fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Klęski żywiołowe

Wielka ucieczka z japońskiej stolicy

W ośrodkach dla uchodźców zaczyna brakować dosłownie wszystkiego (na zdjęciu ośrodek w Rikuzentakata)
AP
Obcokrajowcy w panice opuszczają kraj lub jadą na południe, byle dalej od elektrowni Fukushima
Korespondencja z Nagasaki
Z porośniętego palmami wzgórza jak na dłoni widać port w Nagasaki, do którego dobija wielki kontenerowiec. W słoneczny, ale chłodny dzień Kai i Pamela obserwują statki. Para z Niemiec od dwóch lat pracuje w Tokio dla koncernu motoryzacyjnego. Dwa dni temu zdecydowała się opuścić stolicę i wyjechać najdalej na południe kraju.
– Nagasaki jest prawie tysiąc kilometrów od Tokio. Tłumaczymy wystraszonej rodzinie, że to dalej niż z Czarnobyla do Niemiec. Powinniśmy być tu bezpieczni – mówią. Na wszelki wypadek firma rezerwuje im każdego dnia bilety na samolot. Gdyby sytuacja się pogorszyła, będą mogli w każdej opuścić kraj. – Dyrekcja zaproponowała wyjazd także pracującym z nami Japończykom i ich rodzinom. Zapewnialiśmy, że nie będą musieli zwracać pieniędzy. Mimo to, nikt się nie zgodził. To byłaby dla nich utrata twarzy – mówi Kai, który jest kierownikiem japońskiego oddziału firmy.

Gigantyczna kolejka

Do Nagasaki uciekła także Litwinka Simona, która od pięciu lat jest żoną Japończyka. – Przekonywałam go, żebyśmy wyjechali, ale jest na to zbyt dumny. Powiedział, żebym sama jechała, i poszedł do pracy – opowiada.
O wyjazd z metropolii, gdzie zanotowano nieznaczny wzrost promieniowania po serii eksplozji w elektrowni atomowej Fukushima, zaapelowały do swoich obywateli m.in. władze USA, Australii i Francji. Niektóre, w tym Wielka Brytania i Dania, zalecają opuszczenie Japonii.
Obcokrajowcy, którzy pracują lub studiują w Japonii, czekali wczoraj w gigantycznej kolejce do biura imigracyjnego, gdzie muszą zgłosić, że wyjeżdżają z kraju. Niektórzy stali nawet siedem godzin. Przez kilka dni zamiar wyjazdu zgłosiło kilkanaście tysięcy osób.
– Chcemy wyjechać, ale nie ma już biletów na samolot. Została tylko klasa biznes. Możemy spróbować dostać się promem do Korei Południowej. Niestety, nasze władze nie ogłosiły ewakuacji, a to oznacza, że firma ubezpieczeniowa nie zwróci nam kosztów podróży – żali się 20-letni Jakob z Danii. Razem z kolegą miał od 1 kwietnia zacząć studia na Uniwersytecie Tokijskim. Początek roku przesunięto o miesiąc. Teraz, korzystając z pobytu w Nagasaki, idą zwiedzać muzeum bomby atomowej, która w 1945 roku zabiła tu 75 tysięcy osób.

Symbol niezłomności

Miasto, które podniosło się po nuklearnej hekatombie, uznawane jest za symbol japońskiej niezłomności. Do takiego wizerunku przyczynili się też chrześcijanie, którzy przez ponad dwa stulecia byli zaciekle prześladowani. Niektórych ukrzyżowano. Mimo to wytrwali w ukryciu i dzisiaj stanowią 15 procent mieszkańców, choć w całej Japonii zaledwie co setny mieszkaniec jest chrześcijaninem. Przewodniczka Kazui Kai pokazuje mi w muzeum fragmenty zniszczonej przez eksplozję nuklearną katedry.
– Może i Japończycy nie są specjalnie religijni, ale są niezwykle solidarni. Dlatego nie mogą sobie pozwolić na panikę. Przecież na terenach zniszczonych przez tsunami rozgrywa się dramat. Jak mieszkańcy Tokio mieliby spojrzeć tym ludziom w oczy, gdyby ich zostawili – tłumaczy przewodniczka.
Potem prowadzi mnie do części ekspozycji wyjaśniającej, jak groźne są różne rodzaje promieniowania. – Na razie w Tokio nie jest groźnie. Znam się na tym. Jednak media, nasze też, ale zwłaszcza zachodnie, sieją panikę. Stąd ten exodus obcokrajowców – uważa Kazui Kai.
Przysłuchująca się z boku młoda Japonka dodaje: – Nam nie wolno panikować. Człowiek myśli wtedy tylko o własnym bezpieczeństwie. Nawet jeśli je sobie zapewni, to przecież wybuch paniki narazi wiele innych osób. A to by było niegodne Japończyka. Obie panie są zgodne, że wybuch paniki w jednym z najgęściej zaludnionych miast świata mógłby mieć katastrofalne skutki.
Symbolem wytrwałości i niezłomności jest dla Japończyków Uniwersytet Medyczny w Nagasaki, który został całkowicie zniszczony przez eksplozję nuklearną w 1945 roku. Na odbudowanej uczelni pracuje profesor Toboru Nakamura, światowej sławy ekspert od chorób popromiennych, który opiekuje się coraz mniej licznymi Hibakusha – ludźmi ocalałymi z ataku atomowego.
Japończycy nie są może specjalnie religijni, ale są niezwykle solidarni. Dlatego nie mogą sobie pozwolić na panikę
Ale umówione wcześniej spotkanie jest niemożliwe. Profesor Nakamura pojechał do elektrowni Fukushima pomagać pracownikom, którzy od pięciu dni próbują zapobiec katastrofie nuklearnej. Choć ryzykują życie, nikt nie mówi o nich jak o bohaterach. – Wykonują po prostu swoją pracę – podkreślają Japończycy. Każdy zna tu swoje miejsce i jak najsumienniej robi, co do niego należy. To była podstawa powojennego sukcesu tego kraju. Zachowują się tak również uczniowie tutejszego gimnazjum. – W każdą niedzielę od dziesięciu lat zbieramy podpisy pod petycją o wprowadzenie zakazu broni atomowej. Tak będzie w najbliższą niedzielę. Nic nas nie powstrzyma – zapewnia 17-letni Kaiji Suzuki.

Tragiczny bilans

Liczba zabitych w piątkowym tsunami wzrosła do 5200. Zaginionych jest 20 tysięcy osób. 400 tysięcy bez dachu nad głową przebywa w ośrodkach dla uchodźców. W wielu z nich panują skrajnie trudne warunki. Jest zimno, brakuje jedzenia i lekarstw.
Starsze osoby nie wytrzymują w takich warunkach. Co najmniej 14 z nich zmarło. Większość to pacjenci z ewakuowanego szpitala w pobliżu Fukushimy. Nie dało się ich przewieźć do innej placówki.
Władze ostrzegają, że trzeba się przygotować na kilka trudnych miesięcy. Akcja usuwania zgliszczy po tsunami idzie niezwykle mozolnie. Brak prądu odczuwa 10 milionów domów. Mimo racjonowania energii w czwartek rano jej zużycie osiągnęło tak wysoki poziom, że trzeba było wstrzymać ruch wielu pociągów. Dziesiątki tysięcy osób nie dojechały do pracy. Jeśli dojdzie do przeciążenia sieci, może nastąpić niekontrolowane wyłączenie energii na ogromnych obszarach. Gdyby zdarzyło się to w kilkunastomilionowym Tokio, nawet opanowani Japończycy mogliby tego nie wytrzymać.
– Często podziwiam męża, że jest taki opanowany, ale w tej sytuacji wcale nie wiem, czy to dobrze, że nie wyjechał ze mną. Jestem na niego zła – mówi Simona.
masz pytanie, wyślij e-mail do autora w.lorenz@rp.pl
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA