Opinie

Debata "Rzeczpospolitej". Ustawa o in vitro: nadzieje i obawy

W debacie, która odbyła się 18 marca w „Rzeczpospolitej”, wzięli udział (od lewej): przedstawicielka środowiska pacjentów Anna Krawczak, przewodnicząca zarządu Stowarzyszenia Nasz Bocian; prof. Marian Szamatowicz, ginekolog położnik, specjalista od zapłodnienia pozaustrojowego (w 1987 r. dokonał pierwszego w Polsce udanego zapłodnienia in vitro), pracuje w Zespole Poradni Specjalistycznych USK w Białymstoku; prof. Violetta Skrzypulec-Plinta, ginekolog, położnik, endokrynolog, seksuolog, kierownik Katedry Zdrowia Kobiety Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach; Józef Lassota, poseł PO; Maciej Piróg, społeczny doradca prezydenta RP ds. zdrowia; Bogusław Chrabota, redaktor naczelny „Rzeczpospolitej” prowadzący debatę; Lidia Gądek, posłanka PO; Igor Radziewicz-Winnicki, wiceminister zdrowia; Marek Balt, poseł SLD; prof. Paweł Łuków, etyk z Instytutu Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego; oraz mec. Urszula Gruszko-Szymańska, adwokat z Kancelarii Adwokackiej Katarzyny Bondaryk
Fotorzepa, Robert Gardziński Robert Gardziński
Śniadanie z „Rzeczpospolitą". Eksperci dyskutowali o prawnych, moralnych i demograficznych aspektach proponowanych przez rząd regulacji.

Polskie status quo w dziedzinie zapłodnienia pozaustrojowego to brak regulacji i rosnąca potrzeba ich wprowadzenia – to punkt startowy tej i większości dyskusji nad in vitro. Stanowisko przedstawicieli środowisk medycznych jest dość jednolite: lepsze nawet niedoskonałe prawo niż jego brak, za czym może iść wolnoamerykanka.

– Polska jest jedynym krajem Zachodu, który nie uregulował do tej pory ustawowo tej kwestii – mówił w redakcji „Rzeczpospolitej" podczas debaty „In vitro – między demografią, prawem a moralnością" Igor Radziewicz-Winnicki, podsekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia. Obecny stan, jak zaznaczył, nie wyklucza manipulacji materiałem genetycznym, wyboru określonych cech fenotypowych, a nawet eksperymentalnego hodowania zarodków. – Aktualny status prawny – mówił – opiera się na ludzkim poczuciu przyzwoitości, ale nie daje gwarancji, że nie będzie dochodziło do nadużyć etycznych czy moralnych.

Ustawa ma zapobiegać sytuacjom kontrowersyjnym, co jest zdaniem ministra najważniejszym, oprócz bezpieczeństwa zdrowotnego pacjentów, celem regulacji.

– Dobrze się stało, że ta ustawa została przedłożona przez rząd, ale to nie znaczy, że w tej dziedzinie panuje totalna wolnoamerykanka – zastrzegał prof. Marian Szamatowicz. Przekonywał, że przez lata w środowisku ginekologów zajmujących się zapłodnieniem pozaustrojowym został wypracowany system wytycznych – również moralno-etycznych – dzięki którym pacjenci mogą się czuć bezpiecznie. Podkreślił, że przez pojedyncze sytuacje, jak ta w Szczecinie (gdzie doszło do zamiany zarodków), nie można dyskredytować całego sposobu leczenia.

Prof. Violetta Skrzypulec-Plinta odwołała się do własnego doświadczenia pracy z pacjentami i potwierdziła, że mimo braku formalnych uregulowań nie ma wolnoamerykanki. – Wysyłamy pacjentów do konkretnych ośrodków, do których mamy zaufanie, gdzie są dobre procedury – tłumaczyła. Podkreśliła, że kwestia zaufania ze strony pacjenta jest sprawą fundamentalną.

Przedstawicielka środowisk pacjentów Anna Krawczak zauważyła jednak, że obecny brak regulacji sprzyja nieprawidłowościom wokół procedur in vitro. Podkreśliła, że procedury nie są centralnie walidowane i nie ma centralnego systemu kontroli nad ośrodkami leczenia niepłodności. Stowarzyszenie Nasz Bocian wielokrotnie spotykało w umowach między ośrodkami a pacjentami zapisy niezgodne z prawem – m.in. mówiące o możliwości niszczenia dokumentacji medycznej bez zgody i wiedzy pacjenta. Zdaniem Krawczak na wprowadzeniu ustawy najbardziej skorzystają pacjenci pozbawieni dziś narzędzi do dochodzenia swoich praw.

– Ustawa jest potrzebna nie tylko ze względu na wspomniane wcześniej aspekty – mówił etyk prof. Paweł Łuków. Przeciętny obywatel chce funkcjonować w przewidywalnym środowisku społecznym. Musi zatem wiedzieć, co może, czego nie może i czego może oczekiwać – podkreślał.

Nikt nikogo nie zmusza

O regulacjach rozmawia się od dawna, ale dotychczas ich nie ma. – Czy to skutek kwestii światopoglądowej, indolencji, oportunizmu? – pytał prowadzący debatę Bogusław Chrabota.

Według prof. Szamatowicza jedną z głównych przyczyn jest stanowisko Kościoła katolickiego. – Kościół nie akceptuje masturbacji jako sposobu pobrania nasienia i ponad 70-proc. nieprzeżywalności zarodków, mimo że podobnie jest w naturze, oraz technicznego charakteru poczęcia – wyliczał.

Jego zdaniem Kościół, kwestionując procedury in vitro, łamie prawa człowieka. Artykuł 16 powszechnej deklaracji praw człowieka stanowi bowiem, że każdy człowiek ma prawo do posiadania potomstwa.

– Brak regulacji jest kwestią strachu przed przeciwstawieniem się regułom Kościoła – wtórował mu Marek Balt z SLD. Poseł pracował przy pierwszym w Polsce samorządowym projekcie finansowania in vitro z publicznych pieniędzy w Częstochowie. Wspominał rozmowy przy kompletowaniu zespołu samorządowego. – Zachęcaliśmy wiele osób, aby zaangażowały się w te prace, ale obawiano się krytyki – mówił.

– Gdyby nie było Częstochowy, nie byłoby tej ustawy – przekonywał.

– Dojrzewamy jako społeczeństwo – uznała posłanka PO Lidia Gądek. Jej zdaniem dzięki debacie społecznej ewoluuje stanowisko nie tylko przeciętnego obywatela, ale i Kościoła. Radziewicz-Winnicki podkreślił, że już przełamano społeczne tabu, a in vitro przestało być czymś wstydliwym. Zdaniem posła Józefa Lassoty z PO wzrost akceptacji społecznej ośmielił polityków. Dzięki temu minister zdrowia przedstawił i wdrożył rządowy program in vitro.

Gądek zauważyła, że do przyspieszenia prac nad ustawą o leczeniu niepłodności przyczyniła się zmiana na stanowisku premiera. Ewa Kopacz od lat działa na rzecz uregulowania kwestii in vitro. Posłanka podkreśliła, że regulacje są potrzebne również po to, by usankcjonować zapłodnienie pozaustrojowe jako metodę leczenia niepłodności. – Słyszy się, że nie jest metodą leczenia – mówiła. – Tymczasem, jak przeszczepy, jest to forma protezowania.

Gądek zaznaczyła, że kwestie światopoglądowe nie powinny mieć wpływu na prace nad ustawą: – Jeśli ktoś nie akceptuje tego sposobu, nikt go nie zmusi do stosowania in vitro.

Posłankę poparł doradca prezydenta ds. zdrowia Maciej Piróg. Powiedział, że ustawa jest potrzebna, aby wesprzeć pacjentów i dzieci urodzone tą metodą, ponieważ wciąż stygmatyzuje się obydwie grupy. Stwierdził, że Bronisław Komorowski nie kwestionuje projektu i godzi go ze swoimi osobistymi deklaracjami.

Ile jest placówek

Bezpłodność w Polsce dotyka ok. 1,5 mln par. Czy jesteśmy przygotowani pod względem liczby placówek i ich standardu na wprowadzenie ustawy? – pytał Bogusław Chrabota.

Prof. Szamatowicz zapewnił, że liczba ośrodków jest wystarczająca, a nie wszystkie pary borykające się z niepłodnością kwalifikują się do in vitro.

Wstępna walidacja ośrodków leczenia bezpłodności jest zdaniem Igora Radziewicza-Winnickiego jednym z sukcesów programu rządowego. – Normy narzucone przez ministerstwo okazały się skuteczne i sprawdzają się w praktyce – zapewniał, podkreślając, że dzięki wysokim standardom skuteczność leczenia w rządowym programie jest wysoka.

Mniej optymistyczne stanowisko zaprezentowała Krawczak: – Nie wiemy, ile mamy placówek, nie ma jednego rejestru ośrodków zajmujących się in vitro. Według różnych danych jest ich 100, 45 lub 38.

Podkreśliła, że do Stowarzyszenia Nasz Bocian docierają również informacje o ośrodkach, które przestały funkcjonować. Nie wiadomo m.in., co się stało z przechowywanymi przez nie zarodkami.

Czy przygotowując się do wprowadzenia praktyki in vitro według nowych przepisów, Ministerstwo Zdrowia zajęło się przygotowaniem koncepcji finansowania tego programu i czy wiąże się to z podniesieniem składki na ubezpieczenie zdrowotne?

Aktualnie koszt jednej procedury waha się między 10 a 17 tys. zł. Jak przyznał wiceminister, omawiana ustawa nie reguluje kwestii finansowych i wciąż nie wiadomo, czy program rządowy obciąży budżet NFZ czy resortu zdrowia. Zaprzeczył jednak stanowczo, że finansowanie in vitro mogłoby się przełożyć na wysokość składki zdrowotnej.

– Poruszanie aspektu finansowego służy atakowaniu metody in vitro, bo nie jest to aż tak kosztowne – tłumaczył doradca prezydenta RP ds. zdrowia. Jak duża jest to kwota? – Dobiegający końca program kosztował 260 mln zł z 65 mld zł budżetu Ministerstwa Zdrowia – podsumował Radziewicz-Winnicki.

Za krótkie vacatio legis?

Ustawa nie rozwiązuje wszystkich problemów. Jakie zagrożenia ukryte są w jej zapisach? Czego brakuje? – pytał prowadzący debatę.

Projekt ogólnie dobrze oceniają środowiska prawnicze, ale są przyczyny, które mogą spowodować zablokowanie wykonywania procedur in vitro. To, zdaniem mec. Urszuli Gruszko-Szymańskiej, przede wszystkim zbyt krótkie vacatio legis, które nie daje szans na przygotowanie wprowadzenia jej w życie, przy jednoczesnym nałożeniu sankcji administracyjnych i odpowiedzialności karnej za niestosowanie się do jej zapisów. Trzy miesiące na wydanie adekwatnych rozporządzeń wykonawczych i przeprowadzenie konsultacji społecznych wydają się czasem niewystarczające.

– Tak krótkie vacatio legis jest elementem kompromisu m.in. między wolą ministra zdrowia, procedowaniem a oczekiwaniami naszych partnerów z Komisji Europejskiej – tłumaczył wiceminister zdrowia, choć inni uczestnicy debaty doszukiwali się w pośpiechu logiki kampanii wyborczej.

Druga wątpliwość pani mecenas dotyczyła niezawarcia w ustawie obowiązku składania deklaracji dotyczącej ewentualnego konfliktu interesów przez ciała wydające decyzje odnośnie do prowadzenia klinik leczenia niepłodności. Zdarzało się już, że kontrolę w klinikach prowadzili lekarze związani z konkurencyjnym ośrodkiem.

Mniej wątpliwości mają lekarze. Prof. Szamatowicz uważa, że ustawa nie uderzy w samą procedurę, gwarantuje bowiem jej bezpieczeństwo i skuteczność. Jako plusy profesor wymienił licencjonowanie ośrodków i nadzór nad ich pracą.

Anna Krawczak zwróciła uwagę, że ustawa uniemożliwi kobietom samotnym i parom nieheteroseksualnym korzystanie z procedur in vitro. Ustawa wyklucza również dawstwo rodzinne (np. między siostrami). Według jej przepisów dawca pozostaje anonimowy, nie będzie więc możliwe przekazywanie komórek rozrodczych konkretnej osobie. Przedstawicielka Stowarzyszenia Nasz Bocian wskazywała również na niekonsekwencje w ustawie, potencjalne ograniczenia dostępu do procedur in vitro oraz problematyczność w uzyskaniu informacji o biologicznych rodzicach.

Mamy XXI wiek

Rozmówcy zgodzili się, że partyjna dyskusja o in vitro to upolitycznianie dramatów rodzinnych. Wojnę ideologiczną, jak przekonywał Paweł Łuków, toczy głównie wąska grupa ludzi obecna na scenie politycznej.

– Musimy zwrócić uwagę, że nasze społeczeństwo ulega istotnej przemianie, a politycy mają inne niż ono wyobrażenie, na czym polega tworzenie i porządkowanie życia społecznego – tłumaczył etyk i dodał, że projekt ustawy powinien być konsultowany jak najszerzej, ale w konsultacjach tych powinno się traktować na równi wszystkie środowiska światopoglądowe. W tej sprawie nie może być uprzywilejowanych.

– Czy wyobraża pan sobie kompromis z Kościołem? – zapytał wprost Bogusław Chrabota.

– A dlaczego mamy iść na kompromis z Kościołem? – odpowiedział prof. Łuków.

– Procedura zapłodnienia pozaustrojowego jest uznana za największe osiągnięcie medycyny klinicznej XX wieku – podkreślił na koniec prof. Szamatowicz. – Nie przekonujmy ludzi, którzy nie chcą mieć dzieci. Wspomóżmy tych, którzy chcą. Mamy XXI wiek, nie tędy droga – apelowała prof. Skrzypulec-Plinta.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL