fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Ekspertyza Wojciecha Roszkowskiego

Opinia o francusko-niemieckim podręczniku licealnym do historii Histoire/Geschichte. Europa und die Welt vom Wiener Kongress bis 1945 (t.I) oraz Histoire/Geschichte. Europa und die Welt seit 1945 (t. II)
[srodtytul]1. Uwagi ogólne [/srodtytul]
Francusko-niemiecki podręcznik licealny do historii Histoire/Geschichte. Europa und die Welt vom Wiener Kongress bis 1945 (t. I) oraz Histoire/Geschichte. Europa und die Welt seit 1945 (t. II) autorstwa 17 historyków, w tym 7 francuskich I 10 niemieckich został opublikowany w 2008 r. przez wydawnictwa Nathan i Klett pod redakcją Daniela Henri, Guillaume Le Quintrec i Petera Geissa (t. I) oraz dwóch ostatnich (t. II). Tom pierwszy liczy 387 stron dużego formatu, tom zaś drugi – 336 stron. Do obydwu tomów załączono płyty CD z tekstami.
Dwa tomy podręcznika robią na pierwszy rzut oka dobre wrażenie ze względu na atrakcyjną formę wydawniczą. Są to w sensie techniki wydawniczej książki nowoczesne. Zasadniczy tekst umieszczony jest na osobnych stronach, dodatkowe zaś teksty źródłowe, ilustracje i pytanie – na osobnych. Obie książki są bogato ilustrowane, przy czym wiele ilustracji jest naprawdę interesujących. Mimo to, bliższa analiza podręcznika pozwala stwierdzić, że jest to publikacja chybiona.
Najogólniej rzecz biorąc, tytuł podręcznika nie odpowiada treści. Gdyby autorzy zatytułowali swe książki prostym hasłem „Historia dla szkół średnich”, można by się upierać, że materiał dotyczący Francji i Niemiec może stanowić około połowę zawartości. Tymczasem ambicją autorów było opisanie historii Europy i świata od Kongresu Wiedeńskiego (1815 r.) do czasów nam współczesnych. W tej sytuacji przyjęte w pracy proporcje należy uznać za skandaliczne. W tomie pierwszym, który obejmuje okres 1815-1945, materiał dotyczący Francji i Niemiec obejmuje około 63% objętości, w tomie drugim zaś – 47%. Na końcu obu tomów umieszczono krótkie sylwetki kluczowych postaci w omawianych okresach.
W tomie pierwszym na 55 osób aż 32 jest Francuzami lub Niemcami (58%), w tomie drugim zaś proporcja ta wynosi 15 do 48, więc Francuzi i Niemcy stanowią 31% bohaterów książki. Szczególnie interesujący jest skład tego historycznego panteonu. Otóż w tomie pierwszym znajdziemy głównych bohaterów lewicy, a także Hubertine Auclert, Jules Ferry i Louise Otto-Peters, a nie znajdziemy Abrahama Lincolna, Franciszka Józefa i królowej Wiktorii. W tomie drugim autorzy uczcili Jasera Arafata, Che Guevarę i Waltera Ulbrichta, zabrakło zaś miejsca dla Matki Teresy, Alberta Schweitzera czy Dalaj Lamy. Sam ten dobór świadczy o ideowym i geograficznym nachyleniu podręcznika.
Wątpliwy jest podział materiału między dwoma tomami. Na tom pierwszy przypada 130 lat skomplikowanej historii XIX i pierwszej połowy XX wieku, wraz z dwiema wojnami światowymi, podczas gdy na tom drugi – około 60 lat, gdzie do omówienia jest historia Zimnej Wojny i świata po upadku komunizmu sowieckiego. Może to właśnie ów swobodniejszy oddech spowodował, że tom drugi podręcznika jest nieco lepszy od pierwszego, ale nie może to bronić skandalicznych mankamentów tomu pierwszego. Podobnie wadliwe są proporcje jeśli idzie o tekst podstawowy i materiały uzupełniające. Autorzy przyjęli proporcje pół na pół, co powoduje, że informacji jest za mało, a materiału do rozmaitych rozważań – za dużo. Oczywiście w nowoczesnych podręcznikach należy uczniów przygotowywać do samodzielnego myślenia, ale najpierw należy go do to przygotować. Tymczasem w omawianym podręczniku uczeń jest prowokowany do formułowania opinii bez otrzymania dostatecznej wiedzy faktograficznej.
Podręcznik zawiera wiele map. Sęk w tym, że bardzo wiele informacji, które powinny znaleźć się w tekście głównym umieszczono na mapach, a to nie wystarcza, by uczeń je zauważył i zrozumiał. Niejasne jest też dlaczego niektóre fragmenty tekstu głównego określono jako „rozdziały”, inne zaś – jako „dossier”. Owe „dossier” należy chyba rozumieć jako case studies, czyli szczególne przypadki warte zanalizowania, ale ponieważ występują one w podobnym formacie jak rozdziały, robi to wrażenie, że są równie ważne, co tekst główny. Zakłóca to dodatkowo przyjęte w podręczniku proporcje.
[srodtytul] 2. Uwagi szczegółowe.[/srodtytul]
[b]Tom pierwszy[/b] Na początku części pierwszej, w skrótowej prezentacji kluczowych wydarzeń pierwszej połowy XIX wieku, na chronologicznej osi czasu (str. 10) brakuje powstania węgierskiego 1848 r. Przy omówieniu Kongresu Wiedeńskiego (str. 12) akcentowana jest rola Klemensa von Metternicha. Nie wymienia się jednak cara Aleksandra I, który odegrał w nim kluczową rolę. Zasadę legitymizmu należało lepiej wyjaśnić, gdyż nie polegała ona na prostym odtworzeniu praw domów panujących w Europie przednapoleońskiej, bo co wtedy z Rzeczpospolitą Obojga Narodów?
Omawiając Wiosnę Ludów (str. 22) autorzy wspominają, że narody Austro-Węgier upomniały się o swe prawo do samostanowienia, ale ponownie nie wspominają o powstaniu węgierskim, stłumionym przy pomocy armii rosyjskiej. Przedstawiona jest sylwetka Ludwika Mierosławskiego, ale brakuje Sandora Petőfiego oraz Lajosa Kossutha.
W ogólnej chronologii wydarzeń lat 1850-1871 na str. 30 brakuje w ogóle Wojny Krymskiej i reform uwłaszczeniowych w Rosji, a także reformy Austrii i powstania Austro-Węgier (Ausgleich roku 1867), nie mówiąc już o polskim Powstaniu Styczniowym. Wydarzeń tych nie omówiono także w tekście głównym. Z podręcznika uczeń nie dowie się w ogóle o kulturze rosyjskiej XIX wieku (Czechow i Dostojewski!), o problemach stanów południowych i północnych, Wojnie Secesyjnej i zniesieniu niewolnictwa. Nie pozna postaci Abrahama Lincolna. Praktyczny brak historii Austro-Węgier, Rosji i Stanów Zjednoczonych w XIX wieku to skandaliczne zaniedbanie autorów podręcznika.
Rozdział 3 pierwszej części tomu drugiego omawia rozwój demokracji w Niemczech i Francji. Brakuje jednak podobnie obszernego rozdziału o demokracji liberalnej w Wielkiej Brytanii. Uczeń korzystający z podręcznika nie dowie się o czartystach, brytyjskim systemie partyjnym, nie pozna Benjamina Disraeli ani historii brytyjskich związków zawodowych. To kolejny skandal.
Francuska III Republika (str. 48) jest przedstawiona jednostronnie jako triumf postępu nad reakcją i nacjonalizmem, znajdującym oparcie w Kościele i armii. Uczeń nie ma szansy dowiedzieć się o antyklerykalizmie III Republiki, a afera Dreyfussa (str. 50-51) całkowicie przesłania nadużycia rozdziału Kościoła od państwa. Nie ma na przykład mowy o likwidacji 10 tys. szkół wyznaniowych i zakonów za rządów premiera Émile Combes. O szkolnictwie francuskim jest cały fragment („dossier” na str. 56-57), ale i tam autorzy milczą o tym. Omawiając Kulturkampf w Niemczech (str. 52) autorzy winni jednak zwrócić uwagę, że dotknął on katolików polskich w zamieszkałych przez Polaków wschodnich częściach Cesarstwa Niemieckiego. Od czasu do czasu autorzy umieszczają wytyczne metodyczne do studiowania historii, na przykład metody analizy ilustracji i tekstu.
Teoretycznie jest to ważna część podręcznika. Niemniej w praktyce pozostawia to ucznia z wrażeniem, że dotarcie do prawdy jest trudniejsze niż naprawdę. Na przykład na str. 60 mamy metody „naukowej analizy interpretacji” historycznej. Wśród podanych kryteriów analizy umieszczono zapoznanie się z gatunkiem uprawianej przez danego autora dyscypliny (historia społeczna, polityczna czy też historia idei), a także dotychczasowe publikacje danego autora. Podejście to wcale nie musi przybliżyć ucznia do rozpoznania, jak daleko od rzeczywistości znajduje się interpretacja historyka. Nie wskazuje się na przykład zwykłej logiki lub rozpoznania ideowego nastawienia autora i jego wiarygodności przez sprawdzenie rodzaju wykorzystanych przezeń źródeł.
Autorzy nie ukrywają niechętnego nastawienia do Kościoła katolickiego. Wprawdzie zauważają kolejnych papieży, ale na str. 68 informują uczniów, że „konserwatywny katolicyzm w Niemczech łączył się z partykularyzmem części ludności katolickiej i dążeniami do narodowej odrębności licznej mniejszości polskiej (Wielkopolska)”. Czyżby dążenia te, jak i katolicyzm należało traktować jako problem do rozwiązania, a nie jako obiektywne zjawisko?
Wykład o tworzeniu się nowoczesnych narodów i nacjonalizmie (str. 70) został wpleciony w historię Niemiec końca XIX wieku, a nie przedstawiony odrębnie ze wskazaniem na uniwersalność tego fenomenu. Ułatwiło to autorom jedynie krytyczne ujęcie tych zjawisk. Mamy tu jeden z głównych problemów współczesnej historiografii i nauczania historii. Należy przecież oddzielić proces powstania narodów jako zjawisko obiektywne od „konstruktywizmu”, czyli działań ideologów lub polityków, którzy głosząc ideę narodową chcieli oddziaływać na rzeczywistość społeczną, a w rezultacie nierzadko doszli do nacjonalizmu. W interpretacji proponowanej przez autorów nie ma żadnej możliwości oddzielenia naturalnego i cennego przywiązania do własnej wspólnoty narodowej, czyli patriotyzmu, od nacjonalizmu o zabarwieniu szowinistycznym, a więc szkodliwego działania w imieniu swego narodu kosztem innych narodów. Taktyka tłumienia uczuć narodowych w młodym pokoleniu wcale nie musi przynieść pozytywnych owoców.
Dlatego też, gdy w podsumowaniu części pierwszej tego tomu (str. 76) autorzy wymieniają kluczowe, ich zdaniem, daty „wieku narodów” (1814-1914) i umieszczają tam aferę Dreyfussa i „oddzielenie Kościoła od państwa” we Francji (1905 r.) oraz utworzenie „najsilniejszej frakcji socjaldemokratycznej w Reichstagu” (1912 r.), a nie wspominają o powstaniu węgierskim (1848 r.), uwłaszczeniu chłopów w Rosji (1861 r.) czy rewolucji 1905 r. w Imperium Rosyjskim, to należy wątpić, czy uczniowie w ogóle zrozumieją, o co tu chodzi.
Część druga tego tomu dotyczy rozwoju społeczeństwa przemysłowego w XIX i początkach XX wieku. W chronologii tego okresu (str. 80), jako „wielki kryzys” przedstawiony jest, nie wiadomo dlaczego, kryzys lat 80-tych XIX wieku, a nie - jak się zwykle przyjmuje - kryzys lat 1929-1933. Rozdział 5, otwierający tę cześć pracy, należałoby raczej umieścić przed rozdziałami omawiającymi historię polityczną, gdyż wtedy łatwiej by było omówić dzieje rozwoju społeczeństw obywatelskich i demokracji w XIX wieku, tyle tylko, że z układu treści nie wynika, by autorom na tym szczególnie zależało. W obecnej postaci historia gospodarcza staje się dodatkiem do historii politycznej, a nie jej ważną przesłanką.
Przy omówieniu rewolucji przemysłowej w Anglii (pojawia się tu ona w końcu na str. 84 i 85, choć w dalece niewystarczającej mierze) autorzy nie potrafią wyjaśnić, skąd się ta rewolucja wzięła właśnie wtedy i właśnie w Anglii. Odrobina podstaw wiedzy ekonomicznej by się tu przydała. Wystarczyłoby jedno zdanie: „dostępność wolnej siły roboczej, rozwój kapitału przemysłowego i rosnąca siła nabywcza w kraju oraz konkurencyjność wyrobów przemysłowych napędzały wprowadzanie innowacji technicznych w produkcji masowej”.
Na str. 90 pojawiają się też w końcu Stany Zjednoczone, jako kraj „przodujący” w uprzemysłowieniu. Szkoda, że uczeń nie miał wcześniej okazji dowiedzieć się czegokolwiek o tym kraju! Dowiaduje się za to już zaraz potem, na str. 92, o kryzysie lat 1929-1933 w USA. Mowa jest tam też o „wielkim kryzysie”, tyle że w Niemczech lat siedemdziesiątych XIX wieku. Poza tym cały fragment na str. 92 zawiera opis tak różnych zjawisk, jak kryzys niemiecki, inflacja i hiperinflacja po I wojnie światowej (która przecież jeszcze w książce nie wybuchła). Jeśli autorzy nie potrafili tego wszystkiego jakoś uporządkować, to uczeń z całą pewnością to pomiesza. Fatalny fragment książki! Autorom chodzi chyba raczej o pokazanie skutków społecznych kryzysu lat 1929-1933, a nie o zrozumienie jego przyczyn. Jeśli ma to być uzasadnienie nazizmu, to częściowo słusznie, ale kryzys w USA był podobnie głęboki jak w Niemczech i nazizmu nie wyprodukował.
Rozdział 6 omawia rozwój społeczeństw od 1815 do 1939 r. Jeszcze nie omówiono I wojny światowej i okresu międzywojennego, a już dowiadujemy się o ówczesnym rozwoju społecznym. Ponownie pojawiają się tu Stany Zjednoczone, ale tylko jako przykład masowej imigracji (str. 106-107), a także Rosja z półzdaniową wzmianką o uwłaszczeniu chłopów (str. 108). Czy wystarcza to, aby wyjaśnić kryzys po Wojnie Krymskiej i głębokie zmiany, jakie zaszły w tym państwie w drugiej połowie XIX wieku? Mam poważne wątpliwości. Podsumowując głębokie i szybkie zmiany społeczne na przełomie XIX i XX wieku autorzy winni jednak zauważyć, że pewne problemy egzystencjalne ludzi pozostają niezmienne. Na str. 114-115 mamy przedstawienia życia społecznego w sztuce. Wystarczyłyby dwa lub trzy obrazy, a pozostałą przestrzeń warto by wykorzystać, aby uzupełnić wykład. Ilustrowanie nie może zastępować opisu i analizy. Są bowiem granice przekazu obrazkowego. Obraz budzi emocje, ale niesie mniej weryfikowalnej treści niż słowo.
„Polityczna poprawność” autorów ujawnia się w sporym fragmencie poświęconym zmianie roli kobiet w społeczeństwie (str. 122-123). To bardzo ważne zjawisko i dobrze, że autorzy o nim piszą. Tyle, że zmiany pozycji kobiet w społeczeństwie masowych miały także negatywne skutki, zarówno dla społeczeństwa jak i dla samych kobiet. Współczesnej młodzieży nie można wychowywać w duchu nieograniczonych możliwości i praw, gdyż życie szybko im pokaże, że pozorna wolność bez ograniczeń wiąże się ze sporymi kosztami. Dotyczy to może szczególnie dziewcząt, które zobaczą, jak trudno im będzie godzić życie zawodowe i rodzinne i jaką cenę psychiczną zapłacą za wygórowane oczekiwania.
Fragment dotyczący życia religijnego (str. 124-125) w XIX wieku razi jednostronnością. Autorzy nie zauważają w ogóle wojowniczego ateizmu. Mówiąc o rozwoju życia zakonnego chyba chcą zatuszować sytuację klasztorów we Francji. Wspominają pochlebnie teorię Maxa Webera o „protestanckim duchu kapitalizmu”, ale uszczypliwie zaznaczają krytyczny stosunek Kościoła katolickiego do zmian społecznych wywołanych przez kapitalizm. Czyżby kościelna krytyka nadużyć kapitalizmu w encyklice Rerum Novarum, o której wspominają, nie była słuszna? Z tekstu wynika też niedwuznacznie, że proces sekularyzacji jest nieuchronny i nieodwracalny, nie zauważając przykładów wskazujących na coś innego (Stany Zjednoczone, Włochy, Polska).
Rozdział 7 trzeciej części książki, poświęcony sztuce, jest przykładem przerostu formy nad treścią. Co więcej rozdział ten jest ilustrowany prawie wyłącznie reprodukcjami dzieł autorów francuskich i niemieckich. Czy w „Europie i świecie”, o czym traktuje podręcznik nie było w ogóle sztuk pięknych? A gdzie Goya, Turner, Mucha czy Munch? Poświecenie dodatkowo całego „dossier” Pablu Picasso (str. 142-143) to jednak przesada. Choć kolejne fragmenty dotyczące kultury masowej należy uznać za udane, to w podsumowaniu na str. 154 wśród ważnych dat z rozwoju tej dziedziny znów dominują wydarzenia z Francji i Niemiec. Część czwarta tego tomu poświęcona jest ekspansji światowej mocarstw europejskich i kolonializmowi. W chronologicznym przeglądzie najważniejszych dat na str. 158 zaznaczono, że w latach 1912-1913 trwała „wojna bałkańska”. W istocie były to dwie wojny bałkańskie. Ich rozróżnienie jest konieczne, bo koalicje w nich biorące się zmieniły. Wśród najważniejszych wydarzeń brakuje Wojny Burskiej w Południowej Afryce.
W rozdziale 9 tej części (str. 162) autorzy wzmiankują Stany Zjednoczone i Japonię jako wschodzące mocarstwa pozaeuropejskie. O ile jednak przy Japonii wspomniane są reformy wewnętrzne i otwarcie epoki Meidżi, przy Stanach Zjednoczonych mowa jest jedynie o ekspansji terytorialnej, doktrynie Monroe i imperializmie ekonomicznym. Choć ta część książki dotyczy lat 1860-1939, ponownie zabrakło tu omówienia Wojny Secesyjnej i zniesienia niewolnictwa. Zabrakło też podkreślenia, że choć USA prowadziły ekspansję ekonomiczną, to kolonii nie posiadały. Autorzy najwyraźniej pragną zmarginalizować wiedzę swych młodych obywateli o Stanach Zjednoczonych.
„Dossier” o Chinach (str. 164-165) zawiera nieścisłości. Brakuje tu wzmianki o wojnie japońsko-rosyjskiej lat 1904-1905, a w omówieniu powstania bokserów brakuje stwierdzenia, że miało ono charakter antychrześcijański. Podając, że w wyniku walk zginęło 231 obcokrajowców i tysiące Chińczyków autorzy sugerują, że była to jedynie walka „białych” w Chińczykami. Tymczasem wśród ofiar chińskich byli chrześcijanie mordowani za wiarę, w tym 18 tys. chińskich katolików i bardzo wielu protestantów. Przemilczenie to równa się manipulacji. Na str. 166 wspomina się wojnę japońsko-rosyjską, ale nie podaje się jej wyniku i skutków dla Rosji. Mamy tu także sformułowanie o „zaostrzającej się rywalizacji mocarstw imperialistycznych”, żywcem wzięte ze słownika marksistowskiego.
Na podstawie wykładu ze str. 168 należy wątpić czy uczeń zrozumie o co chodziło w wojnach bałkańskich. Na jednej stronie mówi się o „wojnie bałkańskiej” i „dwóch wojnach bałkańskich”, a umieszczone tu mapy nie tłumaczą kto z kim walczył i dlaczego. A przecież „kocioł bałkański” wybuchł pierwszy, dając początek I wojnie światowej.
Część czwartą tego zamykają autorzy prezentacją mapy świata w 1939 r. (str. 182). Należy tu poprawić błędny zapis dotyczący Alaski. Została ona przez Stany Zjednoczone nie „anektowana”, ale zakupiona od Rosji. Część tę zamyka także zestawienie najważniejszych dat. Podobnie jak w poprzednich częściach mamy tu powtórzenie niektórych dat z początku części, ale nie wszystkich. Powstaje wątpliwość, czy warto stosować ten zabieg, który zajmuje miejsce, a nie wnosi nowych informacji. Część piąta dotyczy I wojny światowej. W początkowej chronologii lat 1914-1918 dominują wydarzenia z frontu zachodniego. O froncie wschodnim i południowym nie ma tu prawie nic. Uczeń może się czegoś o nich dowiedzieć z map na stronach 190-191, ale i tu są istotne braki. Zamiast bitwy o Dardanele trzeba by umieścić nazwę Gallipoli, tragiczną zwłaszcza dla Anglosasów (Australijczycy!) Na mapie ze strony 191 należało nanieść choćby plan organizacji Europy Środkowej i Wschodniej w myśl koncepcji Mitteleuropy z traktatu brzeskiego, a rzucającym się w oczy niedopatrzeniem jest brak rewolucji w Wiedniu i Budapeszcie jesienią 1918 r.
Z uznaniem należy przyjąć wzmiankę o ludobójstwie Ormian przez reżim turecki w 1915 r. (str. 200 i 201), jednak są praktycznie jedynie informacji o tym, co działo się na wschodzie i południu Europy do 1917 r. Zdumiewa natomiast przeoczenie wejścia USA do wojny w kwietniu 1917 r., co winno być odnotowane na str. 206. Jest taka wzmianka w chronologii na str. 188, ale uczeń miał prawo tego nie zauważyć, a teraz wzmianka o tym, że „Niemcy chciały osiągnąć swe cele przed przybyciem Amerykanów wiosną 1917 r.” niczego nie wyjaśnia. Rozdział 12 części piątej otwiera ponownie chronologia wydarzeń. Zawiera ona fundamentalne przekłamanie. Wojna „polsko-rosyjska” (ściślej było by powiedzieć: polsko-bolszewicka) nie zaczęła się w kwietniu 1920, tylko w listopadzie 1918 r., gdy po wypowiedzeniu przez bolszewików traktatu brzeskiego (o tym ani słowa) Armia Czerwona ruszyła na zachód, by rozprzestrzeniać rewolucję w Europie.
Pierwsze starcia między Armią Czerwoną i wojskami polskimi miały miejsce już w grudniu 1918 r. Przekłamanie to jest o tyle zasadnicze, że zmienia sens wojny. Jeśli bowiem przyjąć, że wojnę rozpoczęto w kwietniu 1920 r. (ofensywa polska na Ukrainie), to wygląda na to, że wojnę rozpoczęła Polska. Tymczasem było na odwrót. Dodatkowo myląca jest informacja ze str. 220, iż wojna polsko-bolszewicka „wybuchła” w kwietniu 1919 r. Nie wiadomo skąd się wzięła ta data. Tabela ze str. 213, pokazująca rozmiary ludzkich strat wojennych podczas I wojny światowej, dotyczy państw istniejących przed wojną. W ten sposób uniknięto pokazania, że straty te określały trudności startu państw powstałych lub odrodzonych po wojnie, np. Polski, Czechosłowacji czy państw bałtyckich. Kiedy na str. 214 wspomina się o bolszewickiej policji politycznej, warto wprowadzić nazwę Czeka, która pojawia się później. W „dossier” na str. 216 wymienia się jako obszary okupowane przez Niemcy kraje bałtyckie, Ukrainę i Białoruś. Nie wiadomo dlaczego pomija się Polskę. Tu należałoby też wspomnieć o zachodniej ofensywie Armii Czerwonej w listopadzie 1918 r. Pojawia się zaś informacja o polskiej ofensywie na Ukrainie, co sprawia wrażenie, że to Polska rozpoczęła wojnę z Rosją bolszewicką. Co więcej, mówi się o tym, że traktat ryski przyznał Polsce tereny zamieszkane przez Ukraińców i Białorusinów. Otóż na całym obszarze Kresów Wschodnich Polacy stanowili około 40% ludności, a w miastach dominowali Żydzi. Tekst sugeruje, że obszary te zamieszkiwała ludność etnicznie jednolita.
Redaktorzy tomu pozostawili w tym miejscu sporo wolnego miejsca. Dlaczego nie wykorzystali tego miejsca, aby powiedzieć więcej o sytuacji na wschodnich terenach II RP pod koniec wojny i po jej zakończeniu i dlaczego pozostawili fałszujące rzeczywistość niedomówienia? Materiał źródłowy dotyczący wojny polsko-bolszewickiej (str. 217) to fragment z Babla. Czyżby to było lepsze źródło niż brytyjski Lord d’Abernon?
Na stronach 218-225 omawiana są bezpośrednie skutki I wojny światowej. Uczeń będzie miał jednak trudności ze zrozumieniem rozproszonych informacji o rozkładzie Austro-Węgier, nie dowie się o powstaniu Królestwa Serbów, Chorwatów i Słoweńców. Na str. 222 wspomina się o uzyskaniu przez Polskę „dużej części Prus Zachodnich i okręgu poznańskiego”, ale nie mówi się, że były to tereny zamieszkane głównie przez Polaków. Nie wiem też, czy reprodukcja niemieckiego plakatu propagandowego z okresu plebiscytów, pokazującego potencjalnie straszny los Niemców w Polsce (str. 223) nie będzie przyjęta przez młodych Niemców i Francuzów za dobrą monetę, tym bardziej, że obok mamy tekst źródłowy, w którym narzeka się na zasadę „pokonanym biada” przyjętą w Wersalu. Na str. 224 mówi się o tym, że „odrodzonej Polsce przyznano Galicję, zamieszkane przez Ukraińców i Białorusinów tereny Rosji (traktat ryski z 1921 r.) oraz dużą część okręgu poznańskiego i Prus Zachodnich”. Sugeruje to, że Polska otrzymała tereny nie należące się jej, gdyż pozbawione ludności polskiej.
Spory rozdział dotyczący I wojny światowej w pamięci Europejczyków (str. 226-229) opiera się na materiale dotyczącym Niemców, Francuzów i Brytyjczyków. Czy w trosce o europejską jedność nie należało też zwrócić uwagę na pamięć kogoś z Europy Wschodniej? W podsumowaniu okresu wojny (str. 230) ponownie brakuje informacji o zachodniej ofensywie Armii Czerwonej, natomiast w słowniczku umieszczono termin „ludobójstwo”, zapewne w kontekście zbrodni tureckiej na Ormianach, ale przecież termin wprowadzono do obiegu dopiero o II wojnie światowej. Obawiam się, że chodziło o zrelatywizowanie późniejszego ludobójstwa sowieckiego i niemieckiego.
Bardzo źle wprowadza się ucznia w okres międzywojenny (rozdział 13 części szóstej). W skrótowej chronologii (str. 234) pomija się milczeniem układy z Rapallo (1922), Locarno (1925) i Berlina (1926) oraz układ Brianda-Kellogga (1927). Obrazki na str. 235 sugerują, że tłumami manipulowali faszyści, zaś socjaliści występowali w słusznej sprawie. A gdzie manipulacje skrajnej lewicy? Skandalicznie ujęto kwestię odwrotu od demokracji w Europie. Mapka na str. 237 zrównuje systemy polityczne Hiszpanii, Portugalii, III Rzeszy, Polski, Węgier, czy państw bałtyckich, zaś ilustracje sugerują, że najbardziej charakterystycznym przykładem gwałtu na demokracji w międzywojennej Europie był zamach majowy w Polsce i Józef Piłsudski. Zabrakło podstawowego rozróżnienia systemów autorytarnych i totalitarnych. Również tam, gdzie analizuje się totalitaryzm (str. 290-291) nie ma mowy o tym rozróżnieniu. A bez niego relatywizuje się faszyzm i nazizm! Na str. 240 ciepło komentuje się powstanie Frontu Ludowego we Francji, nie zauważając, że po raz pierwszy partia głosząca rewolucję i totalitaryzm oraz wspierana przez ZSRR współrządziła w kraju demokratycznym.
Omawiając kryzys Republiki Weimarskiej autorzy pomijają milczeniem Plan Dawesa, natomiast opisując włoski faszyzm (str. 250) ignorują socjalistyczne i syndykalistyczne korzenie ruchu Benito Mussoliniego. W chronologii wydarzeń wiodących do hiszpańskiej wojny domowej (str. 252) brakuje wyraźnie wzmianki o mordach republikanów na księżach i zakonnicach. Wśród tekstów źródłowych obrazujących ideowe zamieszanie wśród elit europejskich (str. 253) należałoby umieścić komunistyczne wyznania wiary Picassa lub Eluarda. Fatalne jest uogólniające podsumowanie „faszyzmu” (str. 254-255). Uczeń wynosi z niego wrażenia, że między ideologią i praktyką nazistów niemieckich, faszystów włoskich i przedstawicieli autorytaryzmów europejskich nie było różnicy. Jest to metoda prezentacji typowa dla radykalnej lewicy, wzorowana na ideologii sowieckiej, a także rosyjskiej obecnie, w której „faszyzm” był jednolitym wrogiem.
Przy omówieniu niemieckiego nazizmu należy zaznaczyć, że zanim ich aresztowano, posłów komunistycznych pozbawiono mandatów (str. 262). Tekst na str. 264 stwarza wrażenie, że kościoły niemieckie wspierały reżim. Nie mówi się tu też o początkowych sukcesach gospodarczych reżimu hitlerowskiego, które tłumaczą w pewnej mierze masowe poparcie dla niego w latach 30-tych. Mowa o tym jest dopiero później, co nie pozwala zauważyć związku. Na str. 266 warto zauważyć, że poparcie dla eutanazji wynikało u nazistów także z ideologii eugenicznej, dość wówczas popularnej, także wśród socjalistów (Szwecja!)
Rozdział 15 części szóstej dotyczy komunizmu sowieckiego. Dobrze, że poświęca się mu tyle miejsca, choć i tu można by wiele poprawić. Na wzmiankę zasługuje, obok powstania kronsztadzkiego także rewolta tambowska 1921 r., gdyż przyczyniła się ona do zmiany kursu z komunizmu wojennego na NEP. Nie wiadomo dlaczego autorzy podają dane o uwięzionych i zamordowanych w skali roku lub krótkich okresów. Naprawdę ważne dla skali terroru sowieckiego jest to, że ludność Gułagu wzrosła w latach 30-tych do około 10% ludności ZSRR. Nie mówi się też wcale o wojującym ateizmie sowieckim oraz prześladowaniach księży i wierzących. Niezbyt precyzyjna i pozbawiona wyjaśnień jest mapa na str. 286, obrazująca rejony ZSRR i krajów przezeń podbitych, skąd dokonywano deportacji. Uczeń może nie zrozumieć dlaczego uwzględniono tam wschodnią Polskę, kraje bałtyckie na równi z Kaukazem. W rozdziale 16 części siódmej omawia się II wojnę światową. Pierwszy fragment dotyczy drogi do wojny. W kalendarium dotyczącym tego tematu autorzy pominęli fiasko „wschodniego Locarno” (1934 r.), którego projekt udaremniony został przez Niemcy, a także fiasko rozmów brytyjsko-francusko-sowieckich z lata 1939 r., które mogły zapobiec wybuchowi wojny, gdyby Stalin nie wybrał Hitlera jako sojusznika przeciw Zachodowi. Ponadto nie podkreślili, że pakt niemiecko-sowiecki z 23 VIII 1939 r. nie był po prostu paktem o nieagresji, ale sojuszem, skoro, jak zaznaczono na mapie na str. 301, doprowadził on do podziału Polski. Bez tego stwierdzenia uczeń nie zrozumie, co się stało. Na str. 302, gdzie mówi się o niemieckiej inwazji Polski w dniu 1 IX 1939 r., trzeba koniecznie wspomnieć o inwazji sowieckiej na Polskę z 17 IX 1939 r., a także o inwazji Finlandii (jesień 1939-wiosna 1940) oraz zaborze państw bałtyckich i Besarabii przez ZSRR latem 1940 r. Pominięcie tych wydarzeń w tym miejscu zaciera fundamentalny fakt, że w latach 1939-1941 istniał sojusz niemiecko-sowiecki, a po drugiej stronie – (nieefektywny) sojusz angielsko-francusko-polski.
Na str. 306 zawarte jest fundamentalne kłamstwo. Mówi się tam w podtytule o „wejściu ZSRR i USA do wojny” w 1941 r. Co do USA to zgoda, natomiast ZSRR weszło do wojny po stronie Niemiec w 1939 r. Jeśli się przemilcza wspomniane fakty (inwazja Polski i państw bałtyckich), to skąd ma uczeń się dowiedzieć o wojennych wyczynach Armii Czerwonej we współpracy z Niemcami w 1939 i 1940 r. Autorzy twierdzą, że Polska skapitulowała w 1939 r. po „niewielu tygodniach”, podczas gdy Francja walczyła od 10 maja do 22 czerwca 1940 r. (str. 306). Jest to manipulacja słowna, bowiem kapitulacja Polski nastąpiła zaledwie tydzień wcześniej niż francuska. Ta sama informacja powtórzona jest zresztą na str. 342. Tabela ze str. 313 ilustruje ofiary II wojny światowej. W kolumnie pokazującej rozmiary masakry Żydów europejskich nie podano, czy wymienione liczby zawierają się w ogólnej liczbie ofiar czy nie. Zwraca uwagę liczba ofiar polskich: 5,7 mln osób, z której autorzy wyłączają ofiary sowieckie, a włączają Żydów polskich.
Czytelnika może zdziwić, że względna liczba ofiar polskich jest tak duża, a jest o nich w tekście tak mało, nawet tam, gdzie można by o tym wspomnieć (str. 334). Podział tekstu na podrozdziały powoduje, że z pola widzenia ginie w ogóle sowiecki terror z czasów II wojny światowej, na przykład zbrodnia katyńska. Autorzy zapewniają też, że w Jałcie nie dokonano podziału świata na sfery wpływu. Skąd więc się ten podział wziął? Uczeń się tego nie dowie. Co do sprawy polskiej, mamy na tej samej str. 314 wzmiankę o „komitecie lubelskim” pod kuratelą komunistów, który stanowił „konkurencję” dla polskiego rządu na emigracji. Uczeń dowie się jednak, co się dalej z nim stało dopiero w tomie drugim na str. 48. Wątpliwe, by połączył te fakty.
Cały rozdział 17 poświęcono „Europie pod panowaniem niemieckim”. W chronologii tego tematu (str. 320) brakuje wyraźnie wzmianki o sformułowaniu Generalplan Ost. „Dossier” ze stron 324-325 dotyczy „wojny na wyniszczenie przeciw komunistom”. Dziwne, że uwagę swoją skupiają autorzy na komunistach jako celu Niemiec hitlerowskich, pomijając olbrzymie cierpienia i straty ludzkie wśród narodów, które dążyły do wolności spod nazizmu i komunizmu. Wstrząsające zdjęcie wieszania kobiety przez niemieckie oficera budzi współczucie dla, jak się dowiadujemy, ludności pomagającej Armii Czerwonej. Tymczasem milczy się o zwalczaniu przez partyzantkę sowiecką sił niepodległościowych, na przykład Armii Krajowej czy powstańców słowackich. Przy omówieniu polityki niemieckiej na ziemiach okupowanych Europy praktycznie milczy się o rabunkach i rekwizycjach dokonywanych na miejscowej ludności. Wspominając ruch oporu w Niemczech i hr. Stauffenberga trudno nie wspomnieć, że pierwotnie był on zagorzałym zwolennikiem Hitlera. Nie wiadomo też dlaczego w podpisie pod mapą obozów hitlerowskich (str. 335) podkreśla się, że znajdowały się one na „terytorium polskim”. Czyżby miało to uzasadniać mówienie o „polskich obozach koncentracyjnych”? Nie wszystkie niemieckie komory gazowe zostały zniszczone przed wejściem Armii Sowieckiej, jak tego chcą autorzy (str. 336).
Dość dziwne, że w kalendarium dotyczącym Francji podczas II wojny światowej (str. 340) nie wymienia się paryskiego powstania z sierpnia 1944 r., które jest wspomniane na str. 350. W bilansie II wojny światowej powtarza się kalendarium, ponownie wspominając o „niemiecko-sowieckim pakcie o nieagresji z 23 VIII 1939 r.” ale nie mówiąc o tajnym protokole dodatkowym. Nie wspomina się też konferencji w Teheranie. W podsumowaniu dotyczącym losów idei europejskiej (rozdział 19) zamieszczono „dossier” przypominające II wojnę światową. W tekście mówi się tam o „nazistach” nie podając ich narodowości (str. 368), a zamieszczona obok karykatura ukazuje „doprowadzenie” Francji siłą do „rodziny europejskiej” pod egidą swastyki. W rodzinie tej widzimy Włochy, Hiszpanię, Bułgarię, Finlandię, Rumunię i Węgry. Nie wiedzieć czemu posłużono się hitlerowską karykaturą, by wzmocnić fałszywe wrażenie, że nazizm nie był tylko fenomenem niemieckim.
[srodtytul]3. Uwagi szczegółowe. [/srodtytul]
[b]Tom drugi[/b] W porównaniu z fatalnymi brakami tomu pierwszego, tom drugi robi nieco lepsze wrażenie. I tutaj jednak nie można przejść do porządku dziennego nad wieloma błędami, przemilczeniami, nieścisłościami i wątpliwą ideologią.
Część pierwsza dotyczy okresu bezpośrednio powojennego (1945-1949). W rozdziale 1 znajdujemy ponownie bilans II wojny światowej. Autorzy nie grzeszą tu dokładnością i konsekwencją. Mowa jest o tym, że II wojna światowa przyniosła „od trzech do sześciu razy więcej ofiar” niż I wojna światowa (str. 14). Z tabeli na sąsiedniej stronie dowiadujemy się ponownie, że w liczbach względnych najcięższe ofiary poniosła Polska. I znów warto zapytać dlaczego tak mało miejsca poświęcają autorzy polskiej tragedii w czasie II wojny światowej. „Polityczna poprawność” doby obecnej każe autorom podkreślić, że ofiarami nazizmu padali homoseksualiści (w Auschwitz było ich podobno 48).
Anachronicznie brzmi stwierdzenie ze str. 14 o tym, że po wojnie ludzkość uświadomiła sobie, że może się sama zniszczyć. Świadomość tego powstała dopiero później, w latach 50-tych, wraz ze wzrostem mocy broni jądrowej w posiadaniu USA i ZSRR. W tytule podrozdziału ma str. 16 winno znaleźć się jednak stwierdzenie, że nazizm był fenomenem niemieckim. Na tej samej stronie autorzy niespodziewanie przypomnieli sobie o konferencji w Teheranie z 1943 r.
W tekstach źródłowych na str. 17 znajdujemy cytaty z przemówień prezydenta Trumana i ministra Mołotowa na temat odpowiedzialność aliantów za świat powojenny. Mowę Mołotowa, który mówi o tym, jak ZSRR uratował Europę od „faszystowskiej rzezi”, pozostawiono bez komentarza. A przecież to ZSRR wspomógł Hitlera w 1939 r. i był współsprawcą wojennego kataklizmu. Sam Mołotow podpisał przecież pakt z 23 VIII 1939 r. To jest fałszowanie historii!
Omówienie sytuacji w powojennej Francji zawiera informację o roli Francuskiej Partii Komunistycznej w ruchu oporu, ale bez wspomnienia, że pozwoliło to tej partii uniknąć odpowiedzialności za popieranie paktu Ribbentrop-Mołotow i paraliżowanie oporu Francuzów w 1940 r. Nie ma też wzmianki o tym, że szef FPK Maurice Thorez twierdził, że w przypadku wojny z ZSRR prawdziwy komunista francuski winien popierać ZSRR przeciw swej ojczyźnie.
Mapa na str. 28 sugeruje, że przed 1939 r. istniały zwarte skupiska ludności niemieckiej na terenie polskiego Pomorza. Tak nie było. Przy okazji omawiania pamięci o II wojnie światowej autorzy powołują się na film Claude Lanzmanna „Shoah”, zawierający wątki antypolskie. Film ten jest dodatkowo reklamowany na str. 41 przez duże zdjęcie. W rozdziale 2 na str. 32 upraszcza się pamięć zwycięzców i zwyciężonych, nie dostatecznie akcentując, że dla wielu narodów Wschodniej Europy koniec wojny przyniósł niezawinioną klęskę. Wspomina się tu mord katyński, ale tylko jako przykład przyczyny załamania się mitu o ZSRR jako zwycięzcy nad faszyzmem. Gdyby autorzy omówili wcześniej sowiecki terror z czasów wojny nie musieli by się teraz dziwić temu odkryciu. Pisząc o pamięci o Holocauście autorzy podkreślają, iż „władze polskie” maskowały fakt, że większość ofiar Auschwitz stanowili Żydzi (str. 34). Tak było przez pewien czas, tyle, że były to władze komunistyczne Polski, a nie po prostu „władze polskie”. Brzydkiej manipulacji dokonano natomiast w zdaniu: „Kościół katolicki często wyrażał skruchę z powodu swego milczenia na temat losu Żydów w czasie wojny”. Fakt, że władze Kościoła katolickiego zdobywały się na takie akty nie może uzasadniać uproszczonego twierdzenia na temat owego milczenia. Sprawa stanowiska Piusa XII wobec Holocaustu jest na tyle skomplikowana, że nie wolno jej tak uprościć. Oburzające jest reklamowanie komiksu „Mauschwitz”, w którym przedstawiono Żydów jako myszy, Niemców jako koty, ale, o czym autorzy nie wspominają, a co mogą zobaczyć czytelnicy tego komiksu, Polacy są przedstawieni jako świnie. W tym miejscu, jak i na str. 42-44, widać, że „kultura pamięci” w powojennych Niemczech jest jednak wybiórcza. Stale słyszymy wyrazy skruchy za zbrodnie wobec Żydów, a także Rosjan, lecz Polacy zawsze znajdują się na dalekim planie, a nawet są przedstawiani w niekorzystnym świetle. Rozdział 3 tej części dotyczy początków Zimnej Wojny. Określając stronę wschodnią wspomina się na str. 46 o zależności satelitów od ZSRR, ale nie mówi się o istocie systemu opartego na terrorze i propagandzie. Dwie ilustracje na sąsiedniej stronie robią wrażenie, jakby za propagandę zimnowojenną odpowiadały bardziej Stany Zjednoczone. Oto zgodna współpraca aliancka z plakatu sowieckiego jest przeciwstawiona plakatowi z USA, ukazującemu zagrożenie komunistyczne. Czyżby rzeczywiście nie rozumiano, że w kulturze obrazkowej wywołuje się uczucia zamiast informować?
W podrozdziale o podziale Niemiec (str. 54) nie zauważono wpływu USA, Wielkiej Brytanii i Francji na utworzenie systemu demokratycznego w Niemczech Zachodnich. W podsumowaniu części pierwszej (str. 58) ponownie powtarza się główne daty, ponownie pomijając Powszechną Deklarację Praw Człowieka ONZ z 1948 r. Nowością są tu sylwetki i portrety głównych postaci, w tym Churchilla, Roosevelta i Stalina, tyle, że jest to marnowanie miejsca, gdyż sylwetki te są powtórzone na końcu tomu drugiego.
Część druga dotyczy Europy w podzielonym świecie od 1949 do 1989 roku. W kalendarium ważnych wydarzeń tego okresu (str. 62-63) winno się znaleźć miejsce dla powstania „Solidarności”. Zgodnie ze swoją koncepcją ideową, autorzy nie mogli się powstrzymać (str. 68) od wzmianki o fali nietolerancji w USA („Maccarthyzm”), nie wspominając o rozmiarach szpiegostwa sowieckiego w Stanach Zjednoczonych. Na str. 71 cytowany jest jakiś film antykomunistyczny nakręcony w Hollywood. Tymczasem to właśnie wśród aktorów i reżyserów Hollywood działali latami jawni sympatycy komunizmu i ZSRR. „Maccarthyzm” jest zresztą powtórzony na str. 70, natomiast czytając o wojnie propagandowej uczeń nie dowie się tu o prawdziwym życiu codziennym w krajach komunistycznych.
W podrozdziale o „nowych napięciach” międzynarodowych w latach 1975-1985 autorzy wspomnieli papieża Jana Pawła II, ale tylko w kontekście jego prób „przywrócenia wpływów Kościoła w świecie” (str. 74). Brak omówienia fenomenu papieża-Polaka i jego wpływu na Trzeci Świat oraz sytuację w krajach komunistycznych, w tym głównie na Polskę. Nie ma tu ani słowa o Soborze Watykańskim II. Autorzy najwyraźniej mają problem z obiektywnym przedstawianiem Kościoła katolickiego, nie mówiąc już o innych kościołach, o których nie ma w podręczniku ani słowa. Czyżby rozdział Kościoła od państwa miał polegać na odcięciu uczniów od jakiejkolwiek wiedzy o religii? Zupełnie zmarginalizowana jest rola „Solidarności”. Fenomen wielomilionowego ruchu, który podkopał wiarygodność systemu komunistycznego i przyczynił się do jego upadku załatwiony jest zdaniem o jego finansowaniu przez USA (str. 74). „Solidarność” pojawi się jeszcze na str. 134 w krótkiej wzmiance o opozycji w latach 80-tych. Jeśli jest „dossier” o rewolucji węgierskiej 1956 r. oraz wiele informacji o Praskiej Wiośnie, takie potraktowanie „Solidarności” graniczy ze skandalem. Czyżby autorom zależało na zminimalizowaniu jej znaczenia tak, aby podkreślić upadek Muru Berlińskiego jako jedyny znak końca komunizmu?
Na tym tle zwraca uwagę obszerny rozdział 5 (str. 82-95), dotyczący dekolonizacji i problemów Trzeciego Świata. Czegoś więcej o krajach europejskich można by się spodziewać po rozdziale 6. W jego wstępnym kalendarium (str. 96) nie znajdziemy jednak ani wyboru papieża Jana Pawła II ani powstania „Solidarności” ani wprowadzenia stanu wojennego w Polsce. Jest „powstanie na Węgrzech” i „Praska Wiosna”, a także „powstanie w Polsce 1970 r.”, ale „Solidarności” nie ma. W akapicie na temat oporu przeciw modelowi sowieckiemu (str. 106) uczeń ponownie dowie się o powstaniu berlińskim 1953 r., węgierskim 1956 r. (jest o nim także „dossier” na str. 108-109) i Praskiej Wiośnie 1968 r., ale nie dowie się niczego o „Solidarności” (!) „Solidarności” nie wymienia się także w sumującej ten rozdział chronologii na str. 126. Zważywszy te proporcje, trudno uniknąć wrażenia, że autorom zależało na pomniejszeniu roli Jana Pawła II i „Solidarności”. W opisie różnic między systemami w Europie podzielonej przez Żelazną Kurtynę („socjalizm a kapitalizm, dyktatura partyjna a pluralistyczna demokracja, gospodarka planowa a wolny rynek” - str. 100) autorzy pozostają na poziomie werbalnych schematów, nie wgłębiając się w szczegóły i akcentując propagandę wizualną, przez co uczeń odbierze owe różnice bardziej jako grę słów niż jako coś realnie istniejącego. Rozdział 7 części drugiej dotyczy procesu integracji europejskiej w latach 1945-1989. Już we wstępnym kalendarium (str. 112) autorzy dzielą ten okres na podokresy. Lata 1945-1957 to wedle ich teorii okres „Europy pod wpływem Ameryki”, okres do 1967 r. to „pierwsze lata EWG”, zaś lata następne to „pogłębienie i poszerzenie”. Bardzo to dziwna chronologia. Czyżby autorzy nie wiedzieli, że bezpieczeństwo jednoczącej się Europy zależało przez cały ten okres od amerykańskiego parasola atomowego? Ilustracje ze str. 116 (figurka pod parasolem z flagami europejskimi) oraz 119 ( „tarcza” Europejskiej Wspólnoty Obronnej przeciw totalitaryzmowi) dodatkowo sugerują, że zjednoczona Europa radziła sobie sama ze swym bezpieczeństwem. Wymowa podręcznika jest pod tym względem jasna: Stany Zjednoczone były problem Europy, a nie jego rozwiązaniem. Tylko jak się to ma do powojennych realiów? Zdumiewającą mapę znajdujemy na str. 114. Ilustruje ona rzekomo dziedzictwo kulturalne Europy. Naniesiono na niej zabytki gotyckie i najważniejsze pomniki kultury muzułmańskiej. Wynika z tego, że obszar Bałkanów łącznie z Węgrami był zdominowany przez islam, podobnie jak południowa Hiszpania. Z mapy tej uczeń nie dowie się w ogóle o zabytkach starożytnej Grecji, romańskich Włoch (bazyliki rzymskie???), chrześcijaństwa wschodniego na obszarze Ukrainy, Bałkanów i Azji Mniejszej ani o baroku na ziemiach Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Wedle mapy centrum kultury europejskiej to Wersal, gdyż zaznaczono go większym, niebieskim symbolem a mniejsze niebieskie znaczki wskazują pałace inspirowane Wersalem. W Polsce umieszczono taki jeden znaczek. Zapewne chodzi o Wilanów. I to cała kultura Europy!!! Ta mapa to jeden z większych skandali tego podręcznika. Czy na takiej ignorancji mamy budować wspólnotę narodów Europy?
Część trzecia ujmuje „zakończenie konfliktu Wschód-Zachód”. Merytorycznie i wizualnie treść tej części zdominowana jest przez „pierestrojkę”, upadek Muru Berlińskiego i wojnę w byłej Jugosławii. O transformacji ustrojowej oraz jej trudnościach i sukcesach w państwach byłego bloku komunistycznego jest niewielka wzmianka na str. 140. Dlatego też uczeń czytający tekst przemówienia premiera Mazowieckiego o Polsce jako części Europy (str. 141) oraz oglądający karykaturę na tej samej stronie, ukazującej wór problemów, jakie przywiozły kraje Europy Wschodniej przed drzwi Europy, musi dojść do przekonania, że „stara Europa” wyświadczyła „nowej Europie” wielką łaskę, przyjmując na siebie ciężar jej członkostwa w Unii Europejskiej. Skoro uczeń ten nie dowiedział się wiele o dziedzictwie kulturowym owych peryferii cywilizacji europejskiej, to skąd ma wiedzieć, że mają one także coś niecoś do dania „starej Europie”?
W rozdziale 9 autorzy zajęli się między innymi problemem członkostwa Turcji w Unii Europejskiej. Wskazano niepokoje związane z nieuznawaniem przez Turcję Republiki Cypru i ludobójstwa Ormian, a także z liczną ludnością muzułmańską Turcji. Nie wspomniano natomiast o okupacji przez Turków północnego Cypru. Debatę o członkostwie Turcji zideologizowano przez twierdzenie, że to „partie konserwatywne Niemiec i Francji” (ciekawe, jakie są tam partie konserwatywne?) proponują Turcji „uprzywilejowane partnerstwo” zamiast członkostwa. Publikując dość gołosłowne oświadczenie tureckie o europejskich aspiracjach oraz zdjęcie europosłów popierających członkostwo Turcji, nastawia się ucznia jednoznacznie wobec tej kwestii. Czy na tym ma polegać nauka w szkołach? Inne fragmenty tekstu i teksty źródłowe (str. 152-153) nastawiają ucznia pozytywnie do idei europejskiej federacji. Fragmenty ze str. 160-161 i 162-163 wskazują na udział Unii Europejskiej w gospodarce światowej i zbrojeniach, przemilczają jednak fakt, że z formalnie traktowanych liczb nie wynika proporcjonalna siła, skoro w Unii nie można się dopracować wspólnej polityki zagranicznej i obronnej. Przekrojowe porównanie tożsamości europejskiej różnych krajów członkowskich (str. 164-165) wskazuje, że Francja i Niemcy są najbardziej dojrzałe pod tym względem. Nigdzie nie ukazano jednak słabości Unii (kryzys demograficzny, malejąca konkurencyjność, brak solidarności).
W rozdziale 10 ukazano wiele dramatycznych problemów międzynarodowych, nękających współczesny świat (n.p. terroryzm islamski, głód czy wojny w Trzecim Świecie). Nie spróbowano jednak wskazać uczniom głębszych przyczyn tych problemów, takich jak kryzys wartości, egoizm i pazerność, nieograniczone ambicje konsumpcyjne czy fanatyzm. Uczeń pozostaje więc przytłoczony świadomością zła w świecie oraz europejską iluzją, iż metodą rozwiązywania tych problemów jest tworzenie właściwych instytucji a nie zmiana postaw. Część czwarta poświęcona jest rozwojowi gospodarczemu i społecznemu oraz tendencjom kulturowym w świecie powojennym. Przy omówieniu polityki gospodarczej prezydenta Ronalda Reagana (str. 190) podkreśla się jego program zbrojeniowy, a nie mówi się o obniżce podatków. Podobnie niepełna jest prezentacji „thatcheryzmu”. Autorom prawie zupełnie umknęło niezwykle szybkie tempo wzrostu komunistycznych Chin w latach 1980-2008.
Na uwagę zasługuje obszerny rozdział poświęcony problemom ludnościowym w świecie. Ukazuje on zmiany w tempie wzrostu ludności w różnych rejonach świata, starzenie się ludności europejskiej czy zagrożenia dla systemów emerytalnych. Zmiany obyczajowe przedstawione są na ogół bezkrytycznie, a nawet z odcieniem uznania, na przykład, gdy zamieszcza się zdjęcie z demonstracji antykościelnej w kwestii pigułki antykoncepcyjnej (str. 211). Prawo do aborcji zilustrowano przemówieniem jego zwolenniczki Simone Veil (tamże). Przemilczano destrukcyjny wpływ aborcji nie tylko w sferze moralnej, ale nawet w płaszczyźnie demograficznej. W pozytywnym świetle przedstawiono kwestię „wyzwolenia seksualnego” oraz „pluralizacji form życia rodzinnego” (str. 208). Obecność religii w życiu społecznym skomentowano w sposób typowy dla ducha „neutralności światopoglądowej” (str. 214-215), tak jakby religia była tylko sprawą prywatnych przyzwyczajeń kulturowych, a nie źródłem żywej motywacji moralnej. Tę część książki można określić jako miękką propagandę relatywizmu moralnego. Podobnie bezrefleksyjny, a w istocie „neutralny moralnie” jest rozdział 13, dotyczący zjawisk kulturalnych w świecie po II wojnie światowej. Pozostawia on ucznia bez żadnych kryteriów oceny.
W obszernej części piątej przedstawiono Francję i Niemcy po 1945 r. Omawia się tu szeroko systemy polityczne obu krajów oraz ich historię polityczną i społeczną. Interesujące, że w podsumowaniu tego rozdziału, gdy mówi się o symptomach kryzysu demokracji w Europie, zestawia się w tabeli na str. 274 partie radykalnej prawicy, a nie lewicy. Poza tym dlaczego, obok Austrii, Belgii, Danii, Francji, Holandii i Włoch (czy Lega Nord to partia antydemokratyczna?!) nie ma w tym zestawieniu Niemiec? Przecież zarówno NPD, jak i Die Linke są w sensie programowym bardzo radykalne. W podrozdziale o społeczeństwie omawia się akceptująco społeczeństwo konsumpcyjne i laicyzm, a także tolerancję i wielokulturowość jako zasady, ale nie pomija się problemy wynikające z niechęci do integracji muzułmanów we Francji i Niemczech. Książkę kończy apoteoza partnerstwa francusko-niemieckiego jako wzoru do naśladowania dla innych narodów Unii Europejskiej (str. 294 i nn.) 4. Podsumowanie Ogólna ocena podręcznika winna zawierać ocenę jego proporcji, warstwy informacyjnej, dodatkowych materiałów dydaktycznych (źródła, mapy, pytania), układu graficznego i ilustracji. Nie ma podręczników idealnych, a o ich wartości świadczy raczej ilość błędów, jakie popełnili autorzy. W omawianym podręczniku jest ich zbyt wiele, by wystawić mu pozytywną ocenę.
W warstwie informacyjnej podręcznik razi złymi proporcjami, poważnymi lukami (Rosja, USA, Austro-Węgry, problematyka gospodarcza) i lewicowym zabarwieniem ideologicznym (bezkrytyczny stosunek do zmian społecznych, wybór głównych postaci, niechęć wobec USA i Kościoła). Dodatkowe materiały dydaktyczne dotyczą głównie Francji i Niemiec, a także wymagają od ucznia zbyt wiele skoro nie dowiaduje się on wystarczająco dużo z tekstu głównego. Proporcja między tekstem głównym i „obudową dydaktyczną” jest zachwiana na niekorzyść tego pierwszego. Układ graficzny jest interesujący, ale materiał ilustracyjny – zbyt jednostronny (znów Francja i Niemcy), nie zawsze odnoszący się do tekstu, a często nastawiający ucznia jednostronnie. W obu tomach jest bardzo wiele powtórzeń, przez co nie wykorzystuje się miejsca w celu wprowadzenia brakujących informacji.
Lektura podręcznika zaczyna się od zainteresowania jego formą, a kończy się całkowitym rozczarowaniem. Chęć stworzenia wspólnej pamięci francusko-niemieckiej w młodym pokoleniu przesłoniła autorom cały świat. Skoro tak wiele miejsca poświęcono w drugim tomie integracji europejskiej, to dlaczego w podręczniku nie ma prawie nic o problemach Irlandii, Szwecji, Finlandii, Danii, Włoch, Portugalii, Grecji, Cypru, nie mówiąc już o krajach Europy Środkowej i Wschodniej? Wiedza wyniesiona z podręcznika ukształtuje u uczniów mylne przekonanie, że przezwyciężenie nacjonalizmów francuskiego i niemieckiego pozwoliło rozwiązać główne problemy europejskie, że dwa te państwa mają do odegrania szczególną rolę w Europie i że powołane są do kierowania sprawami Unii Europejskiej oraz europejską pamięcią historyczną. Uczeń tak wykształcony będzie bezradny nie tylko w Unii Europejskiej, ale także w otaczającym ją świecie, a nie poznając innych krajów europejskich, będzie tworzyć napięcia w stosunkach z nimi.
[i] Ekspertyza zostanie opublikowana w "Miedzynarodowym Przegladzie Politycznym" nr. 1/2009[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA