fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wybory Prezydenckie 2015

Pokonać kompleks polski

Fotorzepa/J. Dudek
Sukces Pawła Kukiza pokazał, że opowieść o zabetonowaniu sceny politycznej to bajki. Nawet temat JOW udało się niepokornemu muzykowi uczynić przedmiotem gorącej debaty publicznej – pisze publicysta.

Jeszcze w połowie lat 70. Tadeusz Konwicki notował w powieści "Kompleks Polski": „Są narody z fartem, z łutem szczęścia, robiące zawrotną karierę, i są narody pechowcy, nieudacznicy, łazarze". Dla ówczesnych czytelników nie było wątpliwości, po której stronie prozaik umieszcza swoich rodaków. Aż do końca Polski Ludowej, a nawet i przez pewien czas po 1989 roku, diagnozy Konwickiego wydawały się lwiej części Polaków nadzwyczaj trafne. Gdy porównamy losy różnych państw regionu, to jak dotąd Polakom dopisywało wprost nadzwyczajne szczęście. Wręcz niebywałe - na tle naszej, pełnej ostrych zakrętów historii w XX wieku. Przez ostatnie ćwierć wieku wzrosła długość życia kobiet i mężczyzn, podniosło się nasze ogólne zadowolenie z życia prywatnego. Od kilku lat dane statystyczne potwierdzają nasze osiągnięcia, nawet tak zaskakujące na tle światowych trendów, jak zmniejszenie nierówności dochodowych.

Warto zastanowić się nad tym szczególnie teraz, gdy w tle walki o stanowisko głowy państwa, po ogłoszeniu wyników I tury „nagle" odkryto armię wyborców „antysystemowych", a wśród nich wielu ludzi młodych. Profesor Janusz Czapiński nowe zjawisko skwitował słowami: „Rośnie fundamentalistyczny radykalizm w młodym pokoleniu Polaków. Módlmy się, by oni jak najszybciej wyemigrowali, dzięki czemu ochronimy porządek". Trudno dostrzec w tych słowach empatię czy nawet zrozumienie dla problemów następnego pokolenia. Pobrzmiewa tu coś raczej z międzypokoleniowego egoizmu.

Przeliczanie młodości na kasę

Tymczasem dawne, patriotyczne pytanie: „bić się czy nie bić" dziś zastąpiło młodym ludziom pytanie prozaiczne: „wyjechać czy nie wyjechać". W bardziej dramatycznej formie brzmiące jako wyrzut sumienia: „Dlaczego jeszcze nie wyjechałam/-em?". Tu warto przypomnieć, iż starsze pokolenia początkowo potraktowały masowy exodus na Zachód, nie tylko jako rozwiązanie problemu bezrobocia czy niskich płac, ale także jako awans cywilizacyjny swoich pociech. Może także źródło pomocy finansowej. Odezwały się więc stare kody kulturowe wyjazdów na „saksy".

Paradoksalnie, zwieńczeniem dawnych marzeń Polaków, pamiętających PRL, w 2014 roku stał się nagły awans Donalda Tuska na stanowisko przewodniczącego Komisji Europejskiej. I niemal natychmiast wyjazdowi premiera zaczęły towarzyszyć mieszane uczucia. Oto, zamiast rzetelnej dyskusji, jakie szanse otwierają się przed naszym krajem w związku z awansem premiera, czy też w jaki sposób mogłaby wyglądać współpraca między polskim MSZ a Brukselą, otrzymaliśmy spektakl gorączkowego klejenia różnych frakcji w ramach Platformy Obywatelskiej. I poszukiwania kandydata na premiera.

Dla młodego pokolenia wyjazd premiera może mieć znaczenie niemal symbolicznie. Oto dosłownie w całej Polsce – w miastach i na wsi – co chwila z horyzontu znika ktoś znajomy. W pojedynkę czy z rodziną, z wyższym wykształceniem czy bez - kto znalazł w sobie odwagę, by zacząć życie w nowych warunkach, po prostu opuszcza kraj. „Może i ja powinienem? – tym niepokojem podszyte są delikatne pytania do znajomych, będących już poza krajem: jak udała się przeprowadzka? Czy dzieci radzą sobie z obcym językiem w przedszkolu?

I tak apetyt rośnie w miarę jedzenia. Warto zrozumieć, że na naszych oczach III RP staje się ofiarą własnego sukcesu.

A satysfakcja z osiągnięć wolnej Polski rozkłada się nierówno pomiędzy pokoleniami. Punktem odniesienia dla osób urodzonych po 1989 roku z pewnością nie jest Polska Ludowa ani upokarzająca bieda lat 80. Nawet opowieści o galopującej hiperinflacji – kto pamięta, że w 1989 to blisko 640%! - brzmią abstrakcyjnie. Trudno oczekiwać, by młody człowiek był po prostu dumny z osiągnięć III RP – w 2015 roku raczej pomyśli on o tych standardach państw Zachodu, których jeszcze nie osiągnęliśmy. Po co wiecznie gonić Zachód i dekadami aspirować do lepszego życia, skoro wszystko można mieć natychmiast? Lepsza służba zdrowia i wyższa płaca wydają się niemal na wyciągnięcie ręki.

Kampania wyborcza, w której politycy snuli bajki na temat poprawy statusu ludzi młodych, redukowała ich problemy do poprawy statusu materialnego. To gruby błąd. Potrzebna jest bowiem, tak chętnie obśmiewana, wizja przyszłości naszego kraju. Młodzi w kraju tego oczekują. I nie trudno zgadnąć, dlaczego. Prawda jednak bowiem taka, że – przy najlepszym nawet scenariuszu i nadzwyczajnym rozsądku osób, które miałyby sprawować władzę – za następne 25 lat jesteśmy w stanie osiągnąć tylko pewien ułamek bogactwa (ot, na przykład Niemiec). Na początku tego roku ceniony ekonomista Stanisław Gomułka jako, uwaga, realistyczny cel na następne ćwierćwiecze właśnie zaproponował osiągnięcie ok. 70% dochodów i około 50% ogólnego bogactwa zachodnich sąsiadów. Przy tej opowieści w ogóle nie widać na horyzoncie linii, która oznacza, że doścignęliśmy ów wyśniony Zachód. Co więcej, owe następne ćwierć wieku musiałoby być tak niezmącone, jak przyszłość, którą wyobrazili sobie frankowicze w chwili brania kredytów! Żadnych turbulencji, żadnych ciemnych chmurek, nic. Osiągniecie celów, wskazanych przez Gomułkę, wymaga bowiem nieprzerwanego średniego tempa wzrostu gospodarczego o około 3-3,5% rocznie.

Skoro tak się rzeczy mają, to, mówiąc kolokwialnie, przeliczanie przez polityków młodości na kasę może nie zatrzymać następnych pokoleń Polaków w kraju.

Obłuda emerytalna

Tym bardziej, że jest coś mocno nieszczerego w zapewnieniach starszych wiekiem Polaków, iż w ramach państwa zatroszczą się o przyszłość młodych. Wypowiedź Czapińskiego, z przekąsem lub nie, może być tutaj skądinąd uznana za symptomatyczną.

Weźmy na przykład racjonalne szacunki co do oczekiwanej emerytury. Ze sporu ekonomistów o OFE – ZUS większość Polaków wyszła kompletnie zdezorientowana co do własnej przyszłości. Teoretycznie gorąca, ogólnopolska debata na ten właśnie temat powinna nadal trwać. Nic z tego. A przecież znamy przewidywania na następne 25 lat! I znów – uwaga – to przewidywania optymistyczne, bez wzrostów czy spadków inflacji, wynagrodzeń, PKB etc. I czego się dowiadujemy? Polak, który przez ćwierć wieku rzetelnie odprowadzałby składki [umowa zlecenie i etat z pensją minimalną], otrzymałby... około 492 złotych emerytury brutto [„DGP" z dn. 22 stycznia 2015 r.]. Włosy stają na głowie.

A to są realistyczne i, podkreślmy, korzystne scenariusze, które w ramach państwa polskiego dorośli mają pod ręką dla młodych ludzi. Powiedzmy sobie zatem otwarcie: jeśli przyłożymy do przyszłości Polski miarę wyłącznie ekonomiczną, to większość młodych nie powinna spędzić nad Wisłą ani dnia dłużej.

Śnimy o potędze. A w istocie oszukujemy się na potęgę - sami. Nasze marzenia o sferze publicznej zwykle wykazują nikły związek z rzeczywistością. Wagony ustaw to często jedynie pozorna obietnica reform, na które w kasie państwa po prostu nie ma środków. Ostatnio „Rz" opisała fikcyjne etaty w policji [„Rz" z dn. 06-05-201]. Przewodniczący NSZZ Policjantów mówi: „Już uchwalając budżet, posłowie tolerują fikcję, zakładając, że jak policji zabraknie na utrzymanie, to weźmie pieniądze z wakatów". Gruszki na wierzbie odnajdziemy w służbie zdrowia (obietnice świadczeń zdrowotnych, które de facto są nie do spełnienia) czy wyższej edukacji (pieniądz idzie za studentem, kosztem jakości kształcenia - rzekomo upragnionej).

Debata konstytucyjna „Rzeczypospolitej" potwierdziła, że, niezależnie od światopoglądu, prawdziwym wyzwaniem dla polskości wydaje się konieczność ukrócenia fikcji instytucjonalnych. Wszystkich one mierżą, a jednocześnie podtrzymujemy je przy życiu - ze szkodą dla samych siebie. Skoro z sondaży wynika, iż bardziej ufamy bliżej nieokreślonej Unii Europejskiej, to, czy można oczekiwać zmian? Owszem, z pewną ostrożnością, ale można.

Ziarna zmian

Po pierwsze, musimy zdać sobie sprawę, że państwo polskie to my sami. I tura wyborów, w szczególności sukces Pawła Kukiza, pokazał, że opowieść o zabetonowaniu sceny politycznej to bajki. Nawet temat JOW-ów udało się niepokornemu muzykowi uczynić przedmiotem gorącej debaty publicznej. Po drugie, lekceważy się, że ogólne niezadowolenie z obywateli ze swojego państwa wiązać należy z nawykami z przeszłości bezrefleksyjnie przekazywanymi z pokolenia na pokolenie. To zjawisko opisane jako tzw. zamknięta pętla nawyku. „Przegrywanie meczów przez naszych piłkarzy, mierne wskaźniki ekonomiczne naszych przedsiębiorstw, niski poziom świadczeń naszej służby zdrowia, marne szkolnictwo, niedobra organizacja życia społecznego i ogólne niezadowolenie obywateli ze swego państwa – to też nawyki" – przypomina Ewa Woydyłło – i zwraca uwagę na dwie strony medalu: „Z jednej strony, bo nawykowo źle działają poszczególne struktury, resorty i sektory, a z drugiej strony, bo ludzie nawykowo źle odnoszą się do tych struktur, resortów i sektorów".

I polskie koło się zamyka. Lewica baja o rewolucjach, obalaniu złego systemu, a przynajmniej gorących ruchach społecznych, prawica zaś marzy o potężnym państwie narodowym. A na co dzień, niemal wszyscy i tak hołdują starym nawykom oraz podziałowi „my" (dobre społeczeństwo) – oni" (zła władza). Dla rozwiązywania tak „przyziemnych" spraw, jak problemy młodego pokolenia w perspektywie wielu lat nie ma tu miejsca. Nie ma pozytywnych nawyków, bo horyzont niepodległego państwa polskiego w XX wieku nie wyszedł poza dwie dekady.

A my żyjemy już w dekadzie trzeciej. I może dlatego widać oznaki zniecierpliwienia. Widać pierwsze jaskółki oddolnego wyganiania hipokryzji, wpisanej dotąd ponadpartyjnie w strukturę naszych instytucji. Zaczęło się „oddolnie". Nadzieję na przewietrzenie samorządów przyniosły ruchy miejskie. Aktywiści - często o odmiennych przekonaniach ideowych - weszli do polityki z hasłami czysto pragmatycznymi, co było w istocie wołaniem o sprawczość, poczucie wpływu na rzeczywistość. Teraz masowo poparli kandydata, który wydał się im „autentyczny".

Jest zatem szansa na wyjście z pętli złych nawyków. Fikcyjne wydatki w policji wypada zrównoważyć inną opowieścią. Nie tak dawno zrezygnował z pracy jeden z podoficerów policji. Niby nic szczególnego, ale sprawa stała się głośna z uwagi na to, jakie przedstawił uzasadnienie swojej decyzji. Otóż, ni mniej, ni więcej, zakwestionował system „nabijania statystyk" przez policję. A wraz z nim całą związaną z nim machinę oportunizmu w państwowej instytucji. Można mieć tylko nadzieję, że system „nabijania statystyk" zostanie „oddolnie" zrewidowany w innych aspektach naszego życia, zwłaszcza w medycynie czy edukacji. Na dłuższą metę, podtrzymując dziesiątki „potiomkinowskich wiosek", szkodzimy sami sobie.

Niezbędnym uzupełnieniem oddolnej presji powinno stać się poważne podejście do etyki młodych biznesmenów czy organizacji trzeciego sektora. Nie ma żadnego powodu, aby w kraju „Solidarności" na przykład hasło „polskie korpo" nie stało się znakiem troski o pracownika. Warto byłoby słynne hasło Jacka Kuronia: „Nie palcie komitetów, zakładajcie własne" zaktualizować – i powiedzieć: „Nie palcie korporacji, zakładajcie własne". Kolejne polskie firmy młodych biznesmenów odnoszą sukcesy na świecie, w szczególności w nowych technologiach. Warto realizować marzenia na przyzwoitych warunkach. I współtworzyć „oddolnie" pozytywną pętlę nawyku.

Polskie opowieści

Ostatnia sprawa to nauczyć się wiarygodnie opowiadać o sukcesach. Dotychczasowe próby polityków kończyły się w oczach odbiorców sromotnymi porażkami (i skojarzeniami z propagandą sukcesu czasów Edwarda Gierka). Dwie kampanie wyborcze w 2015 roku z pewnością tego stanu rzeczy nie poprawią.

Ale i tu także widać, iż coś się zmienia. Jednym z największych sukcesów kasowych polskiego kina okazał się film „Bogowie", w którym – w jednej z kluczowych dla współczesnego widza scen - Zbigniew Religa namawia kolegów, aby pozostali w kraju i zawalczyli o sukces na światową skalę. I zostają. Udaje im się w beznadziejnym, zapyziałym PRL-u. Co zupełnie już może zbijać z tropu malkontentów, historia jest prawdziwa. Wygląda na to, że narracje klęski czy chwały zwyciężonym przynajmniej części Polaków przestały już wystarczać. Okleiły się od ich życia.

Kolejny stereotyp przełamuje polska wieś. Stała się synonimem sukcesu. Od czasu wejścia do Unii Europejskiej, jak podaje GUS, dochody polskich rolników podwoiły się (wzrost aż o 107 %). Tylko czy potrafimy o tym opowiadać...? W jednej z audycji radiowych przedstawicielki Kół Gospodyń Wiejskich zapytano o problem ubóstwa na wsi. Zaskoczone kobiety, skwitowały inteligenckie pytanie śmiechem, że one mają raczej kłopot z tym, jakie danie przygotować dla swoich rodzin.

Gdy dziś bierzemy do rąk „Kompleks Polski" Konwickiego trudno nie zauważyć, jak długą drogę przebyliśmy. Po 1989 roku mieliśmy niebywały „fart dziejowy". Jednak ciąg dalszy zależy od nas. Sukces można przegrać. I dlatego, obok rozmów o wielkich reformach dla kraju, pamiętajmy, że dla zmian ogromne znaczenie mają te małe reformy „oddolne", sprzeciw wobec hipokryzji w instytucjach – i zmiany małych nawyków. To one mogą złożyć się na odmianę całej polskości.

I być może zatrzymają część młodych Polaków w kraju. W końcu na wyborach życie się nie kończy.

Autor jest prawnikiem, redaktorem naczelnym tygodnika internetowego „Kultura Liberalna", adiunktem na WPiA UW.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA