Sztuka

Czołg i uduchowione abstrakcje

Wystawa Wojciecha Fangora; Galeria Atlas Sztuki w Łodzi
Materiały Promocyjne
W galerii Atlas Sztuki w Łodzi Wojciech Fangor pokazuje klasyczne abstrakcje i najnowszą instalację
Weszłam do Atlasu Sztuki i… cofnęłam się ze zgrozą. Prosto we mnie mierzyła lufa czołgu. Czyżby nakręcono dalszy ciąg "Czterech pancernych"? Nie, to Wojciech Fangor wykonał ze styropianu kopię T34; pomalował na kolor khaki; na włazie usadowił czterech wojaków powiewających czerwonym sztandarem.
Skąd taki niekonwencjonalny pomysł u 87-letniego twórcy? [srodtytul]Trauma egzekucji[/srodtytul]
– T34 to piękna i udana maszyna wojenna końca lat 30. – uważa Fangor. – Jest też symbolem i wspomnieniem najważniejszych przełomów w moim życiu. Rok 1943. 21-letniego Wojtka niemiecki oddział egzekucyjny prowadzi na rozstrzelanie. Po drodze wplątują się w uliczne walki pomiędzy AK i SS. Niemiecki żandarm popycha Fangora, krzycząc: "uciekaj!". Skorzystał z sytuacji. Ocalał. Jednak jeszcze długo po wojnie przerażał go odgłos szybkich marszowych kroków. Jak większość Polaków powitał wyzwolenie z ulgą i nadzieją. Usiłował nawet dostosować się do słusznej doktryny artystycznej, czyli socrealizmu. Nie miał kłopotów z tradycyjnym warsztatem – opanował go do perfekcji w pracowniach Kowarskiego i Pruszkowskiego, mistrzów, u których studiował prywatnie w czasie wojny. W 1951 roku namalował dwa kanoniczne dzieła socu – "Matkę Koreankę" i "Lenina w Poroninie". A także mało komu znane płótno "Wyzwolenie", z czołgiem i czterema pancernymi. Ta kompozycja stała się prototypem obecnej łódzkiej instalacji. Nie byłam pewna – traktować pracę zatytułowaną "Styczeń 1945" serio czy jako autoironiczne rozliczenie z przeszłością? Autor tak to wyjaśnia: – Wyzwolenie okazało się pełne sprzeczności i zagrożeń. Przyniosło nadzieję, ale i strach przed nowym systemem nadchodzącym za czołgami. Instalację w Atlasie Sztuki poświęciłem złożoności osobistych doświadczeń, w cieniu których ciągle pozostajemy. [srodtytul]Droga do awangardy[/srodtytul] Szybko pojął, że malarstwo propagandowe to ślepy zaułek. Jego droga ku awangardzie wiodła przez plakat i architekturę. Zanim wyemigrował z PRL w 1961 roku, stał się jednym z filarów polskiej szkoły plakatu. Przełomem w jego podejściu do malarstwa stała się współpraca ze Stanisławem Zamecznikiem. W 1958 roku stworzyli wspólnie pierwszy polski environment "Studium przestrzeni". Fangor zrozumiał, że malarstwo nie musi się ograniczać do dwóch wymiarów. Czarnobiałe kompozycje eksponował na rozstawionych pośrodku sali stelażach, ustawionych pod różnymi kątami. Aranżacja w Atlasie nawiązuje do tamtego pionierskiego przedsięwzięcia. W drugiej z sal (pierwszą wypełnia wspomniany "Styczeń 1945") autor wybudował konstrukcję wypełnioną obrazami sprzed 30, 40 lat. Sam zaprojektował wnętrze, osobiście nadzorował budowę. Warto zobaczyć go w akcji – co za energia, jaka precyzja myślenia, pamięć o każdym detalu. Doskwiera mu kręgosłup, ale gardzi sprzętem medycznym – jeździ na biurowym krzesełku. Wybrał tylko tuzin płócien – lecz są to największe dzieła w jego dorobku. Cztery z nich pochodzą z indywidualnej wystawy w nowojorskim Guggenheim Museum, prezentowanej w 1970 roku (wtedy wystawił 37 obiektów). Fangor był pierwszym Polakiem, który dostąpił podobnego zaszczytu. Sądzę, że dopiero z dzisiejszej perspektywy potrafimy docenić rangę jego dokonań. Absolutnie nowatorskim posunięciem Fangora było… zatarcie konturów. Takie Leonardowskie sfumato, zastosowane do kształtów nieprzedstawiających. Odkryciem okazało się też ograniczenie kompozycji do koła umieszczonego w centrum płótna. A potem wprowadzenie fal barw, także o rozmytych brzegach. I to wszystko zwyczajną olejną farbą, prawie suchym pędzlem (na rynku te "klasyki" osiągają sumy ok. 200 tys. zł, podczas gdy dekadę temu można było je kupić za jedną dziesiątą tej kwoty). Obrazy Fangora nie są "zwykłymi" abstrakcjami. Zdają się świecić wewnętrznym blaskiem. Nie ma w nich śladu dekoracyjności. Sama powaga, monumentalizm, uduchowienie. Gdybym miała wybrać najpiękniejsze płótno z zestawu, wskazałabym biały okrąg na czarnym tle, z obrzeżami jarzącymi błękitem i oranżem (tytuł: "SM34"). W moim odczuciu to dzieło sakralne. Podobnie jak kompozycje Marka Rothko, mogłoby znaleźć się w kaplicy. [i]Wystawa czynna do 15 listopada[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL