Jak chińska prasa zapowiadała wizytę Donalda Trumpa w Chinach i jego spotkanie z prezydentem Xi Jinpingiem?
Żadnych superlatywów, żadnych nadzwyczajnych peanów. Pisano, że jest to spotkanie wielkich mocarstw, że rozstrzyga o losach świata, ale równocześnie zachowywano ostrożność, bo wiadomo, jaki jest Donald Trump.
Warto przyjrzeć się aranżacji tej wizyty, na co zwracam uwagę jako ambasador tytularny. To jest oficjalna wizyta państwowa, w której prezydentowi Stanów Zjednoczonych powinna towarzyszyć małżonka. Jednak nie towarzyszy. Taka wizyta jest rozpisana na różne formaty, a w tym przypadku mieliśmy tylko niespełna dwie godziny rozmów plenarnych, a po obu stronach stołów siedzieli sami mężczyźni, a wszystko, co najważniejsze odbyło się tylko tête-à-tête: Xi Jinping–Trump. Dopiero z tweetów Trumpa się dowiemy, o czym oni rozmawiali. Nietypowa pod tym względem wizyta jest szalenie ważna, bo dotyczy dwóch największych kolosów na świecie i uważam, że przebiegła pod hasłem trzech liter na T, czyli Tajwan, taryfy i technologia.
Xi Jinping już po raz czwarty odniósł się do słynnej pułapki Tukidydesa
Po pierwsze jest Tajwan i tę sprawę twardo postawił Xi Jinping. Zawsze to mówiłem, że dla niego nie ma nic ważniejszego i to się w całej rozciągłości potwierdziło. Po drugie są taryfy, czyli cła, bo jest chaos po tym, jak Trump je wprowadził, Chińczycy odpowiedzieli zakazem eksportu ziem rzadkich, a później Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych unieważnił tę decyzję amerykańskiego prezydenta. Dopiero po zakończeniu wizyty może dowiemy się czegoś, jak te cła wyglądają. Przypomnę, że tuż przed tym spotkaniem dwaj negocjatorzy, czyli Scott Bessent i chiński główny negocjator rozmawiali w Korei Południowej, żeby tę sprawę jakoś osadzić w rzeczywistości. I kwestia trzecia, czyli technologia. Skład delegacji amerykańskiej był zupełnie niebywały. Znalazł się w niej Elon Musk, najbogatszy człowiek świata i Tim Cook, do niedawna szef Apple’a. Do tego doszedł jeszcze Jensen Huang, szef Nvidii.
Czytaj więcej
Najistotniejsze, także dla świata zewnętrznego, są rysowane przez chińskie władze plany dotyczące dalszej ekspansji technologicznej. Zapowiada się...
Podsumowując: Trump to jedno, administracja, jego otoczenie to drugie, a big techy to trzecie. I każdy grał swoją grę, ale wszystko jest transakcyjne.
Transakcyjność jest dość oczywista. Czy można powiedzieć, że jest jakiś katalog celów jawnych i ukrytych?
O ukrytych nie będę spekulował. Jawne są dla mnie oczywiste. Po pierwsze Xi Jinping rozpoczął od Tajwanu i określił, że stosunki są „konstruktywne, strategiczne, stabilne”, ale jeśli jest jakaś siła lub element, który może te relacje wysadzić w powietrze, to jest nią Tajwan. Po drugie, o czym w sprawie Tajwanu rozmawiali, nie wiemy, ale w delegacji był też szef Pentagonu Steve Hegseth. Dziennikarze zapytali go co z dostawą za 11 mld dol. amerykańskiej broni dla Tajwanu? Odparł, że sprawa nie została przesądzona.
Samodzielny Tajwan jest dowodem, że Chiny były kiedyś słabe i są podzielone.
Tymczasem obecny prezydent Tajwanu chciałby zbudować nad wyspą taką kopułę zabezpieczającą przed atakami z powietrza, jaka jest nad Izraelem i chce wydać na sprzęt amerykański 40 mld dol. Do końca jego kadencji zostało jeszcze półtora roku i partia opozycyjna Kuomintang, która ma z sojusznikami większość w parlamencie, nie dopuściła do tego. Jak rozumiem Xi Jinping robi wszystko, żeby oba te kontrakty, ani ten za 40 mld dol., ani za 11 mld dol. nie zostały zrealizowane. Zobaczymy, czy tak będzie.
Ciekawostką jest również fakt, że Xi Jinping już po raz czwarty odniósł się do słynnej pułapki Tukidydesa. Mówi ona, że nieuchronne jest zderzenie i to kinetyczne, czytaj: wojna, między hegemonem i pretendentem do hegemonii. Prezydent Xi powiedział, że USA i Chiny na pułapkę Tukidydesa nie są skazane. Chyba, że znowu pojawi się spór o Tajwan.
Czy w rozmowach pojawia się temat potencjalnego targu między Chinami a Stanami Zjednoczonymi: chińskie wpływy na Tajwanie za spokój w Iranie i otwarcie cieśniny Ormuz?
Obie strony mówią o tym dosyć otwarcie. Na porządku dnia jest nie tyle Iran, ale właśnie kwestia Cieśniny Ormuz i jej otwarcia. Nie było to jednak przedmiotem rozmów plenarnych, czyli, jak rozumiem, będą się liczyć ustalenia obu liderów. Nie ma żadnych wątpliwości, że na ten temat rozmawiano, bo uregulowanie sprawy jest w interesie obu stron. Natomiast na temat ważny z naszego europejskiego czy także polskiego punktu widzenia, praktycznie nie mówiono. O Ukrainie jest jedna enuncjacja, co ciekawe, w źródłach chińskich, a nie amerykańskich. Trzeba dodać jeszcze jeden element: Chińczycy już zapowiedzieli, że jeszcze w maju w Pekinie ma być Władimir Putin. To mi się składa w taką układankę, że gdyby się dogadali Trump z Xi Jinpingiem, to mogłaby się szykować jakaś nowa Jałta. Szczególnie, że jest zapowiedziana wizyta oficjalna Xi Jinpinga w Stanach Zjednoczonych we wrześniu.
Nie grozi nam wojna między wielkimi mocarstwami. Pokój zaś może być naruszony tylko przez kwestię Tajwanu.
Toczą się dwie gry ze strony chińskiej. Jedna, pt. „gramy w Big Beautiful Deal”, na co liczy Trump i co jest ważne również dla big techów. Z drugiej strony Xi Jinping powyrzucał wszystkich generałów, a dwóch ministrów obrony nawet skazał ostatnio na karę śmierci. Wiadomo, że skończy się to dożywociem po dwuletnim zawieszeniu kary. Xi jest już jedynym przywódcą, a już starożytni stratedzy chińscy mówili, że jak jest wojna, to trzeba się skupić wokół jednego wodza.
Powstaje pytanie, czy Chiny dokonają inwazji na Tajwan? Taką potencjalną datą jest 1 sierpnia przyszłego roku, bo to rocznica stulecia Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej. Wydaje się jednak, że jest inna gra na stole. Mianowicie taka, że na zaproszenie Xi Jinpinga, a przed wizytą Trumpa, była w ChRL, z „misją pokojową”, jak to określono, szefowa Kuomintangu. Gdyby to ona wygrała wybory samorządowe w tym roku i w styczniu 2028 wybory prezydenckie, możliwe byłoby rozwiązanie pokojowe i nie byłoby sensu dokonywać inwazji. Wydaje mi się, że przez najbliższe półtora roku możemy w kwestii Tajwanu spać spokojnie.
Japończycy boją się, czy układ Xi Jinping–Trump nie przerodzi się w rodzaj nowego układu G2, w którym dwaj giganci dogadują się na temat nowej strefy podziału wpływów. Ten podział – jak pisze prasa japońska – miałby przebiegać przez Pacyfik i wtedy oczywiście jego wschodnia część stałaby się strefą chińską. Czy sądzi pan, że taki podział jest w ogóle dzisiaj możliwy?
Przy Donaldzie Trumpie trzeba wszystkie scenariusze brać pod uwagę. Nie mam natomiast żadnych wątpliwości, że dla Xi Jinpinga strategicznie nie ma innego ważniejszego celu niż zjednoczenie z Tajwanem, najlepiej pokojowe. Natomiast wątpię, czy wcielenie wyspy będzie oznaczać wyjście Chin poza tak zwany „pierwszy łańcuch wysp”. Byłem ambasadorem na Filipinach, trochę Filipiny śledzę i Amerykanie, widząc co się dzieje w Cieśninie Tajwańskiej oraz jak to jest ważne dla Pekinu mają już według mojej oceny 26 obiektów o charakterze wojskowym na wyspach filipińskich. Nie byłoby to zatem pełne wycofanie się Amerykanów z tamtego regionu. Ale wszystko jest w grze. Czy będzie G2? Jeżeli by nawet było, to stary Konfucjusz się kłania. Tak jak nie ma dwóch słońc na niebie, tak nie może być dwóch cesarzy na ziemi. Więc jeżeli byłoby G2, to byłoby z punktu widzenia strategów chińskich tylko etapem przejściowym.
Czytaj więcej
W Pekinie nie doszło do wypracowania kompleksowej umowy regulującej relacje gospodarcze supermocarstw. Nie wiadomo też, czy ChRL rzeczywiście pomoż...
Etapem przejściowym do G1?
Tak, etapem przejściowym do G1.
Co jest ważniejsze dla Xi Jinpinga? Zjednoczenie historycznych ziem chińskich z włączeniem Tajwanu do Chińskiej Republiki Ludowej? Czy ważniejsze jest przejęcie zasobów technologicznych Tajwanu i domknięcie przewagi strategicznej Chin w technologii?
Jedno w drugim. Xi Jinpingowi chodzi o wielki renesans narodu chińskiego, co ogłosił już w 2012 r., a później dookreślił w 2014 r. Chiny na stulecie Chińskiej Republiki Ludowej mają znowu być kwitnącą cywilizacją, jak przed wiekami, o socjalistycznym charakterze, cokolwiek to znaczy. Wiadomo w związku z tym tylko jedno, że nie będą tożsame w wymiarze ideologicznym ze Stanami Zjednoczonymi i Zachodem, a ten socjalizm można będzie definiować różnie. Jednak żeby nastąpił ten wielki renesans, a to jest dzieło życiowe Xi, trzeba zjednoczyć Chiny z Tajwanem.
Samodzielny Tajwan jest dowodem, że Chiny były kiedyś słabe i są podzielone. Gdyby się zjednoczyły, automatycznie byłyby numerem jeden, gospodarczo, politycznie i handlowo. Swoją drogą pracownicy chipowego potentata z Tajwanu – TSMC – już zaczęli ubiegać się o paszporty amerykańskie i zachodnie. Wybudowano także filię firmy w Teksasie. Skoro do zespołu ds. deregulacji Trumpa doszedł szef NVIDII, która z TSMC stanowi w tej chwili układ braci syjamskich, szczególnie jeśli chodzi o sztuczną inteligencję, to dowodzi, że ta technologiczna gra jest najważniejsza. Dodajmy, że w marcu tego roku Chiny ogłosiły piętnasty plan pięcioletni. Według jego założeń dziewięćdziesiąt parę proc. wszystkich sił i środków państwa chińskiego ma być przeznaczone na alternatywne źródła energii i rozwój technologiczny. Ma to być rozwój wysokiej jakości, jak oni to nazywają, czyli już nie wzrost w sensie liczbowym, tylko jakościowym.
Czytaj więcej
Przywódca Rosji Władimir Putin w najbliższym czasie uda się z wizytą do Chin – poinformował Dmitrij Pieskow. Według doniesień, ma być to już 20 maj...
Czy Trump może nie rozumieć lub ignorować fakt, że pozostawanie Tajwanu w strefie amerykańskiej daje zachodniej technologii strategiczną przewagę?
Do końca nie wiemy, ale znam źródło, które jest niesamowicie ciekawą lekturą i pozwala zrozumieć postępowanie Trumpa dzisiaj. To pamiętniki, opublikowane także w Polsce, Johna Boltona, który przez półtora roku, w trakcie pierwszej kadencji był doradcą Trumpa do spraw bezpieczeństwa. Jest tam ważny fragment opisujący, co działo się w czasie napięć w Cieśninie Tajwańskiej i na Morzu Południowochińskim. W Białym Domu, w gabinecie owalnym siedziało czterech czy pięciu dżentelmenów, w tym Donald Trump. Zastanawiali się, co zrobić z tym, że Chiny budują tam jakieś obiekty o charakterze wojskowym. Trump siedząc przy stole przykrył kciukiem Tajwan i powiedział: „a tu są Chiny, o czym my tu rozmawiamy?” W ten sposób zamknął dyskusję. Donald Trump ma jakąś słabość do silnych przywódców. Czy to będzie Xi Jinping, czy Władimir Putin, czy nawet Kim Dzong-un, a nawet obalony niedawno Viktor Orbán. Ma taką przypadłość. Sam by chciał być cesarzem, a nawet kreował się, jak wiemy, w mediach społecznościowych na mesjasza.
Czy gdyby doszło do takiej transakcji: otwarcie cieśniny Ormuz, spokój na Bliskim Wschodzie, pokój z Iranem w zamian za zdjęcie parasola ochronnego znad Tajwanu, byłaby to wielka porażka geopolityczna Trumpa?
Trumpa, Zachodu i Stanów Zjednoczonych jako lidera świata zachodniego. Oczywiście, że tak i nawet nie ma co tu spekulować. Amen.
Co należy rozumieć przez sformułowanie z języka dyplomacji, że wzajemne relacje mają być „konstruktywne, strategiczne i stabilne”?
Po pierwsze, nie grozi nam wojna między wielkimi mocarstwami. Pokój zaś może być naruszony tylko przez kwestię Tajwanu. I jak już wyjaśniłem, przez najbliższe półtora roku na pewno się to nie zdarzy. Potem Xi Jinping, czyli pod koniec 2027 r., ma kolejny zjazd i zagwarantowaną następną kadencję rządzenia. Poczeka więc na koniec kadencji Trumpa, a wtedy może dojść do zupełnie nowego rozdania.
Czytaj więcej
Jeszcze dekadę temu USA były dla wielu Chińczyków symbolem sukcesu i stabilności. Dziś w Pekinie coraz częściej mówi się o „upadku amerykańskiego i...
Na razie mamy pokój, konstruktywną współpracę, czyli dogadamy się w sprawie ceł, uporządkujemy te kwestie etc. Amerykanie chcą ugrać swoje, a Chińczycy swoje. Czy znajdą wspólną płaszczyznę, tego dowiemy się po szczycie, kiedy Trump, bo nie sądzę, żeby to były źródła chińskie, zacznie puszczać tweety, co tam naprawdę stało się w jego rozmowach z Xi Jinpingiem. Dziś jesteśmy skazani absolutnie tylko i wyłącznie na spekulacje.