fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Od Żoliborza do stoczni

Rzeczpospolita, Mirosław Owczarek MO Mirosław Owczarek
Fragment książki Piotra Semki „Lech Kaczyński. Opowieść arcypolska”
Jaka była geneza świata wartości Lecha i Jarosława Kaczyńskich? Wydaje się, że najważniejszą postacią w ich wychowaniu była matka Jadwiga Kaczyńska z domu Jasiewicz. Ojciec pani Jadwigi, jak wyznają w swoich wspomnieniach, był członkiem Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej na Żoliborzu i lewicowcem, który mieszkał w tym samym domu, co później Jacek Kuroń. Na prawicy ZChN-owskiej popularna będzie potem opinia, że Kaczyńscy to żoliborska lewicowa inteligencja podszywająca się pod prawicę.

Faktem pozostaje, że pewien rys wrażliwości społecznej i pewnego specyficznego „demokratyzmu żoliborskiego” po latach będzie wyraźny w poglądach Lecha Kaczyńskiego i jego lojalności wobec NSZZ „Solidarność”, choć i Jarosław będzie jako premier używał pojęcia „równowagi społecznej”, aby ostrzegać przed poszerzaniem się grupy ludzi odrzuconych wskutek przemian gospodarczych.
 
 
Kolejny ważny element świata wartości braci Kaczyńskich to legenda akowska. Matka Jadwiga służyła w czasie wojny w Szarych Szeregach i brała udział jako sanitariuszka w akcji „Burza”. Jak wspomina Jarosław Kaczyński, opowieści matki o wojnie, konspiracji, walkach, w których uczestniczyli jej starsi koledzy, były bardzo inspirujące.
Bracia Kaczyńscy wielokrotnie podkreślali bardzo duży wysiłek, jaki matka włożyła w ich wychowanie. Ale ten domowy patriotyzm w naturalny sposób musiał się mieszać z obawą przed mściwą pamięcią komunistycznej władzy o ludziach z „reakcyjną” przeszłością.
Ten mało znany świat ludzi, którzy otarli się o epopeję AK i powstania warszawskiego, a potem musieli jakoś przetrwać w latach 50., przybliżył niedawno film „Rewers” Borysa Lankosza. Jadwiga Kaczyńska, która po ukończeniu studiów polonistycznych, od 1953 r. pracowała w Instytucie Badań Literackich, była w sytuacji przypominającej los filmowej Sabiny, która musi jakoś zbudować sobie życie w nowej komunistycznej rzeczywistości i znajduje pracę w wydawnictwie literackim. Jednocześnie walczy o zachowanie godności we wrogim stalinowskim świecie. Pani Jadwiga miała więcej szczęścia od Sabiny. Ożeniła się z człowiekiem o podobnym akowskim życiorysie.
Rajmund Kaczyński, niesłusznie w opinii braci spychany w cień przez badaczy ich życiorysu – był żołnierzem Armii Krajowej, walczył w powstaniu warszawskim i był kawalerem Orderu Virtuti Militari. Reprezentował kierunek myślenia tzw. pozytywistów: nierozwodzenie się nad akowską przeszłością i skupienie się na zdobyciu solidnej pozycji zawodowej.
Pracował w Państwowych Zakładach Optycznych w Warszawie oraz jako kierownik robót w Społecznym Towarzystwie Budowlanym. W 1958 r. dostał etat na Wydziale Inżynierii Sanitarnej PW. Odbył szkolenia w Anglii i Holandii, które okazały się pomocne podczas projektowania instalacji sanitarnej w budynku Ambasady USA w Warszawie. W 1965 r. wyjechał na kontrakt budowlany do Libii. Jeszcze przez wiele lat pracował w rozmaitych pracowniach projektowych (Wikipedia, hasło Rajmund Kaczyński).
Dla swoich dzieci w PRL-owskim świecie widział szansę jedynie w świecie nauki.
„Jego wizja to my jako profesorowie. Gratulował mi wiele razy, w różnych okolicznościach, ale najbardziej pamiętam moment, kiedy był autentycznie usatysfakcjonowany tym, co osiągnąłem. To było wówczas, gdy zdobyłem habilitację. To sprawiło mu największą radość, mimo że byłem wtedy senatorem RP i wiceprzewodniczącym „Solidarności” – mówił Lech Kaczyński („Rzeczpospolita” 16.02.09 „Polska potrzebuje szerokiego paktu politycznego”).
Jak można wyczytać z niektórych wypowiedzi braci Kaczyńskich, nie zachwycało go opozycyjne zaangażowanie synów. Można wysnuć tezę, że ojciec miał nieskalaną akowską przeszłość, ale o wojnie nie chciał mówić, uznając to za zamknięty rozdział. Inaczej matka, która przekazała synom legendę Polskiego Państwa Podziemnego.
Ale bracia szybko dowiedzieli się, że poza domowymi czterema ścianami panują inne wartości i grożą rozmaite niebezpieczeństwa. Jarosław Kaczyński wspomina: „Z wczesnego dzieciństwa pamiętam najprawdziwszy strach przed władzą. Widzę na ulicy, jak milicjant prowadzi babę z koszem pełnym serów. I mam poczucie, że to dramat. Myśmy czuli atmosferę wielkiego strachu, który przepajał wręcz powietrze. Ojciec był w AK, stąd obawa w rodzinie („O dwóch takich.., s. 39)”.
Ten powojenny lęk był częsty u pokolenia ludzi, którzy porażeni wojną niezwykle często o niej wspominali, ale i też całkiem realnie brali pod uwagę możliwość nowego konfliktu zbrojnego. To słynne, wyśmiewane przez propagandę komunistyczną nadzieje na III wojnę światową, ale i wpływ propagandy PRL, która w latach 50., ale i 60. lubiła dawać do zrozumienia, że konflikt z Zachodem jest całkiem możliwy. „Pytanie: W co się najczęściej bawiliście? Odpowiedź: W wojnę. Wojna towarzyszyła nam od najmłodszych lat. Byłem zdziwiony, kiedy się dowiedziałem, że trwała wiele lat. Skądinąd stałym elementem naszego dzieciństwa było przekonanie, że wojna może znowu wybuchnąć, przekonanie najsilniejsze podczas kryzysu kubańskiego (1961 rok – przyp. red.), ale tak naprawdę ciągle nam towarzyszące. Mnie to w ogóle nie dziwiło, że robi się w domu zapasy, że przychodzi sąsiadka lekarka i proponuje pomoc w zgromadzeniu rezerwy leków…” („O dwóch takich… str. 44).
Ten dziwny świat dorosłych, który z zainteresowaniem obserwowali bliźniacy, składał się jeszcze z wuja Stanisława „Miedzy” Tomaszewskiego, żołnierza AK i bohatera legendarnej ucieczki z „Pawiaka”. Jego barwne opowieści pokazywały wojnę jako fantastyczną przygodę i okazję do sprawdzenia się. Ale były w ich otoczeniu także osoby, które kojarzyły się z wojną jako upokarzającym lękiem i poczuciem bezsiły – Zofia i Ludwika Woźnickie, matki chrzestne Jarka i Leszka. Obie były pisarkami i tłumaczkami literatury dziecięcej. W czasie wojny w Generalnym Gubernatorstwie z racji żydowskiego pochodzenia musiały się ukrywać. W końcu wyjechały na roboty do Niemiec, uznając, że będzie to bezpieczniejsze niż pobyt w Polsce, gdzie w razie złapania trafiłyby do getta. Los sióstr Woźnickich musiał przypominać braciom, że wojna nie była tylko ekscytującą przygodą, ale bywała mrocznym koszmarem. To, że obie matki chrzestne Kaczyńskich popełniły w podeszłym wieku samobójstwo, wzmacniało pamięć o grozie przeżyć ludzi ściganych za żydowskie pochodzenie. Być może osobisty ton, z jakim prezydent Lech Kaczyński będzie potem przemawiał na uroczystościach ku czci ofiar Holocaustu, wynikał z pamięci o tych dwóch naznaczonych losem kobietach.
We wspomnieniach widać, jak silnie rzeczywistość żoliborskiego podwórka pchała bliźniaków do występowania jednego w obronie drugiego. Gdy Lech Kaczyński wspomina dzieciństwo, wyraźnie zaznacza, że widzi we wspomnieniach siebie i brata zawsze we dwójkę. „Czasem się tłukliśmy, ale byliśmy zawsze we dwóch. Ja sobie nie potrafię wyobrazić innego, oddzielnego życia. Dla nas nie istniał nigdy problem samotności, częsty wśród dzieci i wczesnej młodzieży” („O dwóch takich” str. 43). Ten duch bliźniaczej zaradności pomógł też młodym Kaczyńskim w wyrwaniu się po raz pierwszy na scenę publiczną. Coś musiało w nich być na tyle przebojowego, że to właśnie ich wybrano do odgrywania głównych ról w filmie „O dwóch takich, co ukradli księżyc”.
Lata licealne to pierwsze spotkania z drużynami walterowskimi – młodzieżą z partyjnych domów, która po Marcu ’68 weszła na opozycyjną ścieżkę. A jednak ten świat okazał się dla braci Kaczyńskich całkowicie hermetyczny. I jeszcze jeden ciekawy akcent z czasów licealnych. Jak wspomina Jarosław Kaczyński, w czasach szkoły średniej nie chodzili w starszych klasach na religię i nie zawsze odwiedzali kościół. „Zawsze byliśmy wierzący, ale nie chciało nam się”.
Często wspomina się, że niektóre pokolenia mają więcej do powiedzenia w historii niż inne. Bracia Kaczyńscy trafili na Uniwersytet Warszawski w październiku 1967 roku, a więc w słynnym wiecu na UW 8 marca 1968 roku uczestniczyli już jako studenci I roku prawa. Byli na tyle młodzi, by tylko przypatrywać się aktywnej roli swoich nieco starszych kolegów i koleżanek, takich jak Jakub Karpiński, Adam Michnik, Jadwiga Staniszkis czy Irena Lasota.
Przełom lat 60. i 70. to bardzo istotne dla intelektualnego rozwoju obu braci półprywatne seminarium prof. Stanisława Ehrlicha, lewicowca pochodzącego z żydowskiej, spolonizowanej rodziny, który zgromadził wokół siebie grupę bardzo ciekawych nowych idei młodych ludzi, wśród których byli Maciej Łętowski, Bogusław Wołoszański, Wojciech Sadurski.
 
 
Ale niedługo potem doszło do bardzo istotnego rozejścia się dróg obu braci. Po skończeniu studiów okazało się, że ktoś zauważył ich opozycyjne nastawienie. Zarówno Jarek, jak i Leszek startowali w 1971 roku w wyścigu o aplikację adwokacką. Jarosław uzyskał miejsce na aplikacji prokuratorskiej, a dla Leszka takiego miejsca w Warszawie nie było. Zachęcony przez koleżankę mamy przyjął pracę na Uniwersytecie Gdańskim u docenta Romana Korolca, zajmującego się prawem pracy. We wspomnieniach Leszek bardzo chwali sobie podjęcie decyzji o wyniesieniu się do Gdańska, a ściśle rzecz biorąc, do Sopotu, gdzie mieścił się Wydział Prawa.
Ów skok na nieznaną wodę do Trójmiasta, z którym rodzina Kaczyńskich nie miała żadnych rodzinnych ani historycznych kontaktów, wykreował wszystkie różnice, jakie można potem wyznaczyć między dwoma braćmi. Gdańsk był zupełnie innym światem niż Warszawa.
Elity intelektualne Gdańska i Sopotu tworzyły kadry naukowe z miejscowej Politechniki, Akademii Sztuk Pięknych i z Akademii Medycznej oraz nieliczna inteligencja kaszubsko-pomorska z Lechem Będkowskim na czele. Wszyscy stosunkowo mocno byli impregnowani na naiwne zauroczenia marksizmem. Marginalnym zjawiskiem była tutaj rewizjonistyczna elita, która miała swoje korzenie w kręgach partyjnych, zazwyczaj ze wstydliwym epizodem z lat stalinowskich. Poza tym w Gdańsku można było odczuć coś, co przypominało nieco krwawą legendę powstania warszawskiego. Chodzi o pamięć o Grudniu ’70., która w kontekście gierkowskiego liberalizmu przypominała doświadczenie, jakie było udziałem rodziców Kaczyńskiego: świadomość, że komuniści to ludzie, którzy dla zachowania swojej dyktatury są gotowi do strzelania i mordowania.
Pamiętam, jak w latach 90. utarło się sądzić, że po 1956 roku społeczeństwo przestało uważać komunistów za władzę narzuconą z Moskwy. Kiedyś wpadł mi w ręce notes mojej zmarłej już babci Marii, wilnianki, żony przedwojennego oficera. Pod datą 15 grudnia 1970 roku zanotowała: „Spalenie domu PPR”. Co charakterystyczne, użyła określenia z lat 40. Oznaczało to, że wbrew teorii o „kupieniu” przez społeczeństwo partii po 1956 roku dla pokolenia mojej babci polscy komuniści to byli ci sami ludzie, którzy w 1944 roku wkraczali wraz z NKWD na ziemie polskie. To dobrze ukazuje atmosferę Gdańska – miasta, gdzie wpływ na powojenną mentalność mieli w sporym stopniu wilnianie, którzy znali komunizm w sowieckiej wersji z lat 1939
– 1941 oraz z okresu 1944 – 1946. Równie złe powojenne doświadczenia z komunistami mieli Kaszubi i polscy gdańszczanie.
Pamięć władzy o ostrości protestów w 1970 roku skłoniła lokalnych działaczy partyjnych w Gdańsku do pewnego złagodzenia marksistowskiej pryncypialności. Zapanowała znacznie bardziej liberalna atmosfera niż np. na Śląsku rządzonym żelazną ręka przez paladyna Gierka – Zdzisława Grudnia. Symbolem gdańskiego liberalizmu był Tadeusz Fiszbach, któremu od 1971 roku jako sekretarzowi KW ds. nauki i oświaty podlegał uniwersytet. W 1975 roku Fiszbacha doceniono w Warszawie za uspokojenie nastrojów na Wybrzeżu i nagrodzono stanowiskiem I sekretarza gdańskiej partii. Była to być może jedna z niewielu decyzji KC zbieżna z nastrojami na Wybrzeżu. Gdańszczanie zza Bugu z sympatią zauważyli też fakt, że Fiszbach przyjechał w 1945 roku na Pomorze z transportem wysiedleńców z Lwowszczyzny. Prowadzenie liberalnej polityki ułatwiał też fakt, ze w Trójmieście nie było zbyt silnej tradycji opozycji intelektualnej – Marzec ’68 przeszedł tu niezbyt ostro, a w Grudniu ’70 demonstrowali tylko robotnicy – inteligencja pozostała bierna. Nic więc nie zmuszało Fiszbacha do polityki twardej ręki wobec sfer akademickich.
Warto przypomnieć, że w latach 1973 – 1977 ta atmosfera wokół Uniwersytetu Gdańskiego ukształtowała też w pewnym stopniu Aleksandra Kwaśniewskiego. Późniejsza jego żona Jolanta Konty chodziła na wykłady Lecha Kaczyńskiego. Potem w latach 1976 – 1980 w nowym, wyraźnie bardziej opozycyjnym klimacie studiował na gdańskim uniwersytecie Donald Tusk.
We wspomnieniach Lecha Kaczyńskiego wyraźnie widać, że okres 1971
– 1976 stanowiły pogodne i szczęśliwe lata jego życia. Był młody i pełen energii. Wtedy poznał swoją żonę Marię, wtedy nawiązał wiele przyjaźni, które pozostały ważne aż do jego śmierci.
Sopot był miastem z dość elitarnym – a na tle średniej PRL nawet lekko światowym – klimatem. W swoich wspomnieniach Lech Kaczyński opisuje świat partyjnych cyników, którzy jeśli nie muszą, starają się nie szkodzić demonstrującemu pewną opozycyjność koledze. Lech nie ukrywa, że chodził wtedy na otwarte, partyjne zebrania, bo tam decydowały się ważne sprawy uczelni i tam można było dowiedzieć się nieco więcej o sytuacji w kraju. Potem poseł PO Janusz Palikot spróbuje gdańskie czasy małej stabilizacji Lecha Kaczyńskiego prezentować nieomalże jako jego zaangażowanie w komunizm.
Ale faktem jest, że sam Lech Kaczyński podkreśla, iż jego dość ustabilizowana pozycja na Uniwersytecie Gdańskim zachwiała się wskutek zupełnie nieprzewidywanego faktu – śmierci protektora, docenta Romana Korolca w marcu 1976 roku. Po jego śmierci nowym szefem zakładu prawa pracy został profesor Czesław Jackowiak z Torunia, który niechętnie patrzył na Kaczyńskiego jako na ulubieńca poprzedniego szefa zakładu. Jesienią 1976 roku zaczęły się problemy z dostosowywaniem doktoratu do nowego stanu prawnego. To na pewno pomogło Lechowi podjąć decyzję, aby zbliżyć się do opozycji. W czasie pobytu w Warszawie podjął odważną decyzję i nawiązał kontakt z KOR.
 
 
Matka Jadwiga, pracując w Instytucie Badań Literackich PAN, dzieliła pokój z jednym z KOR-owskich tuzów – Janem Józefem Lipskim. Leszek zetknął się więc z tym nurtem opozycji w Warszawie, ale to w Gdańsku były większe możliwości działania dla kogoś takiego jak on. Paradoks? Nie, to raczej wynik faktu, że KOR odtworzył w dużej mierze hierarchię ważności, jaka swoimi korzeniami sięgała środowiska komandosów 1968 roku. Dlatego Jarosław Kaczyński bardzo długo musiał w stolicy znosić los KOR-owskiego podoficera. W Gdańsku było zupełnie inaczej. Tutaj jedynym KOR-owskim działaczem o marcowej genealogii, i to gdańskiej, był Bogdan Borusewicz, który siłą rzeczy musiał do siebie przyciągnąć ludzi nowych.
Co charakterystyczne, Lech Kaczyński bardzo długo nie przeciął swoich dróg na przykład z narodowym środowiskiem Aleksandra Halla. Dawała o sobie znać może pewna tendencja do wystudzonej religijności, która powodowała, że Lech Kaczyński, jak się zdaje, nie bywał w latach 70. na spotkaniach katolickiej inteligencji – zresztą w Gdańsku nie tak znowu mocnej. Tak więc nie miał szans, by poznać takich ludzi jak Aleksander Hall czy Arkadiusz Rybicki, którzy stworzyli potem neoendecki Ruch Młodej Polski.
Przychodząc na zebrania Wolnych Związków Zawodowych w skromnych robotniczych mieszkaniach, Lech Kaczyński znalazł się na słabej początkowo fali historycznego przełomu. Znalazł się w kręgu ludzi, którzy naprawdę zmienili losy Polski. Jako współzałożyciel WZZ przyjmował do konspiracji Lecha Wałęsę. Nie sposób przeceniać znaczenia tego faktu, szczególnie że dziś manierą staje się sugerowanie, że to Wałęsa jest właścicielem tradycji Sierpnia, a Lech Kaczyński w mniejszym lub większym stopniu jedynie uzurpatorsko do niej aspirował.
Gdy w sierpniu 1980 roku wybuchł strajk w Stoczni Lenina, Leszek w naturalny sposób trafił do grona doradców strajku. Podpisanie 31 sierpnia 1980 roku Porozumień Sierpniowych było otwarciem nowego rozdziału w historii Polski. A Lech Kaczyński był po imieniu z większością liderów ruchu, jaki miał przez kolejne 16 miesięcy zmienić Polskę.
Bardzo charakterystyczne jest porównanie pozycji Leszka w Gdańsku i Jarka w Warszawie po zakończeniu strajków. W wywiadzie „O dwóch takich” Piotr Zaremba i Michał Karnowski zadają obu braciom pytanie „jak wspominają rozpoczęcie ruchu »Solidarności« po zwycięstwie strajku sierpnia 1980 roku?”. Jarosław Kaczyński opisuje, że 1 września 1980 roku dowiedział się od kogoś, że doradcy MKS, między innymi Tadeusz Mazowiecki, mają opowiedzieć o strajku w Stoczni Gdańskiej w warszawskim lokalu Klubu Inteligencji Katolickiej przy ul. Kopernika. Jak opowiada, gdy przybył, pomieszczenie było wypełnione tak gęsto ludźmi na zewnątrz i wewnątrz, że niewiele się dowiedział.
Tymczasem Leszek, opowiadając o 1 września w Gdańsku, uważa za coś oczywistego, że już od rana był w nowej siedzibie związku przy gdańskiej ul. Marchlewskiego. Zaremba i Karnowski pytają, kto mu powiedział, że nowa siedziba jest właśnie tam, bo decyzja zapadła w ekspresowym tempie w niedzielę, 31 sierpnia, po południu. Lech Kaczyński zdziwiony jest tym pytaniem. Po prostu wiedział i już. Był na tyle blisko Wałęsy, że informacja o nowym lokalu związku sama do niego przychodziła.
I ta dysproporcja w dotarciu do ucha lidera ruchu zadecydowała o znacznie wyższej pozycji Leszka w solidarnościowej maszynerii, aż do sierpnia 1989 roku, choć oczywiście Jarek był usilnie przez brata wciągany w jak najszerszym możliwym zakresie do najważniejszych gremiów solidarnościowych.
Książka Piotra Semki ukazała się nakładem wydawnictwa Czerwone i Czarne
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA