fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Styl życia

Boom na bezszelestne książki

Forum
Audiobook to wakacyjny ideał. Nie waży, nie zajmuje rąk. W dodatku czyta się sam. To dobrze?
Do plecaka zmieści się nawet dziesięć płyt. A słuchać nie można chyba tylko pod wodą. Bo w trzęsącym autobusie jak najbardziej czy podczas górskich wędrówek. I na plaży. Tu audiobook nie zmęczy oczu, uchroni przed zmarszczkami. Co ważne, zagłuszy rytmy disco na bałtyckiej plaży (bo morza i tak już tam nie słychać).
[wyimek][link=http://audioteka.rp.pl/]Polecamy - audioteka.rp.pl[/link][/wyimek]
W Polsce popularność literatury audio wciąż rośnie. A latem, jak twierdzą księgarze, audiobooki przeżywają prawdziwy boom. Co miesiąc przybywa średnio 25 nowości. Jest ich obecnie ponad 1200. Najlepiej sprzedają się popularne tytuły i reklamowane nowości.
[srodtytul]Przewracanie kartek[/srodtytul]
Zaczęło się od radiowej powieści. Pierwszą emitowano w 1936 r. „Dni powszednie państwa Kowalskich” Marii Kuncewiczowej miały zastąpić psychologiczną pogadankę o małżeńskich problemach. Później nastały czasy m.in. popularnych Matysiaków. Ale trafiały się, zdaniem znawców, i prawdziwe perły. Choćby „Gargantua i Pantagruel” w wykonaniu Andrzeja Szczepkowskiego czy „Białe Zęby” Zadie Smith czytane w Polskim Radiu przez Adama Ferenca. Równolegle nagrywano książki dla niewidomych. Tu słychać było szelest kartek i potknięcia lektora – po to, by słuchacz miał wrażenie kontaktu z żywą osobą. Kaseta z powieścią od zawsze była też przyjacielem leniwego ucznia.
Współczesne audiobooki wylansowali kilka lat temu wielkomiejscy trendsetterzy w markowych garniturach. Bladzi od jarzeniówek i klimatyzacji, sfrustrowani ciągłym korkiem w systemie praca – dom. Wpisali je w cywilizacyjny trend do upraszczania życia (obok pilota i Internetu). Ale też, by jak najpełniej wykorzystać kurczący się czas.
Kim są obecnie nabywcy bezszelestnych książek?
To wciąż przede wszystkim mieszkańcy dużych miast. Wykształceni, o wysokich dochodach. 62 proc. z nich nie ukończyło 39 lat. – Czytają też dużo drukowanej literatury – mówi Bartłomiej Roszkowski, autor badań rynku audiobooków.
[srodtytul]Strefa wątpliwości[/srodtytul]
Audioidea jest bezsprzecznie szczytna i funkcjonalna. A przy tym – co jest rzadkością – rozrywkowa. Ma jednak pewne „ale”. Zasadnicze.
Czy wysłuchać książki to to samo, co ją przeczytać? Czy prawie to samo?
– Ależ skąd! Przecież to zupełne przeciwieństwo – uważa dr Marcin Mrugalski, teoretyk literatury z UW. – Czytanie jest jak ćwiczenie ascetyczne: wymaga aranżacji przestrzeni. Chwyta ciało i związuje je w lekturę. Cały staję się wzrokiem. A wewnętrzny głos przepowiada słowa książki – tłumaczy dr Mrugalski. – Odwrotnie słuchanie: tu odbiór jest dualistyczny. Z jednej strony uwalniam ciało z przymusowej pozycji czytania. Idę czy prasuję. Z drugiej: uwalniam myśli od towarzyszenia ciału w tym prasowaniu czy marszu – wyjaśnia.
– Słuchanie nie jest tożsame z czytaniem, bo to zupełnie inne medium – potwierdza prof. Przemysław Czapliński z UAM w Poznaniu. – Ale równie wartościowe – zaznacza. – Jest to po prostu inne wykonanie tekstu. Obok ekranizacji, adaptacji scenicznej czy tłumaczenia na język obcy – mówi.
[srodtytul]Uszy otwarte[/srodtytul]
Teoria literatury uczy, że każde odczytanie książki tworzy ją od nowa. I zawsze jest jedynie jej interpretacją. Punktem odniesienia jest „ja” czytającego. Interpretacji tych może być zatem nieskończenie wiele. Tylko że… audiobook jest cudzą. Czy to szkodzi?
– I tak, i nie. Choćby „Doktor Faustus” w wykonaniu Holoubka. Prawdziwy majstersztyk! Podobnie jak „Anna Karenina” Anny Polony. Właśnie takie mistrzowskie wykonania dowodzą, że wersja słuchana nie jest wcale uboższa od papierowej! Choć to tylko jedna z interpretacji – twierdzi prof. Czapliński.
Dr Mrugalski także przyznaje, że kluczem do sukcesu jest genialny lektor. Taki, który otworzy nam uszy. Wydobędzie z tekstu niedostrzegalne dla laika niuanse. – Kto słyszał, jak Klaus Kinski recytuje Francois Villona, nie zwątpi w wartość takiej cudzej lektury – mówi.
Przypomina jednak, że mechanizm działa i w drugą stronę. Można się sparzyć. – Spróbujmy poznać „Idiotę” Dostojewskiego z audiobooka – proponuje. – Czyta go pewien znany aktor. Egzaltowanie i beznadziejnie, jak archaiczną historię dla panienek. Zniechęcony słuchacz nie sięgnie już po drukowaną wersję. A tym samym nie odkryje „Idioty”, który poddaje się naprawdę wielu interpretacjom – twierdzi.
To może lepiej nie słuchać? – Ależ słuchać! – uspokaja dr Mrugalski. – Lepiej znać ze słyszenia niż wcale. – Jeśli ktoś przy prasowaniu słucha „Anny Kareniny” zamiast oglądać powtórkę serialu, chwała mu za to!
Polski rynek literaturoznawcy oceniają jednak krytycznie. – Na stoiskach z audiobookami dominują sezonowe bestsellery. Często bezwartościowe – ubolewa prof. Czapliński. – Nie wspomnę o wielu fatalnych wykonaniach i brakach w klasyce – dodaje.
Roszkowski przyznaje, że klasyka jest wciąż rynkową niszą. Baza liczy nie więcej niż 100 tytułów.
[srodtytul]Niezastąpiony amator[/srodtytul]
Obok sezonowych hitów świetnie sprzedaje się za to audioliteratura dziecięca. Czy to troska, czy tylko wygoda rodziców? A może mama-lektor zuboży wartość „Fizi Pończoszanki”?
– Któż odważyłby się tak twierdzić!? – pyta się ze śmiechem prof. Czapliński.
Jego zdaniem to właśnie matczyna recytacja uczy nas w dzieciństwie „słyszenia” literatury. Cudzy głos i intonacja budzą wyobraźnię językową. Recytowany podział na role wprowadza nas w teatr ludzkiej mowy. A wydobyte z opowieści emocje uczą ich przeżywania.
– Pamiętajmy, że początkiem czytania jest słuchanie. Bo nikt nie rodzi się alfabetą – podkreśla profesor.
Zdaniem psychologów audiobook jest dla dziecka doskonały. Tyle że zamiast kreskówki na wideo czy w podróży. Nie zastąpi jednak bajki na dobranoc czytanej przez rodzica. Dlaczego?
– Bo nie chodzi tu jedynie o poznanie literatury, ale o pewną magiczną więź między rodzicem a dzieckiem. Nie stworzy jej mechanicznie odtwarzana treść audiobooka – tłumaczy psycholog Maria Skrzypiec-Sjoholm.
Mówi, że do wspólnego czytania potrzebny jest czas, wolny od pośpiechu. Wtedy cała uwaga rodzica poświęcona jest dziecku. A ono może doświadczyć prawdziwej bliskości. Poczucia, że jest dla rodzica kimś naprawdę ważnym.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA