fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Normalna książka w nienormalnym kraju

Rzeczpospolita
Cenckiewicz i Gontarczyk pracowali jak wytrawni detektywi. Spróbowali ustalić prawdę na podstawie tego, co w archiwach pozostało po parokrotnym czyszczeniu ich przez Wałęsę – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”
Niełatwo pisać o książce „SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii”, gdy trwają wokół niej ostre spory publicystów i polityków. Bo czy należy pisać wyłącznie o treści pracy, czy odnieść się do medialnej burzy? A w dodatku przy takim poziomie emocji trudno zachować chłód zdystansowanego obserwatora.
Zacznijmy od stwierdzenia Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka, które rozpoczyna książkę – to nie jest biografia Lecha Wałęsy. Autorzy postawili sobie za cel wyjaśnienie na podstawie materiałów, które znajdują się w IPN, sprawy kontaktów Lecha Wałęsy z SB oraz jej wpływu na późniejszą karierę lidera „Solidarności” i prezydenta Polski.
Takie postawienie sprawy już wzbudziło kontrowersje. Liczni publicyści pytają z przyganą, dlaczego IPN zaczął swoje publikacje na temat Wałęsy akurat od badania sprawy „Bolka”. Sugerują, że Instytut wpierw winien zająć się pomnikową monografią Wałęsy, a dopiero potem roztrząsać cienie jego kariery. Czy jednak można było pisać poważną monografię Wałęsy, pomijając pytania o kwestię współpracy z SB? I kolejne pytanie – dlaczego nikt ze sław polskiej nauki historycznej przez ostatnie 20 lat nie siadł do pisania monografii o liderze „S”?
Nikt z obozu obrońców Wałęsy nie chce dziś odpowiadać na pytanie, dlaczego sprawa „Bolka” nie była dotąd zbadana. Być może dlatego, że odpowiedź ukazałaby, w jaki sposób wokół przeszłości Lecha Wałęsy on sam i jego obrońcy stworzyli atmosferę tabu. Dlatego pisząc o tej książce, trzeba zacząć od podkreślenia, w jak bardzo nienormalnej atmosferze autorzy podjęli się wyjaśnienia kwestii, o której wszyscy wiedzą przynajmniej od 1992 roku, ale nikt nie miał odwagi wyjaśnić jej do końca.
Bagatelizowanie współpracy Wałęsy z SB po Grudniu ,70 musi budzić sprzeciw. Raporty „Bolka” wskazują, że był agentem świadomym, aktywnym i szkodzącym swoim kolegom
Czytając tę książkę, miałem z jednej strony poczucie, że wracamy do normalności, do sytuacji, gdy historycy mogą korzystać z prawa do badania przeszłości osób publicznych i dziejów najnowszych naszego kraju. Ale z drugiej strony, gdy słucham ataków, oskarżeń wobec autorów publikacji IPN o politykierstwo, podłość czy złamanie prawa, wciąż wydaje mi się, że żyję w kraju nienormalnym.
Jednym z zarzutów wobec Cenckiewicza i Gontarczyka jest to, że wyszli poza cezurę roku 1990, gdy przestała istnieć SB. Problem w tym, że bez prześledzenia późniejszych losów dokumentów dotyczących sprawy „Bolka” nie da się wyjaśnić wydarzeń z początku lat 70. Bez wyjawienia, że najważniejsze dokumenty i donosy zagarnął sam zainteresowany – Lech Wałęsa, autorzy nie mogliby odeprzeć zarzutów, iż bazują w swoich wywodach jedynie na kopiach. Z kolei bez krytycznej analizy procesu lustracyjnego zarzucano by historykom, że ignorują wyrok prawomocnego sądu.
To rozciągnięcie obszaru badań na 30 lat, podczas których sprawa „Bolka” żyła własnym życiem, wymagało znacznie większego nakładu pracy niż tylko badanie lat 1970 – 1976. Cenckiewicz i Gontarczyk wykonali iście herkulesową pracę zanalizowania tysięcy źródeł z tego czasu. Udało im się trafić na wiele kapitalnych materiałów, na które nikt nie zwrócił uwagi, mimo że były łatwo dostępne. Choćby zapis z dzienników politycznych Mieczysława Rakowskiego z 2004 roku, w którym były szef PZPR wspomina, jak pytał wysokiego oficera SB, dlaczego służby nie wykorzystują przeciw Wałęsie jego dawnego epizodu współpracy z SB.
Już samo zgromadzenie i porównanie setek często sprzecznych wypowiedzi Lecha Wałęsy na temat jego przeszłości to zadanie żmudne i niełatwe. Cenckiewicz i Gontarczyk wykonali tę pracę jak wytrawni detektywi. Spróbowali ustalić prawdę na podstawie tego, co w archiwach pozostało po parokrotnym czyszczeniu ich przez Wałęsę.
Bardzo solidna wiedza warsztatowa Cenckiewicza, zdobyta przez lata badania akt SB, pozwoliła mu na umiejętne analizowanie kopii dokumentów i wskazywanie na próby fałszerstw. Jego adwersarze, hołdujący tezie, że esbeckie papiery winny budzić jedynie obrzydzenie, na takie żmudne badania źródeł nie mieli ochoty. Woleli uparte poznawanie typologii akt przez gdańskiego historyka kwitować stwierdzeniem, że Cenckiewicz „klęczy przed teczkami”.
I jeszcze jedno – autorzy podkreślają, że występowali o spotkanie z Wałęsą, ale zostali zignorowani przez byłego prezydenta. Nie sposób ustalić, czy to Lech Wałęsa unikał spotkania, czy historycy poprosili o spotkanie z nim jedynie pro forma.
Jednak inny podobny zarzut – że autorzy książki nie przeprowadzili wywiadów z innymi opozycjonistami i działaczami „Solidarności” – jest już chybiony, bo zasadą warsztatową tego typu prac historycznych jest analiza dokumentów, publikacji prasowych i wspomnień. Gdyby Gontarczyk i Cenckiewicz zaczęli przesłuchiwać setki świadków, przejęliby obowiązki prokuratury. Cechą źródła pisanego jest to, że ukazuje zatrzymany raz na zawsze zapis jakiegoś stanu rzeczy. Choć oczywiście historyk musi zadawać sobie pytanie, czy dokument jest autentyczny i jakie były okoliczności powstania takiego zapisu.
I jeszcze jedno – badając sprawę dziejów akt „Bolka”, historycy wchodzili co rusz na dziewicze pola. Pola zaniechań wielu organów państwa lub białe plamy nietknięte przez badaczy. Przy tej okazji nie mogli uniknąć wskazywania wad procesów lustracyjnych, nieprawidłowości w działaniu służb specjalnych na początku lat 90. czy niezbadanych problemów w historii „Solidarności” z lat 1980 – 1981. A gdy weszli na te tereny, pojawił się natychmiast zarzut, że włączają się do bieżącej polityki.Praca nad tą książką pokazała, że przy badaniu przeszłości sprzed 30 lat nie sposób uniknąć dotknięcia niedobrych tajemnic ze znacznie bliższej nam epoki. Że stare grzechy łączą się z kolejnymi wstydliwymi tajemnicami. Być może dlatego wielu badaczy nie chce wbijać naukowej łopaty w tak grząski grunt.
Jaki obraz osobowości Lecha Wałęsy wyłania się z pracy Cenckiewicza i Gontarczyka? To o wiele ciekawszy problem niż rytualne już pytanie, czy książka udowadnia na 100 proc. agenturę Wałęsy. Mnie akurat do współpracy Wałęsy z SB autorzy przekonali, ale czy nie bardziej fascynująca jest opowieść o tym, jak błąd młodości z lat 70. skutkował konsekwencjami przez kolejne dekady? Jak Wałęsa raz wznosił się ponad uwikłania i stawał się bohaterem, a kiedy indziej w żenujący sposób dowodził swojej małości.Bagatelizowanie współpracy Wałęsy z SB bezpośrednio po Grudniu ,70 musi budzić sprzeciw. Raporty „Bolka” wskazują, że był agentem świadomym, aktywnym i szkodzącym swoim kolegom. Skalę tej szkodliwości można będzie ocenić jedynie, jeśli uda się odzyskać donosy, które zagarnął Wałęsa. Ale nawet te parę dokumentów, które ocalały w archiwach, mówi o rzeczach obrzydliwych. O braniu pieniędzy za donosy, o wykazywaniu inicjatywy w pacyfikowaniu kolegów, o radach udzielanych SB. Tego nie da się wytłumaczyć do końca zastraszeniem epoki pogrudniowej.
Egzorcyzmowanie IPN za samo podjęcie tematu przeszłości Wałęsy to groźny precedens
Ci, którzy usprawiedliwiają Wałęsę opisywaniem jak strasznie było po Grudniu ,70, nie dodają, że ta groza była także efektem działania donosicieli takich jak „Bolek”. Dlaczego mamy bardziej litować się nad ówczesnym Wałęsą niż nad ofiarami jego donosów?Owszem można uważać, że Wałęsa aktywnością w Wolnych Związkach Zawodowych i w „Solidarności” odkupił stare grzechy, ale nie unikajmy nazywania niegodziwości niegodziwością. Tym bardziej że autorzy książki uczciwie zaznaczają, że po 1976 roku Wałęsę wyrzucono z pracy za odważne wystąpienia na posiedzeniach rady zakładowej. I podkreślają późniejsze zaangażowanie w działalność opozycji.
Nie zmienia to faktu, że – co pokazują autorzy książki – Wałęsa zawsze miał skłonności do utrzymywania kanałów niejawnej komunikacji z władzami. Wiele do myślenia daje zapis z rozmowy dwóch oficerów SB z Lechem Wałęsą w 1978 roku. Esbecy przyjechali do Elektromontażu, gdzie podówczas pracował, aby wypomnieć mu podjęcie działalności w WZZ. Cenckiewicz i Gontarczyk podkreślili, że Wałęsa twardo odmówił powrotu do współpracy. Ale w cytowanym dokumencie jest też ocena ubeków, że rozmowa była celowa, bo otwiera pole do jakiejś formy przyszłych kontaktów.
Historycy jedynie przedstawiają tę taktykę, którą sam Wałęsa nazywał „umiejętnością gry na różnych fortepianach”, „mądrością etapu” i „graniem tak, by wygrać”. Ile było w takim postępowaniu mądrej taktyki i sprytu, a ile oportunizmu i lęku, że koniec końców władze mają na niego haka w postaci teczki „Bolka”? Ten wątek książki aż się prosi o oddzielną analizę i wyciągnięcie wniosków, czego historycy z IPN nie uczynili.
W roli „wałęsożerców” nie da się także obsadzić Cenckiewicza i Gontarczyka, czytając o tym, jak kartą „Bolka” grali związkowi rywale Wałęsy. Opisując ten spór, historycy nie oszczędzają ani Anny Walentynowicz, ani Andrzeja Gwiazdy. Łatwo między wierszami wyczytać, że Lechowi Wałęsie trudno było po sierpniowym zwycięstwie znaleźć odpowiedni moment, w którym mógłby – gdyby chciał – przyznać się do niedobrego epizodu z lat 70.
Niekiedy wreszcie Cenckiewicz i Gontarczyk wyszukują niezwykle rzadkie wystąpienia Wałęsy – takie jak to we Włocławku w 1980 roku, w którym wyjątkowo niejasnym ezopowym językiem (ale zaskakująco szczerze) lider „Solidarności” opisywał swoje poczucie winy i wyrzuty sumienia.
I jeszcze jedno. Jest w książce relacja o tym, że Jacek Kuroń po Sierpniu ,80, chcąc odebrać Wałęsie przywództwo „Solidarności”, sięgał po plotki o „Bolku”. Podejrzewam, że ten fragment wywoła święte oburzenie „Gazety Wyborczej”. Ale będzie to znów raczej dowód, że historia „Solidarności” nie została solidnie zbadana, niż wina autorów książki. Bo zamiast opisywać działalność Kuronia jako pełnokrwistego polityka, traktowano go jak świeckiego świętego.
Cenckiewicz i Gontarczyk cytują analizy SB, według których Lech Wałęsa był w 1981 roku mniejszym złem niż jego bardziej bojowi rywale w „Solidarności”. Tylko czy to jest zarzut wobec lidera „S”? Wałęsa zdał egzamin i nie stał się marionetką SB po 13 grudnia 1981, co także autorzy wyraźnie podkreślają.
Wreszcie niezwykle ważne rozdziały o losach teczek „Bolka” po 1990 roku. Tu już nie ma taryfy ulgowej dla Wałęsy. Autorzy książki pokazują, że wykorzystując urząd prezydenta, zagarnął nie tylko akta „Bolka”, ale i teczki innych ważnych działaczy opozycji. Dlaczego nikt dziś nie pyta Wałęsy o te dokumenty? Dlaczego nie pytał o nie sąd lustracyjny w 2000 roku? W jakich okolicznościach umorzono śledztwo prokuratury w tej sprawie?
Właśnie te rozdziały książki – w pośredni, ale najbardziej przekonujący sposób – wskazują, że Wałęsa był „Bolkiem”. Bo były prezydent nie szukał w teczkach SB donosów rzekomych 54 agentów o tym pseudonimie, ale tylko tego jednego agenta, który działał na stoczniowym wydziale W-4 na początku lat 70.
I wreszcie przyczynek do dziejów lustracji w Polsce. Bardzo wyrazista analiza procesu lustracyjnego z 2000 roku, w którym jak udowadniają autorzy pominięto wiele niewygodnych dla władzy pytań. Zacytujmy przy tej okazji z okładki książki opinię recenzenta prof. Marka K. Kamińskiego: „Wstrząsnęło mną uzasadnienie sądu apelacyjnego z 11 sierpnia 2000 roku (...) Owo uzasadnienie może egzemplifikować rozziew pomiędzy wirtualną rzeczywistością kreowaną ze względu na bieżącą politykę a rzeczywistością, której ujawnienie jest wręcz obowiązkiem historyka”.
Dziś polityka znów puka do drzwi. Bogdan Lis domaga się przekazania akt służb PRL z IPN do archiwów państwowych podległych ministrowi kultury. To pomysł, który musi prowadzić do tego, że politycy znów położą łapę na teczkach.
Przeciwnicy zarzucają Cenckiewiczowi i Gontarczykowi, że ich książka to publicystyka. Ten zarzut może wynikać z faktu, że historycy IPN pisali o niedawnych latach, których ocena jeszcze niedawno była domeną wyłącznie publicystyki politycznej. Faktem jest też, że na przykład zamieszczony w książce opis okoliczności działania rządu Jana Olszewskiego zawiera opinie typowe dla zwolenników prawicy.
Można też pytać, czy konieczne były motta przed każdym rozdziałem – zdradzają one emocje autorów. Ale też podkreślmy, że w wielu miejscach wyraźnie widać, iż historycy zatrzymują się przed stawianiem kropki nad i przy wyjaśnianiu działań Wałęsy przed 1989 rokiem.
Dla ludzi chcących mówić o Lechu Wałęsie jak o herosie bez skazy, ta książka jest herezją. Dla ludzi widzących w Wałęsie destruktora „Solidarności”, praca historyków wyda się zbyt łaskawą oceną działalności byłego prezydenta.
Jeśli krytycy książki uważają, że Cenckiewicz i Gontarczyk niewłaściwie podeszli do tematu, niech pokażą, jak można zrobić to lepiej. Ale niech rzetelnie badają dokumenty, zamiast chodzić wokół wrażliwego tematu na paluszkach. Egzorcyzmowanie IPN za samo podjęcie tematu to groźny precedens. Losy tej książki to test na to, czy badania naukowe mogą uniezależnić się od presji polityki i od sztucznie kreowanego kultu bohaterów III RP.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA