Kraj

Polityczny samotnik wyszedł z ukrycia

Forum
Jest jedynym niezależnym senatorem, który zasiądzie w izbie wyższej. Były premier wraca do polityki po dwuletniej przerwie. Tyle czasu zabrało mu otrząśnięcie się z przeżyć po ostatniej kampanii prezydenckiej
W 1989 roku, gdy 39-letni Cimoszewicz po raz pierwszy pojawił się w Sejmie kontraktowym, wyglądał na najtwardszego polityka lewicy. Żelazną ręką trzymał Klub Parlamentarny Lewicy Demokratycznej, czyli posłów, którzy dostali się do Sejmu z list PZPR.
W czasach PRL sprawnie piął się po szczeblach kariery w PZPR. Stał się bezpartyjny z dnia na dzień – w styczniu 1990 roku, gdy Polska Zjednoczona Partia Robotnicza została rozwiązana. Na jej gruzach powstała Socjaldemokracja RP, ale poseł z Kalinówki się do niej nie zapisał. Mimo to nadal błyszczał. W 1990 roku kandydował na prezydenta, co wymagało hartu ducha, bo polityk z piętnem PZPR nie miał szans na wygraną. Ale właśnie w tej kampanii ujawnił się tzw. żelazny elektorat postkomunistycznej lewicy skupionej w SLD. Cimoszewicza poparło 9 procent wyborców, którzy rok później zagłosowali na listę Sojuszu. W 1991 roku żądał, aby Leszek Miller, na którym ciążyła wówczas sprawa pieniędzy pożyczonych pod koniec istnienia PZPR od Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego, nie składał ślubowania. Rzucił na szalę własny autorytet, powiedział, że nie zostanie szefem klubu, jeżeli będzie w nim Miller. Przegrał. Posłowie wybrali na szefa klubu Aleksandra Kwaśniewskiego. Józef Oleksy w jednym z wywiadów mówił, że Cimoszewicz wykorzystał sprawę pieniędzy do zademonstrowania swojej niezależności i stanowczości.
– Przegrał, bo oni weszli do Sejmu z dobrymi wynikami. Nie okazał się więc skuteczny – ocenił Oleksy. Ale ta przegrana wcale nie zaszkodziła Cimoszewiczowi. Przeciwnie. Dwa lata później wszedł do Sejmu II kadencji i został najpierw wicepremierem i ministrem sprawiedliwości, następnie wicemarszałkiem Sejmu, a w końcu premierem. W karierze pomogło mu zbliżenie ze środowiskiem „Gazety Wyborczej”. Na łamach tego dziennika Cimoszewicz, wspólnie z jego redaktorem naczelnym Adamem Michnikiem, opublikował głośny manifest o konieczności dialogu i pojednania między środowiskami wywodzącymi się z „Solidarności” i z PZPR. Ale nadal popełniał też polityczne gafy. W „Gazecie Wyborczej” przekonywał swoich kolegów z lewicy, że dla Polski nie byłoby dobrze, gdyby prezydentem został polityk tej formacji. Polityka ma dużą siłę przyciągania, niełatwo się z nią rozstać nawet po wielu przejściach Cimoszewicz uważał, że najlepszymi kandydatami na prezydenta są: Jacek Kuroń, wówczas członek Unii Wolności, i Tadeusz Zieliński, ówczesny rzecznik praw obywatelskich, którego do walki o prezydenturę wystawiła Unia Pracy. SLD zdecydował się jednak na Aleksandra Kwaśniewskiego, który był prezydentem przez dwie kadencje. Głośnym echem odbiła się też wypowiedź Cimoszewicza z 1997 roku o skutkach wielkiej powodzi. – Potwierdza się, że trzeba być przezornym i trzeba się ubezpieczać, a ta prawda jest ciągle mało powszechna – powiedział premier, wywołując falę ostrej krytyki. Politycy SLD do dzisiaj sądzą, że z powodu tej wypowiedzi przegrali wybory w 1997 r. i musieli oddać władzę. A jednak propozycje objęcia przez Cimoszewicza różnych stanowisk sypały się nadal. W rządzie Leszka Millera został szefem MSZ, a w 2005 roku okazał się jedynym człowiekiem, który mógłby uratować lewicę przed klęską w wyborach prezydenckich i parlamentarnych. Niestety nie wytrzymał ataków politycznych przeciwników, którzy na szalę rzucili zeznania byłej asystentki Cimoszewicza Anny Jaruckiej, jakoby jej szef fałszował własne zeznanie majątkowe. Kandydat lewicy na prezydenta wycofał się z walki na tydzień przed wyborami parlamentarnymi i trzy przed prezydenckimi. Tej zdrady wielu polityków Sojuszu do tej pory mu nie wybaczyło. Wojciech Olejniczak, szef SLD, jeszcze rok po wyborach mówił, że dla Cimoszewicza nie ma powrotu. Twierdził, że umowa między nimi była jasna – każdy miał walczyć do końca o poparcie dla Sojuszu. – A Cimoszewicz ze swojej części umowy się nie wywiązał – podkreślał lider. Podobnie uważał Jerzy Szmajdziński, szef Klubu SLD. – Polityka to gra zespołowa i jeżeli ktoś tego nie rozumie, nie ma po co wracać do życia publicznego – mówił. Cimoszewicz jednak wrócił. Jak zawsze jako wielki solista. Jeszcze przed wakacjami mówił „Rz”, że nie chce wracać, bo polityka w obecnym wydaniu bardziej go odrzuca, niż przyciąga. Nie krył jednak, że działalność polityczna jest jak narkotyk, daje poczucie wpływu i znaczenia: – Organizm się przyzwyczaja do podwyższonego poziomu adrenaliny. Kilka miesięcy później stanął do wyborów i zebrał prawie 176 tys. głosów.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL