fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Wirtuozi i debiutanci

Magic Slim należy do weteranów bluesowej muzyki
Fotorzepa, Marek Dusza m.d. Marek Dusza
Nowy festiwal. Wyrafinowany jazz, ekspresyjny blues i żywiołowy rock to atuty pierwszego Blues Rock Jazz Warsaw Festival
Czytaj też [link=http://www.rp.pl/temat/282221.html" target="_blank]specjalny dodatek poświęcony festiwalowi[/link]
Debiutująca w tym roku impreza już pokazała dobre strony tak szerokiej formuły. Od czwartku do soboty wystąpiło dziewięć zespołów. Aż cztery to niekwestionowane gwiazdy, choć różnej wielkości. Najpierw w Sali Kongresowej grano jazz, następnie w klubie Palladium dominował blues zmieszany z rockiem, a na koniec rock połączony z funkiem i popem.
Najjaśniejszym blaskiem zaświeciło trio Medeski Martin & Wood, które na każdym koncercie z niespożytą energią tworzy w swych improwizacjach i brzmieniu coś nowego. Ambitni muzycy mają sporą grupę wiernych fanów, jednak późna pora koncertu, który skończył się o północy, mocno ich przetrzebiła. Szkoda, bo ten występ był wydarzeniem i gdyby ukazał się na płycie, byłby poszukiwany przez koneserów.
Dzień bluesowy zgromadził największą publiczność, Palladium pękało w szwach. To zasługa dwóch magnetycznych nazwisk: Joe Bonamassa i Magic Slim. Pierwszy jest wybitnym wirtuozem, drugi sędziwym muzykiem sięgającym do korzeni bluesa.
Bonamassa szalał po scenie, zadziwiając błyskotliwą techniką gry na różnych gitarach elektrycznych. Ale największy aplauz wywołał, grając na gitarze akustycznej ze zwinnością godną mistrzów flamenco. Młody amerykański muzyk – bo cóż to za wiek dla bluesmana, 32 lata – dobrze wie, jak zrobić efektowny show. Już jego pierwsza solówka zawładnęła publicznością.
Ale Bonamassa nie ma tego, co pokazał Magic Slim – głosu i charyzmy. Wiekowy gitarzysta i wokalista z trudem wszedł na scenę i przez cały koncert nie podniósł się ze stołka. Brak małego palca prawej dłoni nie przeszkodził mu grać zręcznie ekspresyjne, chicagowskie bluesy. Ale najbardziej ujął mnie tym najwolniejszym. Każdemu wersowi odpowiadała gitarowa fraza, tak rzewna, że zapewne wzruszyła najtwardsze serca.
Zaskoczeniem była słaba frekwencja dnia rockowego. Czy przyczyną był bogaty w koncerty sobotni wieczór czy przebrzmiała sława brytyjskiej grupy Level 42? Bo występujący przed nią zespół Voo Voo nie był wystarczającym magnesem, choć zagrał znakomity, szczególnie w drugiej części, koncert.
Kto postawił krzyżyk na basiście i wokaliście Marku Kingu, liderze popularnej niegdyś grupy Level 42, popełnił błąd. W ubiegłym roku powrócił na rynek nowym albumem. Huraganowa nawałnica funkowych rytmów i popowych melodii przetoczyła się nad klubem. Jedyne, czego mi brakowało, to większego zróżnicowania w układzie koncertu. Nie wystarczą dwa przeboje, jak "Running in the Family" i "Lessons in Love", żeby dać dwugodzinny show na światowym poziomie.
Ciekawą inicjatywą festiwalu są prezentacje nowych talentów. Choć wyróżnione zespoły: The Transgress (jazz), Ścigani (blues) i Amuse Me (rock), zaprezentowały ciekawe koncepcje, muszą jeszcze popracować nad oryginalnym stylem. Mottem całego festiwalu mogłoby być stwierdzenie: kto ma pomysł, wygrywa. Jak Medeski Martin & Wood.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA