fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sporty motorowe

Sonik: Lżejsi mieli lepiej

materiały prasowe
Rafał Sonik, trzeci w klasyfikacji quadów, o rywalizacji w Arabii Saudyjskiej.

Końcówka rajdu to był pokaz pańskiej siły i możliwości pana następców. Wygraliście trzy etapy z rzędu...

Jesteśmy mocni. Zresztą nie tylko my, quadowcy. Kuba Przygoński też potrafi wygrywać etapy, ale niestety już na początku zmagał się z awarią skrzyni biegów. Taki jest Dakar. Zdarza się wiele przypadków, które niweczą wysiłek, natomiast nie da się przypadkiem trafić na podium ani tym bardziej zwyciężyć. W tym roku mieliśmy kilka zwrotów akcji. Parę razy sprzyjało nam szczęście. Kamilowi Wiśniewskiemu drugiego dnia maratonu, czyli na 11. etapie, rozleciała się skrzynia biegów. Mnie rozpadła się kilka dni wcześniej, ale został mi trzeci i czwarty bieg. I tak pokonałem ponad 200 km odcinka specjalnego. Problemy miał także Ignacio Casale. Podczas maratonu, tuż po wyjeździe z odcinka specjalnego, spadła mu głowica w silniku i prawie 300 km był ciągnięty na sznurku przez załogę Szymona Gospodarczyka. Gdyby to się stało 10 km wcześniej, toby nie dojechał.

Jak się panu podobała trasa?

Ponad 50 procent odcinków specjalnych pokonywaliśmy na najwyższym biegu z maksymalną prędkością. To faworyzowało niestety „dżokejów". Gdyby uwzględnić relację między wynikiem a wagą zawodnika, wyszłoby, że odcinki od trzeciego do dziesiątego wygrali najlżejsi kierowcy, ważący niecałe 70 kg. Jestem zupełnie inaczej zbudowany i o wiele wyższy od Casale, Simona Vitse, Alexandre'a Giroud czy Giovanniego Enrico i nic nie poradzę na to, że w takich warunkach jestem od nich wolniejszy o 10–15 km/h. Mogę z nimi skutecznie konkurować na technicznych etapach. Gdybyśmy posadzili dżokeja, który jest 15 kg cięższy, to żaden, nawet najlepszy koń nie wygrałby biegu.

Organizacyjnie Arabowie stanęli na wysokości zadania?

Wszyscy doświadczeni dakarowcy mieli świadomość, że będą niedociągnięcia, bo to charakteryzuje kraje arabskie. Ale jak na pierwszy raz, spisali się zaskakująco dobrze. Konsultowałem opinię z kilkoma osobami, m.in. Tobym Price'em, który przed rokiem wygrał rywalizację motocyklistów. Zgodziliśmy się, że etapy były za szybkie, motocykliści mieli strach w oczach, gnali po 190 km/h. Paulo Goncalves zginął, jadąc bodajże z prędkością 178 km/h. Rozmawiałem też z Krzysztofem Hołowczycem. Dyrektor rajdu David Castera powiedział mu: „Wiedzieliśmy o tym, że jest za dużo płaskich, szybkich terenów, ale Arabowie nie wszędzie byli gotowi nas wpuścić, gdy robiliśmy rozpoznanie poszczególnych fragmentów pustyń. Trzeba też pamiętać, że w Ameryce Południowej startowaliśmy w środku lata, a w Arabii jest teraz środek zimy. Dzień jest ponad sześć godzin krótszy, odcinki były natomiast dłuższe, co powodowało, że musiały być szybkie, żebyśmy dotarli przed zmrokiem. I to w tej chwili największy ślepy zaułek Dakaru. Tobias Quandt z teamu X-raid, w którym jeździ też Kuba Przygoński, powiedział mi, że w żadnym rajdzie nie mieli takich średnich prędkości. W trakcie Dakaru wymontowali w swoim samochodzie klimatyzację, bo było za zimno, zmienili system chłodzenia, dokonywali modyfikacji, które sprawiały, że ich auta stawały się jeszcze lżejsze i szybsze. Ja jednak nie narzekam. Wróciłem na podium i zdobyłem nagrodę „Qiddiya Trophy", dużą i ciężką jak Beduin.

Jak sprawdziły się roadbooki wydawane rano przed rozpoczęciem etapu i biwaki?

Pomysł z roadbookami okazał się bardzo dobry. A biwaki były zorganizowane lepiej niż kiedykolwiek. Widać zdecydowaną zmianę w nastawieniu organizatorów. W Ameryce Południowej przez ostatnie dwa, trzy lata byli oni już zmęczeni różnymi trudnościami, z którymi musieli się mierzyć, i odbijało się to na relacjach z zawodnikami. Jest nowe kierownictwo rajdu, poprawiła się atmosfera, są dużo bardziej pomocni i mniej restrykcyjni. Podam przykład: nie mogli przebadać wydechów, ponieważ pojazdy znajdowały się w hali. W przepisach jest wyraźnie napisane, że trzeba to zrobić na otwartej przestrzeni, na miękkiej nawierzchni, np. na trawniku, by uzyskać prawidłowy wynik. I dali nam wolną rękę, dopóki nie pojawią się lepsze warunki.

Coś pana zaskoczyło?

Ścigam się 11 lat, ale nigdy wcześniej nie widziałem takiego lotu samochodu, jaki wykonała załoga Toyoty Hilux. Niestety, zakończonego złamanymi kręgosłupami. Pilot i kierowca mieli zakodowane, że poprzednie etapy były bardzo szybkie. Musieli mieć na liczniku ze 150 km/h. Auto było zmasakrowane. Bartek Boba, jeden z członków mojego teamu, który jest również pilotem WRC, był na miejscu wypadku, wyciągał ich z samochodu i wzywał helikopter. Z tej samej krawędzi wydmy wyskoczył Fernando Alonso, rolował, ale skutki nie były tak poważne. Pewnie dlatego, że miał bardziej doświadczonego pilota, czyli Marca Comę. Na rajdach WRC zdarzają się loty po 60–80 metrów, ale tam jest wszystko precyzyjnie wyliczone.

Jak zostaliście przyjęci przez kibiców?

Wiem, że jest mnóstwo kontrowersji wokół tego, co dzieje się w Arabii. Ale my o miejscowych nie możemy powiedzieć złego słowa. Nikt nie był wobec nas niemiły, wręcz przeciwnie – szejkowie witali nas na rampie, w trakcie rajdu przychodzili i pytali, czy niczego nam nie brakuje, w komplecie stawili się na ceremonii zakończenia. Arabska gościnność zrobiła na nas wrażenie, choć rozumiem, że w jakimś stopniu może być to związane z faktem, że zależy im, by pokazać się światu z jak najlepszej strony. Mówią, że bardzo by chcieli, by na ich wybrzeżu powstały kurorty i hotele, żeby zaczęli przyjeżdżać turyści. Rzeczywiście chcą się otworzyć na świat. Rozumieją, że zamknięta kultura i gospodarka oparta na eksploatacji złóż naturalnych nie da im na dłuższą metę szansy. To kraj, który ma 20 mln rdzennych mieszkańców plus 10 mln napływowych i potrzebuje dywersyfikacji źródeł przychodu.

Podsumowując: będzie pan wracał chętnie na kolejne Dakary w Arabii?

Po wypadku w 2011 roku kończyłem następne rajdy na czwartym, trzecim i drugim miejscu, aż w końcu wygrałem. Patrząc z perspektywy czasu, fajniejszą historię trudno byłoby wymyślić. Teraz po powrocie po kontuzji i kolejnym podium zyskałem wewnętrzną motywację i uzasadnienie dla rodziny. Mogę im z czystym sumieniem powiedzieć: „Słuchajcie, jadę, by powtórzyć tamtą opowieść".

Kuba Przygoński uważa, że arabski Dakar zyskałby, gdyby do organizacji włączyły się sąsiednie kraje.

Negocjacje na ten temat trwają. Na starcie i na mecie byli szefowie federacji motorsportowych Kataru i Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Dla nich to ogromna szansa, by pokazać, że nie są podzieleni, że Półwysep Arabski potrafi się ze sobą porozumieć i współpracować. Ewidentnie do tego dążą. Podczas Silk Way Rally rozmawiałem z Nasserem al-Attiyahem (Katarczyk to ubiegłoroczny triumfator w klasie aut, w tym roku był drugi za Hiszpanem Carlosem Sainzem – przyp. red.). Ze względu na napiętą sytuację między jego krajem a Arabią nie wiedział, czy w ogóle dostanie zgodę na start. Teraz było to oczywiste, przyjmowany był jak swój. A jeszcze niedawno Arabia zablokowała granicę z Katarem. Dziś wyraźnie widać ocieplenie, przebija się arabska solidarność. Szef emirackiej federacji zapowiedział, że w przyszłym roku trasa Dakaru na pewno będzie prowadziła przez Empty Quarter w ZEA. Dodałoby to waloru rajdowi, gdyż ta część pustyni w Emiratach jest niesamowicie piękna i wymarzona do ścigania.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA