Społeczeństwo

Oddadzą krew dla ratowania firmy

Pracownicy SEWS-P w Rawiczu uważają, że koncern chce przenieść produkcję do Rumunii. Na zdjęciu manifestacja 22 maja
Fotorzepa, bartosz jankowski Bartosz Jankowski
List do ambasadora, akcja krwiodawstwa, całodobowe pikiety pod zakładem – tak 20-tysięczny Rawicz walczy o ocalenie miejsc pracy
Niedzielne przedpołudnie. Żar leje się z nieba. Bramy wielkopolskiej fabryki zamknięte na głucho. Mężczyźni w koszulkach z logo „Solidarności” siadają na rozstawionych na trawniku krzesłach. Zapalają papierosy, z namiotu wynoszą kawę. Posiedzą kilka godzin, pogadają, a potem wrócą do domów. Jutro trzeba wstać do pracy. W ich miejsce przyjdą ci, którzy akurat mają wolne (fabryka pracuje w systemie zmianowym).
– Ludzie na naszym proteście nie mogą stracić ani złotówki ze swoich pensji – tłumaczy Grzegorz Krzyżanowski z „S” w fabryce, która produkuje elektryczne części do samochodów, głównie dla Toyoty. Bo protest przed zakładami SEWS-P, jak zapewniają pracownicy, ma być akcją legalną i pozytywną – nie przeciwko komuś, ale o swoje. Choć protestujący nie wpuszczają ciężarówek z towarem. – Proszę spojrzeć – powtarzają jeden przez drugiego, wskazując na rząd przenośnych toalet. – Porządek musi być. Tutaj na trawniku nie znajdziesz żadnego papierka.
Pracownicy na ustawienie minimiasteczka mają zgodę burmistrza. Nie palą opon, nie rzucają mutrami, nie okładają się z policją. Ba, na przyszły tydzień zaplanowali akcję krwiodawstwa, by zwrócić uwagę na swój problem. Ale to nie znaczy, że nie są wściekli. Są – i to bardzo. [srodtytul]Przykro nam – kryzys[/srodtytul] Rawicz to niewielkie miasto na granicy Wielkopolski i Dolnego Śląska. Ma nieco ponad 20 tysięcy mieszkańców, a w Polsce jest znany głównie z więzienia. Duży zagraniczny inwestor był dla miasta niczym zwycięski los na loterii. – Umowę o współpracy podpisywaliśmy jeszcze z firmą Lucas. Później zakład przejęli Japończycy z Sumitomo – wspomina burmistrz Tadeusz Pawłowski. – Ostatecznie fabryka wytwarzająca kable na potrzeby przemysłu motoryzacyjnego ruszyła w 2001 roku. Na otwarciu był nie tylko sam szef koncernu, ale też ambasador Japonii. W szczytowym okresie SEWS-P zatrudniał 2200 osób. Płacił tak sobie. Jednak pracownicy wspominają te czasy z rozrzewnieniem. – Ludzie na produkcji zarabiali może po 1300 złotych na rękę. Ale pieniądze na koncie były regularnie, co do dnia. Wystarczyło się przejść po mieście. Jeśli w sklepach i przy bankomatach były kolejki, to człowiek wiedział, że jest 29. – opowiada Paweł Sobota, pracownik SEWS-P. Ludzie na każdym kroku słyszeli, że to oni są najważniejsi, że tak naprawdę los zakładu zależy właśnie od nich. – W fabryce były nawet lustra z napisem: „spójrz tutaj, a zobaczysz osobę odpowiedzialną za jakość” – wspomina Tomasz Kończak z SEWS-P. – Ludzie wierzyli w tę firmę . A potem zaczęło się psuć. Przyszły pierwsze zwolnienia. W tym roku liczba pracowników stopniała do 1200. W końcu po mieście zaczęła krążyć pogłoska, że Japończycy zakład zlikwidują. – Dyrektorzy zakładu niemal do ostatniej chwili mówili jednak, że nie musimy się obawiać. Wreszcie postawiliśmy sprawę jasno – chcemy otwartej rozmowy – wspomina Grzegorz Krzyżanowski. Do Rawicza przyjechał dyrektor generalny SEWS w Polsce. – Pouśmiechał się, pokiwał głową, powiedział: „przepraszam”, „dziękuję”, „jedyna droga”. I pojechał – opowiadają pracownicy. Rawicki SEWS-P będzie istnieć tylko do jesieni. 300 osób ma szansę na pracę w sąsiednim Lesznie, gdzie mieści się bliźniaczy zakład. Pozostałych 900 wylatuje na bruk. Dlaczego koncern Sumitomo zamyka fabrykę? Oficjalna wersja mówi o kryzysie. Pracownicy są jednak przekonani, że koncern wykorzystuje okazję i przenosi produkcję do Rumunii. Bo tam taniej. – Nasi ludzie nawet szkolili pracowników stamtąd. Można powiedzieć, że sami sobie zaszkodziliśmy. Ale kto mógł wiedzieć… – mówią protestujący. [srodtytul]Cesarz poręczył?[/srodtytul] Przedstawiciele koncernu sytuacji komentować nie chcą. Jak dotąd nie zamierzają też przystać na propozycje pracowników. – Chcieliśmy ocalenia zakładu albo odszkodowań odpowiadających 18-krotności pensji. Spotkaliśmy się z odmową. Tak samo było, kiedy proponowaliśmy krótszy tydzień pracy i zrzeczenie się części wynagrodzenia – mówi Krzyżanowski. – Czujemy się ignorowani. Samorząd poważnie przygotowuje się do likwidacji zakładu. – Wystąpiliśmy do Ministerstwa Pracy z wnioskami o dodatkowe pieniądze. Otrzymaliśmy przeszło 2 mln zł, m.in. na przekwalifikowanie pracowników, pomoc w założeniu działalności gospodarczej – wylicza Sławomir Wasilewski, wicedyrektor Powiatowego urzędu pracy. Pod koniec kwietnia stopa bezrobocia w powiecie wynosiła 8,7 proc. (w Wielkopolsce – 8,1 proc., w Polsce – 11 proc.). Pracy w powiecie nie miały 2382 osoby. Zwolnienie z dnia na dzień 900 będzie oznaczało klęskę. – I to nie tylko dla naszego powiatu. Do pracy w SEWS-P ludzie dojeżdżają z sąsiednich powiatów: Gostynia, Góry, Milicza – wymienia burmistrz Tadeusz Pawłowski. W obronę zakładu zaangażowali się parlamentarzyści, starosta rozmawiał z wicepremierem Waldemarem Pawlakiem, wielkopolska „S” i burmistrz napisali listy do ambasadora. – Skoro na otwarcie przyjechał ambasador, za fabrykę poręczył sam cesarz Japonii – mówi burmistrz. Odpowiedzi nie dostał.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL