fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Czy rząd Tuska uratuje kapitalizm

Rzeczpospolita, Mirosław Owczarek MO Mirosław Owczarek
Forsowanie przystąpienia do euro w roku 2012 to zagrywka polityczna powodowana ideologicznym zacietrzewieniem i prymitywnie pojmowanymi interesami najzamożniejszej części społeczeństwa – pisze ekonomista i polityk
Nikt nie zna scenariusza dalszego rozwoju kryzysu gospodarczego, jednak niewielu już można spotkać takich, którzy zalecają jego zignorowanie. Owszem, są „lewicowcy”, którzy pod hasłem „ukarać kapitalistów” sprzeciwiają się zaangażowaniu państwa w pomoc dla banków. Także rynkowi fundamentaliści, dla których państwo jest diabłem wcielonym, sprzeciwiają się nadzwyczajnym kryzysowym wydatkom.
Dominuje jednak przekonanie, że – przynajmniej obecnie – rynek pozostawiony sam sobie może zrodzić kryzys na skalę tego z lat 30. A wielka depresja przyniosła nie tylko bezprecedensowe negatywne następstwa dla rozwoju gospodarczego, ale i stymulowała straszne zdarzenia polityczne – sukces faszyzmu. Wszyscy jesteśmy zainteresowani, by nie wybuchł wielki pożar.
[srodtytul]Na rozdrożu[/srodtytul]
W różnych krajach trwa poszukiwanie kompromisu i podejmowane są uzgodnione działania doraźne. To nie wystarczy, ale jest ważne. My mamy chyba korzystniejszą sytuację obiektywną, ale znacznie większe trudności z uzgodnieniem działań. Nie brakuje arogantów, którzy inaczej myślących chętnie przedstawiają jako idiotów. Nie istnieje jednak metoda, za pomocą której można wyłonić „prawdziwych fachowców”.
Czyż Alan Greenspan nie jest fachowcem? Jest. Fachowcem jest też Leszek Balcerowicz. Ale zarówno ten pierwszy, jak i ten drugi nie są nieomylni. Więcej, dziś widać, że kryzys powstał w gloryfikowanym przez nich systemie rynkowym. Greenspan to przyznał, ale rynkowi fundamentaliści znad Wisły zachowują świetne samopoczucie i chętnie biją się w cudze piersi.
Diagnoza współczesnego kapitalizmu jest ważna nie tylko dla programu zmian systemowych, ale i bieżącej polityki. Źródła jego kryzysu można opisać w kategoriach technicznych: zbyt permisywna polityka kredytowa i zbyt „luźna” polityka pieniężna. To konstatacje tyleż trafne, co banalne. Błędy miały wszak drugą stronę: gwarantowały Ameryce w długim okresie relatywnie wysoki wzrost, a każdemu praktycznie obywatelowi umożliwiły finansowanie stosunkowo wysokiej konsumpcji – na kredyt oczywiście.
Zwolennicy neoliberalnego systemu podkreślają, że Ameryka rozwija się szybko, bo ma najbardziej rynkową gospodarkę. Nie chcą jednak przyznać, że przynajmniej część tej dynamiki to konsekwencja stosowania swego rodzaju środków dopingujących.
Ale to oznacza, że przezwyciężenie niestabilności neoliberalnego kapitalizmu przez zaostrzenie polityki pieniężnej i przywrócenie surowych reguł kredytowania nie będzie łatwe. Ta zmiana odbije się na stopie wzrostu i społecznej równowadze. Neoliberalny model może stracić wiele ze swych powabów. Z pewnością znaleźliśmy się więc na rozdrożu. Potrzebna jest zasadnicza diagnoza i trzeba określić terapię. To wyzwanie także dla Polski.
[srodtytul]Korekta kapitalizmu[/srodtytul]
Przez 30 powojennych lat w Europie (w mniejszym stopniu w Stanach) funkcjonował model kapitalizmu socjalno-etatystycznego, obejmujący rozbudowane państwo opiekuńcze. To był złoty wiek kapitalizmu, ale pod koniec tego okresu wiele się popsuło, a neoliberalna krytyka zdominowała wyobraźnię znacznej większości elit politycznych, medialnych i intelektualnych. No i wdrażała interesy grup zamożnych.
Nic dziwnego, że rozpoczęły się „reformy”. W Europie szły one z oporami. Wystarczy powiedzieć, że budżetowa dystrybucja nadal sięga (przeciętnie!) 45 proc. PKB. W Stanach system zbliżył się do zalecanego przez doktrynę neoliberalną, ale gospodarka działała na dopingu kredytowo-pieniężnym. Ponadto specyficzna pozycja amerykańskiej gospodarki umożliwiała dość szybki rozwój mimo wielkiego deficytu budżetowego oraz ogromnego deficytu w handlu zagranicznym.
Duża część świata pracowała na dobrobyt Amerykanów. Jednak ani kredytowo-monetarny doping, ani wykorzystywanie zasobów zagranicznych nie może trwać w nieskończoność. Dziś widać, że neoliberalna alternatywa nie jest wolna od bardzo poważnych wad.
Jeśli przyjąć (ja przyjmuję), że kapitalizm rozumiany jako system gospodarczy regulowany przede wszystkim przez rynek i oparty na prywatnej własności nie ma globalnej alternatywy, to pytanie o program naprawy sprowadza się do pytania o korektę tego systemu.
Niełatwo udzielić odpowiedzi na to pytanie. Nie ma podstaw do odpowiedzi kategorycznych. Neoliberalna krytyka powojennego kapitalizmu nie była błaha, choć była arogancka. Jest faktem, że dominujące teorie neoliberalnej ekonomii (w szczególności hipoteza racjonalnych oczekiwań i tzw. teoria realnego cyklu) są bezużyteczne jako narzędzia analizy obecnej sytuacji.
Trzy kierunki zmian wydają się zasługiwać na wsparcie: wzmocnienie pozycji państwa jako instytucji stabilizującej i koordynującej procesy rynkowe, zrezygnowanie z wysiłków na rzecz osłabienia opiekuńczych funkcji państwa i przeciwstawienie się rosnącym nierównościom, a także powiększenie wysiłków państwa na rzecz stymulacji rozwoju poprzez zmasowane wsparcie edukacji, ochrony zdrowia, nauki, infrastruktury.
[srodtytul]Czy euro uratuje pieniądze[/srodtytul]
Działania proponowane przez rząd Tuska (który po długim okresie zwłoki uznał, że w ogóle w Polsce jest konieczność przeciwdziałania kryzysowi) idą nieomal dokładnie w przeciwnym kierunku. Trudno oprzeć się wrażeniu, że ten wybór jest inspirowany przekonaniem, iż obecne kłopoty mają źródło nie w rynkowych skrajnościach, ale w nie dość konsekwentnym realizowaniu zaleceń neoliberalnej ekonomii. Kluczowe dla polityki rządu są trzy przedsięwzięcia: jak najszybsze przystąpienie do strefy euro, „dokończenie” prywatyzacji oraz dalsze ograniczenie deficytu budżetowego i zmniejszenie zaangażowania w ochronę socjalną.
Przystąpienie do strefy euro pozbawi państwo nie tylko własnej polityki pieniężnej, ale też skrępuje politykę fiskalną, czyli de facto wyeliminuje możliwość prowadzenia przez państwo jakiejkolwiek aktywnej polityki makroekonomicznej. Wydaje się, że – przynajmniej tak długo, jak długo zaawansowanie rozwoju gospodarczego Polski jest zasadniczo niższe od krajów „starej Unii” – jest to zmiana co najmniej nieoczywista, choć przemawiają też za nią pewne istotne argumenty.
Przyjęcie euro (a nawet samo rozpoczęcie tego procesu) służyłoby stabilizacji pieniądza, a więc zmniejszeniu ryzyka inwestycyjnego i obniżce kosztów transakcyjnych. Jednak (wobec faktu, że euro zostało już wprowadzone w szeregu krajów europejskich) znaczenie tej zmiany dla kosztów transakcyjnych jest marginalne, natomiast stabilność kursu ma swoją drugą stronę.
Trudno nie oczekiwać w najbliższych miesiącach i latach ograniczenia popytu na polski eksport (najważniejsze są kraje Unii). W tej sytuacji deprecjacja złotówki jest dla tego eksportu (a więc dla produkcji i zatrudnienia) szansą. Zresztą kursu złotówki sprzed pół roku i tak nie dałoby się utrzymać przy wchodzeniu do strefy euro. Ale kluczowe znaczenie ma fakt, że przedsionkiem euro jest dwuletni czyściec, gdy złotówka musi utrzymywać (uzgodniony z Unią) sztywny kurs (nie jest pewne, czy pasmo wahań nie będzie węższe niż tradycyjne +/- 15 proc.). Wobec destabilizacji rynków finansowych to zadanie szczególnie trudne. W każdym razie podjęcie tego wyzwania wymaga schłodzenia gospodarki. Rząd – dążąc do dalszej redukcji deficytu – poniekąd to zakłada, ale jednocześnie się upiera, że stopa wzrostu PKB w przyszłym roku wyniesie 4,8 proc.
Być może było celowe wstąpienie do strefy euro np. w 2008 r. (ja tak nie sądzę), ale decyzja, by zrobić to w 2012 wydaje się ekonomicznie niecelowa. Jej forsowanie nosi wszelkie cechy zagrywki politycznej powodowanej ideologicznym zacietrzewieniem i prymitywnie pojmowanymi interesami najzamożniejszej części społeczeństwa. Obecny minister finansów przed kilku laty domagał się jednostronnej „euroizacji” polskiej gospodarki.
Polemizowali z nim wtedy wszyscy – także zwolennicy możliwie szybkiego wstąpienia do strefy. Rostowski teraz pewnie przekonał rząd, że właśnie są korzystne polityczne okoliczności. I tak jest w istocie: jest duża grupa zadłużonych w obcych walutach obywateli, są pracujący za granicą i są za granicą wypoczywający. Oni wszyscy na deprecjacji złotówki doraźnie tracą. To są grupy wpływowe, bo generalnie bardziej zamożne.
Ci ludzie dali się przekonać, że podjęcie teraz decyzji o euro uratuje ich pieniądze. Niekoniecznie, bo jeżeli ta decyzja doprowadzi do ponownej aprecjacji złotówki, to pogorszą się perspektywy wzrostu i znacząca część tej grupy straci pracę (a w każdym razie nie otrzyma podwyżki płac). Ale bardziej prawdopodobne jest to, że większej aprecjacji nie będzie, natomiast prowadzona będzie polityka schładzania, konieczna dla zagwarantowania wymiany wg sztywnego kursu. Przystąpienie do strefy euro powinno być odłożone pewnie do roku 2020.
[srodtytul]Rząd neoliberalny[/srodtytul]
Także przyspieszenie prywatyzacji znamionuje ideologiczne zacietrzewienie. Pozostawiając na boku spór o racjonalne jej granice, nie sposób zaprzeczyć, że w warunkach kryzysu efektywność prywatyzacji musi być mniejsza. Przewidywanie 12 mld zł dochodu z prywatyzacji w roku 2009 to kompletna fantazja. Program forsownej prywatyzacji – jeżeli miałby być realizowany – powinien zostać przesunięty w czasie.
Co więcej, wobec dramatycznych spadków kursów giełdowych i możliwości wykupienia za bezcen akcji kluczowych polskich przedsiębiorstw giełdowych przez inwestorów zagranicznych potrzebny jest – wzorem wielu innych krajów – wysiłek państwa chroniący kluczowe sektory.
Zapowiadana w ustawie budżetowej polityka dalszego ograniczenia deficytu może być interpretowana jako konsekwencja determinacji w sprawie euro, ale jest prawdopodobnie także wyrazem neoliberalnej opcji na rzecz „małego budżetu”. To jest generalnie wybór w najwyższym stopniu kontrowersyjny, ale w obliczu kryzysu w gospodarce światowej szczególnie niebezpieczny. Jest dziś sprawą kluczową uzyskanie jak najmniejszej redukcji tempa wzrostu i – dla równowagi społecznej – zapewnienie ochrony grup najsłabszych.
Jednak rząd zmierzając do dalszej redukcji deficytu i ograniczając uprawnienia socjalne (takie jak emerytury pomostowe), a także akceptując wzrost nierówności, tymi celami się nie kieruje. Rząd godzi się na obniżkę popytu wewnętrznego i podgrzewa konflikt społeczny, który osłabł w okresie świetnej koniunktury. Ciekawe, że rząd – inaczej niż wszędzie na świecie – nawet nie wspomina o ograniczeniu nieprawdopodobnie rozdętych wynagrodzeń menedżerów, a „za to” akceptuje perspektywę głodowych świadczeń z II filaru ubezpieczeń emerytalnych. To niebywałe, że gwarantowane są nawet ogromne depozyty, a nie ma gwarancji świadczeń emerytalnych – nawet relatywnie bardzo skromnych.
Rząd Tuska był w ostatnich miesiącach oskarżany o koniunkturalizm. Rzeczywiście, lista zaniechań jest długa i są na niej także sprawy niebudzące sporu (jak reforma emerytur rolniczych). Ale ten rząd miał i ma oblicze neoliberalne. To rząd mający też wielkie zrozumienie dla interesów najzamożniejszych grup i lekceważący problemy zwykłych ludzi. Wobec kryzysu nie jest zdolny nie tylko skorygować swojej generalnej orientacji, ale nawet doraźnie dostosować swoich działań do realiów miejsca i czasu.
Ale siłą tego rządu jest poparcie elit i – jeszcze – duże poparcie wielu zwykłych ludzi postrzegających PO jako jedyną realną alternatywę dla PiS. Są powody, by się martwić, co się będzie działo, gdy kryzys gospodarczy zdecydowanie zapuka do polskich drzwi.
[i]Autor jest publicystą, ekonomistą i politykiem. Był twórcą i liderem Unii Pracy[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA