Opinie

Prezydencka furtka w partyjnym murze

Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Zmiana konstytucji jest przy obecnym układzie sił niemożliwa. Dlaczego więc Donald Tusk ją proponuje? – zastanawia się publicysta Piotr Skwieciński
Przyzwoitość żąda, aby dokonywane przekształcenia (konstytucyjne) były całkowicie neutralne w stosunku do interesów i ambicji forsujących je polityków” – [link=http://www.rp.pl/artykul/396302.html" "target=_blank]pisał w „Rzeczpospolitej”[/link] prof. Piotr Winczorek. To postulat tyleż piękny, co nierealny.
Rozwiązania konstytucyjne często – nie tylko w Polsce – tworzone były pod określone siły i postaci polityczne, w celu ułatwienia bądź utrudnienia realizacji określonych wizji ideowych. Polska konstytucja marcowa była tworzona przeciw Piłsudskiemu. Cała konstrukcja francuskiej V Republiki tworzona była pod generała de Gaulle’a. Takie przykłady można mnożyć. Forsowanie zmian konstytucyjnych będących w czyimś interesie politycznym nie jest więc samo w sobie ani niczym niezwykłym ani nagannym. Nie zmienia to faktu, że warto nie tylko oceniać merytorycznie proponowane reformy, ale się też zastanowić, w czyim leżą interesie.
[srodtytul]Premier zobaczył ciemność?[/srodtytul] A przedtem – dlaczego w ogóle zostały zgłoszone? Bo, jak zwracano uwagę, przyjęcie reformy konstytucyjnej w tym kształcie i terminie, jaki proponuje premier, jest niemal wykluczone. Bo choć niektórzy obserwatorzy, jak np. bliski PO konsultant polityczny Maciej Grabowski (w dyskusji na komunikatorze Twitter), zwracają uwagę na to, że zniesienie powszechnych wyborów prezydenta może się opłacić również PiS (który uniknąłby w ten sposób prawdopodobnej porażki Lecha Kaczyńskiego), to zarazem oczywiste jest, iż Prawo i Sprawiedliwość do tych sugestii zastosować się nie może. Bo po pierwsze właśnie byłoby to przyjęte jako przyznanie, że obecny prezydent nie ma szans. A po drugie, bo PiS wielokrotnie deklarował się jako zwolennik ustroju nie mniej, tylko bardziej prezydenckiego niż obecny. A bez PiS zmiana konstytucji wymagałaby – dosłownie! – głosów wszystkich niepisowskich posłów. Nie tylko PSL i nie tylko Lewicy, ale też wszystkich małych kół poselskich i wszystkich posłów niezrzeszonych. A nawet gdyby ta sztuka udała się Platformie, to zostaje jeszcze konstytucyjna konieczność ogłoszenia referendum w tej sprawie, jeśli zażyczyłby sobie tego m.in.prezydent, co w połączeniu z wymogiem odpowiedniego vacatio legis uniemożliwia wejście w życie zmian przed wyborami prezydenckimi. Donald Tusk oczywiście wie o tym doskonale, narzuca się więc pytanie, dlaczego proponuje coś niewykonalnego? Odpowiedź narzuca się sama. Jest to element tej samej strategii, której podporządkowana jest zdecydowana większość aktywności Platformy i rządu. Czyli strategii podsycania wojny z PiS. Wojny, na której PO propagandowo wygrywa i która w oczach większości wyborców jest podstawową legitymacją partii Tuska do rządzenia. Choć fakt, że afera hazardowa nie wpłynęła negatywnie na sondażowe notowania PO wywołał triumfalistyczne nastroje wśród działaczy tej partii, premier wydaje się widzieć szerzej i dalej. Być może wyczuwa, że choć w ankietach po dawnemu PiS i Lech Kaczyński nie święcą triumfów (choć warto odnotować, że w „prezydenckim” sondażu SMG/KRC premier nieco spadł i wygrywa dopiero w drugiej turze, która do niedawna wcale nie była oczywista), to w społeczeństwie wzbiera chęć wyjścia poza paradygmat wyboru PiS – Kaczyński kontra PO – Tusk? Dobre wyniki Cimoszewicza mogą o tym świadczyć. Być może szef rządu lepiej niż wszyscy obserwatorzy zdaje sobie sprawę, że w ciągu roku, pozostałego do wyborów prezydenckich, jego gabinet nie popisze się już niczym? I że w związku z tym wrażenie, iż rząd robi niewiele, stanie się powszechne, i zacznie zagrażać rządzącej partii oraz jej liderowi? [srodtytul]Sygnał alarmowy dla PO[/srodtytul] Wyjściem z tej sytuacji wydawała się inicjatywa konstytucyjna. Pozwoliłaby bowiem zrealizować dwa alternatywne scenariusze. Gdyby się powiodła, zdjęłaby z Platformy ryzyko przegrania w wyborach prezydenckich. A Tusk świadom jest, że pomimo niewielkich uprawnień prezydenta, jego wybory powszechne pełnią w Polsce rolę swego rodzaju plebiscytu i „trendsettera” – partii, która wygrała prezydenturę, znacznie łatwiej wygrać potem wybory parlamentarne, i na odwrót – ugrupowaniu, które prezydenckie wybory przegrało, bardzo trudno uzyskać odmienny wynik w parlamentarnych. Gdyby zaś się nie powiodła – to inicjatywa konstytucyjna wydawała się wymarzonym hasłem do wojny, kolejny raz mobilizującej elektorat antypisowski. I zarazem wymarzoną odpowiedzią na głosy krytyków, zarzucające rządzącym brak dokonań. Mówiono by: „Przecież chcieliśmy zrobić wielką reformę konstytucyjną, jaka reforma może być ważniejsza niż zmiana konstytucji, i widzicie – zła opozycja ze złym prezydentem nie dali!”. Kalkulacja ta okazała się jednak błędna. Okazało się – co skądinąd przez lata sugerowało wielu socjologów, kiedy padało pytanie o sensowność i możliwość likwidacji powszechnych wyborów prezydenckich – że ogromna większość Polaków będzie gwałtownie przeciwna propozycji odebrania im uprawnienia, do którego przywykli. Jak również – co wobec skuteczności dotychczasowego lansowania przez PO wizji dobrego rządu, któremu przeszkadza zły prezydent, można traktować jako znacznie poważniejszy sygnał alarmowy dla Platformy – przeciw odbieraniu głowie państwa jej dotychczasowych uprawnień. Czy zatem premier piłkarz zakiwał się na śmierć? Trudno odpowiedzieć na to pytanie. Ponieważ jednak konkretne konstytucyjne propozycje padły, warto się zastanowić, w jaką stronę ich realizacja poprowadziłaby Polskę. [srodtytul]Zamknięty układ partyjny[/srodtytul] Choć konflikt między rządem a prezydentem – wbrew platformerskiej propagandzie – nie jest bynajmniej polskim problemem numer jeden, i choć fakt, że dokonania obecnego rządu są niewielkie, można z nim związać w niewielkim jedynie stopniu, to trzeba stwierdzić, że rdzeń propozycji Tuska jest racjonalny. Kiedy prezydent ma niezwykle silny mandat wyborczy – równy mandatowi całego Sejmu! – a równocześnie bardzo małe uprawnienia, frustracja i protest zbudziłaby się nawet w Matce Teresie z Kalkuty, gdyby przypadkiem została głową Rzeczypospolitej. A tym bardziej zareagowałby tak każdy polityk. I zaczął szukać niejasnych i dających się różnie interpretować sformułowań konstytucji dla „sprawdzenia bojem” realnych granic swoich uprawnień. Premiera z kolei frustruje sytuacja, w której ma partnera – nawet jeśli to partner, a nie jak w czasie kohabitacji połączenie partnera z przeciwnikiem – słabego w kompetencjach pozytywnych, za to mogącego utrudniać realizację pomysłów rządu, i mogącego powołać się przy tym na własny, silny mandat społeczny. To nie jest – powtórzmy – polski problem numer jeden, a nawet numer dwa. Ale jakiś problem to jest. Można go rozwiązać na dwa sposoby. Można zachować powszechne wybory prezydenckie, zwiększając zarazem realne uprawnienia głowy państwa, idąc w stronę ustroju francuskiego. Można też – jak zaproponował premier – pójść w stronę odwrotną. Można zabrać prezydentowi mandat wyborów powszechnych i zwiększyć rolę rządu kosztem uprawnień głowy państwa, idąc w stronę rozwiązań niemieckich. Żadna z tych koncepcji nie jest a’priori zła. Zastanówmy się jednak, co – w realnych, polskich warunkach AD 2010 – oznaczałoby przyjęcie koncepcji, zaproponowanej przez premiera. O jednym z tego efektów już pisałem. Obserwatorzy zgodni są co do tego, że ordynacja wyborcza i ustawa o finansowaniu partii skutecznie zacementowały układ partyjny. I w większości uważają tę sytuację za złą – bo gdy polityczne siły mniejsze lub nowe nie mają możliwości zagrożenia wielkim partiom, czy zgoła – przebicia się na arenę, zbyt pewne swojej pozycji wielkie ugrupowania degenerują się. Za jedyną nieszczelność w tym zacementowanym systemie uważano dotąd powszechne wybory prezydenckie. Bo stwarzały one możliwość zaistnienia kandydatom, którzy nawet nie musieli wygrać, aby wypromować swe ugrupowania. Ewentualne zniesienie wyborów prezydenta zlikwidowałoby również i tę nieszczelność, niejako domykając – wątłą, ale istniejącą – jedyną furtką w tym murze. Aby tej furtki nie zamurować, należałoby – znosząc wybory prezydenckie – zbudować furtkę na innym odcinku muru, uniemożliwiającego realne zaistnienie nowych sił. Zmienić system finansowania partii w stronę korzystniejszą dla małych ugrupowań, a ordynację – na bardziej proporcjonalną. Trudno jednak wyobrazić sobie, by tak kontrowersyjne i skomplikowane zmiany dokonywane były przy tak ekspresowym tempie prac, jak zaproponowany przez premiera nad konstytucją. Ta niemożliwość jest zasadniczym powodem, dla którego – nie odrzucając zaproponowanej przez Tuska reformy co do idei – odrzucam wizję przeprowadzenia jej według rządowego harmonogramu. [srodtytul]To działoby się w Polsce[/srodtytul] Inną przyczyną, z powodu której jestem krytyczny wobec propozycji premiera jest fakt, że nie byłaby ona realizowana w jakimś kraju idealnym, ale w Polsce. Kraju złego rządzenia. A także kraju, w którym politycy ciągle używają przeciw sobie – i usiłującym patrzeć im na ręce mediom – służb specjalnych. W tym kraju system, w którym istnieje pewien podział władzy, a poszczególne jej segmenty nie są do siebie nawzajem dobrze nastawione, przynosi oprócz efektów złych również i dobre. Prezydenckie weto to, oprócz Senatu jedno więcej sito odsiewające produkowane przez Sejm buble. Stan napięcia między „dwoma pałacami” jest pewnym ograniczeniem dla pozaprawnych działań rządzących, skierowanych już to przeciw sobie nawzajem, już to przeciw mediom, już to po prostu korupcyjnych. Znów można sobie wyobrazić, że likwidacji wyborów prezydenta i zmniejszeniu jego uprawnień towarzyszą reformy, niwelujące te złe skutki zmiany. Uchwalenie nowego prawa prasowego, dającego mediom rzeczywiste gwarancje uprawiania dziennikarstwa śledczego. Zwiększenie realnej funkcji kontrolnej parlamentu. Może przyjęcie zasady, że przewodniczący kluczowych komisji są zawsze przedstawicielami opozycji? Może nadanie wszystkim komisjom – tak, jak w USA – uprawnień śledczych? Może danie rzeczywistej niezależności NIK i CBA? Ale niemożliwe, by takie głębokie reformy zostały dokonane jednocześnie z ekspresowymi pracami nad zmianą konstytucji. Tym bardziej że powszechna zgoda co do ich kierunku też jest mało prawdopodobna. Dlatego – nie odrzucając samej w sobie konstytucyjnej wizji premiera – uważam, że jej realizacja w obecnej sytuacji i według zaproponowanego timingu nie służyłaby dobru kraju. Mogłaby natomiast przyczynić się do jego dalszej oligarchizacji. [i]Autor jest publicystą, współpracownikiem „Rz”. W przeszłości był m.in. prezesem PAP[/i] [ramka][srodtytul]Pisał w opiniach[/srodtytul] [b]Piotr Winczorek [/b] [link=http://www.rp.pl/artykul/396302.html]Nie najlepszy pomysł w złym czasie[/link] [i]24 listopada 2009[/i][/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL