyli?

– To był taki dzień, w którym się przyjmowało gości. Każdy wujek, ciocia czy znajomy mógł przyjść tego dnia i wiedział, że dostanie kawy, tortu i dobrego likieru.– Konkretny dzień w tygodniu?– Tak, to francuski zwyczaj – „stały dzień". Na przykład wiadomo było, że do Łapickich przychodzi się w środy. Na pewno nie w sobotę i nie w niedzielę.– A na co zarezerwowane były weekendy?– Nie było pojęcia „weekend". Po prostu w sobotę pracowało się krócej.– Kto do was przychodził?– Ciotki, rodzina taty.– To już było w Warszawie?– Tak, kiedy mieszkaliśmy na Nowym Zjeździe.– Spędzałeś wtedy więcej czasu z mamą, prawda?– Pewnie! Całe dnie. Ojciec wykładał na prawie, mama była w domu.– Była „żoną przy mężu"?– Tak.– Była z tego zadowolona?– Zachwycona!– Czy było wtedy przyjęte, że kobiety pracują zawodowo?– Było, ale niektóre niespecjalnie się tym przejmowały. Kto miał pieniądze, nie pracował.– Jaka twoja mama była na co dzień?– Słodziutka.– Pobłażała ci?– Oj tak.– Wiadomo, jedynak.– Mój starszy braciszek umarł zaraz po urodzeniu. Kiedy po ośmiu latach urodziłem się ja, mama chuchała na mnie, jak nie wiem co.– Uczyłeś się w domu?– Tak. Mama nauczyła mnie pisać, a czytać nauczyłem się sam. Potem poszedłem do szkoły, podobno najlepszej, pani Chełmońskiej przy ulicy Dowcip. Wiesz gdzie jest ulica Dowcip?– Wiesz, że topografia nie jest moją mocną stroną. Dobra, nie wiem.– A gdzie jesteś, wiesz?– W Warszawie dowcipnisiu. Mama była słodka, a tata?– Skryty, zimny.– Myślisz, że jesteś do niego podobny?– Tak.– Dlaczego?– Bo jestem nieprzyjemny, uparty, ambitny ponad miarę...– ... i skromny.– I o sobie mam pojęcie duże. Można powiedzieć, że jestem wykapany ojciec.– Byłeś zabijaką czy grzecznym chłopcem w białych podkolanówkach?– Raczej zabijaką. Miałem swoją pakę na podwórku, zbieraliśmy drużynę i graliśmy w piłkę.– Czym się bawiłeś jako dziecko?– Normalnie – miałem samochody, lokomotywy...– Drewniane?– Drewniane, metalowe albo składane.– Chętnie wracasz myślami do tamtych czasów?– Nie bardzo.– Dlaczego? Ludzie z reguły lubią wspomnienia z dzieciństwa.– Może dlatego, że myśmy się nie rozczulali nad sobą.– Czy twoi rodzice lubili się bawić?– Lubili, zwłaszcza mama. Ojciec był potem dygnitarzem, to musiał sobie kupić frak i cylinder. Chodzili na zamek do Mościckiego.– Do prezydenta?– Tak, wydawał rauty, tak jak dziś. Chyba.– A ty z kim wtedy zostawałeś?– Mieliśmy gosposię oczywiście.– Oczywiście. A w co ubierała się twoja mama?– Teraz sobie przypomniałem, że jej ulubiony kolor to był electric blue, taki chabrowy, ostry niebieski. Miała długą, koronkową suknię i na te rauty u Mościckiego electric jechał.– A czego cię rodzice nauczyli?– Żeby zawsze mówić prawdę.– I udaje ci się?– W większości wypadków. Tylko ciebie oszukuję.– Dziękuję.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA