fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Negacjonizm po polsku

Ks. Zdzisław Peszkowski, nieżyjący już dziś kapelan „Rodzin Katyńskich” w czasie pochówku czaszek oficerów zamordowanych w Katyniu. Październik 2005 r.
Fotorzepa, Grzegorz Hawałej GH Grzegorz Hawałej
Uznając zbrodnie sowieckie na Polakach jedynie za zbrodnie wojenne, podważalibyśmy historyczną prawdę o celach i intencjach Stalina – pisze publicysta
Spór o to, czy morderstwa w Katyniu, Charkowie i Miednoje były ludobójstwem, nie jest tylko sporem o słowa. Nie chodzi w nim nawet o to, czy o pewnych kwestiach należy zawsze mówić, niezależnie od kosztów bieżących.
W istocie jest to spór o rozumienie naszej historii i o to, jak będą ją rozumieć inni. Słowa, jakich używamy w dyskursie politycznym i historycznym, mają bowiem znaczenie, kreują postrzeganie historii przez nas samych i przez innych.
I dlatego nie może być zgody na to, by dla bieżących, krótkoterminowych korzyści politycznych zrezygnować z nazywania rzeczy po imieniu, a obrona wypowiedzi wicemarszałka Stefana Niesiołowskiego, który uznał, że mordy w Katyniu nie były ludobójstwem, jest sprzeczna z polską racją stanu.
[srodtytul]Ludobójstwo[/srodtytul]
Aby dobrze zrozumieć tę radykalną tezę, trzeba zacząć od definicji ludobójstwa, którą przed laty przygotował polski prawnik Rafał Lemkin, a która weszła na trwałe do prawa międzynarodowego. Otóż według niego ludobójstwo nie oznacza tylko „bezpośredniego zniszczenia całego narodu”, ale również próbę „zniszczenia istotnych podstaw życia grup narodowych”. Środkami służącymi osiągnięciu tego celu mogą być rozbijanie instytucji politycznych i społecznych, mordowanie elit, a także niszczenie języka czy uczuć narodowych.
[wyimek]Nie ma nic obraźliwego w stwierdzeniu, że tak jak Hitler chciał zniszczyć Żydów, tak Stalin chciał wymordować Polaków i zastąpić ich jakąś nową formą „człowieka sowieckiego”[/wyimek]
Już samo przypomnienie tych zapisów uświadamia, że Polacy poddani byli ludobójstwu. Celem tak Hitlera, jak i Stalina (i to zarówno wtedy, gdy współpracowali razem od 1939 do 1941 roku, jak i później) było zniszczenie polskiej tożsamości narodowej i trwałe wymazanie bękarta Wersalu z mapy Europy. A Katyń (podobnie jak rzeź profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego dokonana rękoma hitlerowców) – czyli wielka rzeź polskich elit wojskowych, policyjnych, naukowych, sędziowskich – był tylko jednym z elementów tego wspólnego Sowietom i hitlerowcom projektu.
Stefan Niesiołowski, odrzucając termin ludobójstwo i uznając zbrodnie sowieckie (ale i hitlerowskie) na Polakach jedynie za zbrodnie wojenne, w istocie podważa historyczną prawdę o prawdziwych celach i intencjach Hitlera i Stalina. A co za tym idzie, godzi się na to, by za uprawnioną i godną wysłuchania uznać opinię wyrażoną także przez Władimira Putina podczas wizyty w Polsce, że wojna wybuchła z powodu błędnych zapisów traktatu wersalskiego (jednym z nich było powołanie II Rzeczypospolitej), a nie dlatego, że dwóch politycznych bandytów zdecydowało się zlikwidować kilka wolnych państw.
Taki obraz II wojny światowej byłby na rękę nie tylko Rosjanom, ale również Niemcom, którzy mogliby dużo bardziej otwarcie głosić niewinność swoich ofiar i celebrować dramat wypędzonych.
[srodtytul]Porównanie z Holokaustem[/srodtytul]
Proces redefinicji miejsca Polski w historii II wojny światowej już się zresztą powoli dokonuje. Część historyków, publicystów i polityków już nawołuje do tego, by zrezygnować z „mitu ofiary” i odważnie stanąć wobec prawdy, że było się także katem (Ukraińców, Żydów, a nawet Niemców po II wojnie światowej). Duma z odwagi, sprzeciwu wobec hitlerowskiego i sowieckiego najazdu – ma zostać zastąpiona wstydem z powodu zachowania garstki, która zachowała się niegodnie. A mit bohatera września ,39, powstańca warszawskiego czy ratującego Żydów Polaka zastąpiony opowieścią o denuncjatorach, oszustach i szmalcownikach.
Powoli niedopuszczalne robi się już nawet mocne mówienie o cierpieniach Polaków. Gdy Lech Kaczyński – niezwykle ostrożnie i z zachowaniem pełnej różnicy skali – porównał mordy w Katyniu z Holokausem – podniosła się wrzawa krytyków, którzy uznali prezydenckie słowa za obraźliwe dla Żydów. A przecież nie ma nic obraźliwego dla Żydów w stwierdzeniu, że tak jak Hitler chciał zniszczyć Żydów, tak i Stalin chciał wymordować Polaków i zastąpić ich jakąś nową formą „człowieka sowieckiego”.
W działaniach Hitlera wobec Żydów i Stalina wobec Polaków zachodziły różnice, ale nie dotyczyły one istoty (w obu przypadkach chodziło o zniszczenie narodu), a jedynie skali.
Potępienie samej możliwości zestawienia i porównania cierpień różnych narodów oznacza w istocie nową formę negacjonizmu, która nie odrzuca już zagłady Żydów, ale kwestionuje (lub przynajmniej pomniejsza) cierpienia i ofiary innych narodów europejskich. Nowi negacjoniści czuwają, by nikt nie odważył się porównywać swoich cierpień z cierpieniami Żydów, i by termin ludobójstwo czy zagłada został zarezerwowany dla jednego wydarzenia w historii.
Zgoda na taki nowy negacjonizm oznaczałaby zastąpienie polskiej pamięci historycznej pamięcią żydowską i opowiadanie polskiej historii wyłącznie z perspektywy Holokaustu. W takiej perspektywie polskie cierpienia zostałyby pozbawione wartości (bo w porównaniu z sytuacją Żydów pozycja Polaków była nieco lepsza), a pamięć o nich byłaby określana mianem „martyrologicznego pielęgnowania mitu o bohaterstwie Polaków”.
To odrzucenie polskiej pamięci ma jednak także bardziej odległe skutki. Zgoda na to, byśmy na historię Polski patrzyli oczami Żydów, prowadzi nie tylko do pomniejszania cierpień naszego narodu, ale także do budowania antymitu Polaków, współpracowników Hitlera, szmalcowników, którzy czyhali na każdego Żyda i cieszyli się z jego śmierci. Nie kwestionując prawa uratowanych z Zagłady do takiej pamięci – trudno się zgodzić na to, by ten nieprawdziwy obraz polskiej wrażliwości miał zastąpić narodowe mity.
[srodtytul]Stereotypy[/srodtytul]
Nowi negacjoniści, choć mogą mieć szczytne intencje (budowania dobrosąsiedzkich relacji z Rosją czy upamiętniania cierpień polskich Żydów), budują obraz polskiej historii, która świetnie wpisuje się w zachodnie stereotypy o naszym kraju. Przedwojenna Polska – zarówno według negacjonistów, jak i wedle stereotypów – to ciemny, niemal faszystowski kraj (tak określał nas ostatnio na łamach „Guardiana” znakomity brytyjski historyk Niall Ferguson).
To kraj, który ramię w ramię z Hitlerem chciał niszczyć bohaterski Związek Sowiecki (tak piszą o nas rosyjscy uczeni, którzy tłumaczą, że zsyłki i eksterminacja polskim oficerom zwyczajnie się należały). To kraj, którego obywatele zajmowali się w czasie II wojny światowej głównie wyłapywaniem i paleniem w stodołach Żydów (taki obraz wyłania się z książek Jana Tomasza Grossa). I taki właśnie obraz powoli staje się obowiązującym.
Jeśli chcemy mu się przeciwstawić, musimy nie tylko wykonać ogromną pracę historyczną, ale także otwarcie mówić o naszych cierpieniach, nazywać je po imieniu i nie poddawać się gigantycznej presji wyznawców religii „świętego spokoju”. Jeśli to oni wygrają i Polacy zapomną o własnych cierpieniach – to znikniemy jako naród z historii.
[i]Autor jest filozofem i publicystą, prezesem wydawnictwa Fronda[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA