fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Inflacja jak to łatwo powiedzieć

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że ze sporym prawdopodobieństwem w najbliższych miesiącach możemy mieć deflację – prognozuje główny ekonomista KUKE, laureat konkursu w kategorii inflacja.
Ostatnie kilka lat w zakresie procesów inflacyjnych mieliśmy wyjątkowo urozmaicone. Naprzemienne wzrosty i spadki inflacji. Częste jej przebywanie daleko od poziomu celu ustalonego przez władze monetarne (2,5 proc. dla wskaźnika rocznego z dopuszczalnym przedziałem wahań od 1,5 do 3,5 proc.). Niektórzy co bardziej cyniczni komentatorzy posuwają się do stwierdzenia, że inflacja zazwyczaj jest u nas poza widełkami celu, przebywając między nimi tylko krótko – w momencie przechodzenia ze stanów bardzo wysokich do bardzo niskich czy odwrotnie.
Jeszcze w początku 2010 r. roczny wskaźnik inflacji konsumenckiej wynosił 3,5 proc. Przyjmował więc graniczną wartość dopuszczalną przez władze monetarne jako przedział celu inflacyjnego. Już w lipcu inflacja wynosiła 2,0 proc. Począwszy jednak od września zaczęła rosnąć. Lokalne maksimum roczny wskaźnik inflacji przyjął w maju 2011 r., dochodząc do 5,0 proc. We wrześniu 2011 r. spadł do 3,9 proc., by jesienią (mimo wejścia w echo rosnącej bazy) zwiększyć się do 4,8 proc. (w listopadzie).
Przez trzy pierwsze kwartały 2012 r. mieliśmy do czynienia z inflacją wyraźnie wyższą od dopuszczalnej (z lokalnym maksimum w czerwcu na poziomie 4,3 proc.). Jednak z początkiem IV kwartału inflacja zaczęła spadać. Złożyło się na to ustąpienie części czynników proinflacyjnych, wejście w echo wyjątkowo wysokiej bazy oraz skutki istotnego zaostrzenia polityki monetarnej. W czerwcu 2013 r. roczny wskaźnik inflacji wynosił jedynie 0,2 proc. Choć potem, na dwa miesiące letnie, wzrósł do 1,1 proc., to w kolejnych utrzymywał się już poniżej 1 proc. Ostatnie dane, jakie posiadamy, mówiące o inflacji w maju tego roku, znów pokazały spadek jej rocznego wskaźnika – tym razem z kwietniowych 0,3 proc. do 0,2 proc.
Trudno też w akcie samokrytyki nie przyznać, że w ostatnich kwartałach kolejne publikacje wartości  inflacji okazywały się zazwyczaj niższe od prognozowanych, dezaktualizując mozolnie przygotowane dla całego roku scenariusze.

Co było pierwsze...

Skąd takie wahania inflacji? Złożyło się na to kilka elementów. Po pierwsze, spore falowanie cen żywności. Z okolic 2,5–3,0 proc. do 8,8 proc. i z powrotem w dół, przez 4–5 proc. do 1,5–2,0 proc. na przełomie lat 2013 i 2014, do zaledwie 0,3 proc. w kwietniu i deflacji 0,8 proc. w maju.
W rozpędzaniu inflacji  wysoki zawsze był też wkład zmian cen alkoholu i tytoniu. Zazwyczaj roczny wskaźnik wzrostu cen utrzymywał się w tym przypadku w okolicach 4 proc., ale pojawiały się też momenty, w których przebijany był poziom 7 proc.
Duża część wahań wynikała też z falowania tempa wzrostu cen w grupie: użytkowanie mieszkania. Długi czas właśnie ona odpowiadała za znaczny wzrost kosztów utrzymania. Ceny rosły tu corocznie o 6 proc. Jednak ostatnie dwa lata przyniosły wyraźnie mniejszą skalę podwyżek – raczej coś z przedziału 1,5–2,5 proc.
Rekordzistą, jeśli chodzi o różnice w poziomie inflacji, jest jednak grupa: transport. Spotykamy w jej przypadku okresy cen wyższych niż przed rokiem o 11 proc.,  ale i momenty, w których ceny były niższe niż przed rokiem o 3–4 proc.
Warto też wskazać rolę zmian dynamiki cen przemysłowych. W zasadzie, podchodząc do sprawy klasycznie, należałoby za wieloma autorytetami orzec, że ceny przemysłowe i konsumenckie nie mają wyraźnego i jasnego powiązania. Klasycy nie są w stanie dojść, które są pochodną których.
Mamy bowiem zagadnienie z typu: co było pierwsze: jajko czy kura? Z jednej strony zmiany cen zaopatrzenia powinny wpływać na ceny w handlu detalicznym (czyli PPI zmienia CPI). Z drugiej jednak strony szybko rosnące ceny konsumenckie skłaniają do intensyfikowania żądań płacowych, a przez to zwiększają koszty wytwarzania i zwiększają ceny przemysłowe (czyli to CPI zmienia PPI). Prawdę mówiąc, zawsze działają obie te zależności. Ale ostatnio, przy podwyższonym poziomie bezrobocia i jeszcze tak niedawno krzyczącego z wielu nagłówków hasła „kryzys" – ta druga działa wyraźnie słabiej niż jeszcze pięć lat temu.
Z pierwszą zależnością też sprawa nie jest do końca łatwa – kiedy i w jakiej sile jej poszukiwać. Zmianę cen paliw w koszyku konsumenckim widzimy przynajmniej dwa razy. Od ręki, po kilku dniach w sekcji transport (ceny na stacjach opóźnione są w stosunku do hurtowych niewiele). I po jakimś czasie, gdy przedsiębiorcy nie będą już mogli na siebie brać zwyżki kosztów wytwarzania (surowiec) oraz transportu (paliwo w firmach).
Podobnie jest z cenami żywności. Przykładowo, zmiany cen warzyw i owoców na targowiskach widać i od ręki, i z pewnym opóźnieniem. Jako druga fala ujawniają się one bowiem jako konsekwencja wzrostu cen surowca.
Równie ciekawie prezentują się dywagacje, kiedy, jak i w jakiej skali widoczne są zmiany cen energii elektrycznej (dla konsumentów i przemysłu). Podsumowując, można stwierdzić, że jednoznaczne określenie efektu zmian cen przemysłowych na konsumenckie nie jest łatwe. Ale twierdzenie, że owa zależność jest nieistotna, trzeba z mocą określić jako wylewanie dziecka z kąpielą.

Ceny spadają

Popatrzmy, jak było to u nas ostatnio. Na początku 2010  r. mniejsza skala podwyżek w handlu detalicznym nie byłaby możliwa, gdyby nie szczególna sytuacja w przemyśle, gdzie ceny w stosunku do notowanych w roku poprzednim wręcz spadały. W ich przypadku największe znaczenie miały obawy przed zbyt niskim popytem oraz mocniejsza niż przed rokiem wycena złotego.
Po pierwsze, sprzedaż eksportowa rozliczana w walucie, w przeliczeniu na złote stawała się tańsza (a do tego dopasowywano też ceny zaopatrzenia rynku krajowego). Po drugie, działała tzw. importowa kotwica cenowa: wraz z umacnianiem złotego towary importowane stawały się coraz silniejszą konkurencją dla produkcji krajowej. W takiej sytuacji decyzje o podwyższaniu cenników uznawane były dość powszechnie za zbyt ryzykowne.
Szczególnie negatywna zmiana tendencji w cenach przemysłowych miała miejsce w przełomie lat 2010/2011 (wzrost rocznego wskaźnika z 3,9 proc. w październiku do 9,5 proc. w marcu 2011 r.). Na rynek detaliczny przełożyła się ona z typowym, tj. liczącym dwa–trzy miesiące opóźnieniem. W konsekwencji otrzymaliśmy lokalny szczyt inflacji konsumenckiej w maju 2011 r.
Warto też pamiętać, że nie był to jedynie czasowy i incydentalny okres wysokiego wskaźnika PPI. Po spadku w czerwcu 2011 r. do 5,6 proc. zaczął on ponownie szybko rosnąć. Kolejny szczyt osiągnął w listopadzie, na poziomie 9,1 proc. Miało to kapitalne znaczenie dla poziomu inflacji konsumenckiej, która wbrew oczekiwaniom z połowy 2011 r. nie zaczęła szybko spadać, a wręcz przeciwnie – wzrosła. Tempo wzrostu cen utrzymywało się na podwyższonym poziomie jeszcze w początku 2012 r.
Jednak od drugiej połowy roku zarysowała się wyraźna tendencja spadkowa. Już w listopadzie 2012 r. mieliśmy deflację (ceny okazały się niższe niż przed rokiem przeciętnie o 0,1 proc.). Ta deflacja trwa do teraz, kapitalnie zbijając inflację konsumencką – szczególnie widowiskowo w kilkunastu ostatnich miesiącach. Wypada podkreślić, że w maju br. deflacja cen przemysłowych znów się pogłębiła...
Tańsze niż przed rokiem są dobra przemysłowe, żywność, paliwa. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują więc, że ze sporym prawdopodobieństwem w najbliższych miesiącach możemy mieć deflację, to znaczy ceny okażą się niższe od notowanych w analogicznym okresie roku ubiegłego.

Prawdopodobny scenariusz

Czy jest się więc czego obawiać? Z jednej strony faktycznie ogłoszenie deflacji na ogólnym wskaźniku cen może być przyjęte jako szczególne czy symboliczne. Zazwyczaj bowiem deflacja nieodwołalnie kojarzy się z recesją. Ale czy faktycznie nastąpiłby tu jakiś przełom? Zazwyczaj na gospodarkę patrzymy przez pryzmat swojego podwórka – czyli branży, w której się poruszamy. Skoro zaś tak, to dla wielu z nas deflacja jest chlebem powszednim od miesięcy, a nawet kwartałów.
Przekonuje o tym rzut oka na dane o wynikach handlu detalicznego (gdzie można porównać wzrosty sprzedaży nominalne i realne, kalkulując na tej podstawie zmiany cen). Jak się okazuje, w całym handlu detalicznym ceny niższe niż w analogicznym okresie roku poprzedniego miały miejsce przez właściwie cały 2013 r. Styczeń i luty br. to poziom cen taki sam jak przed 12 miesiącami, ale już w marcu i kwietniu znów mieliśmy deflację na poziomie -0,2 proc. i -0,5 proc.
Co ważne, nie był to efekt jednego silnego spadku cen zaburzającego dane ogółem. W kwietniu tańsze niż przed rokiem były pojazdy (-0,9 proc.), paliwa (-0,9 proc.), pozostała sprzedaż w niewyspecjalizowanych sklepach – głównie dyskontach (-1,3 proc.), farmaceutyki i kosmetyki (-0,7 proc.), włókno, odzież i obuwie (-4,2 proc.), meble AGD i RTV (-0,8 proc.) i pozostałe (-0,3 proc.).
Lista wzrostów cen na tym tle nie wygląda zbyt imponująco – prasa, książki (0,5 proc.), żywność (1,1 proc.). Deflacja w naszej gospodarce jest więc teraz dość powszechna. Ale, co warto podkreślić, nie musi ona wraz z obiegowym stwierdzeniem od razu oznaczać recesji. Spora część owych spadków cen towarzyszy jednoczesnej wysokiej dynamice sprzedaży (choćby samochody, dyskonty, farmaceutyki i kosmetyki, odzież i obuwie).
W najbliższych miesiącach deflacja cen przemysłowych wciąż zbijać będzie ceny w detalu. Dołoży się do tego szczególna sytuacja na rynku żywności związana z oczekiwanym urodzajem i pozostaniem na rynku krajowym części towarów szykowanych pierwotnie dla odbiorców wschodnich. Ulgę konsumentom przynieść może też rynek paliw (tak w cenach na stacjach, jak i w obniżeniu kosztów transportu dóbr).
Do początku IV kwartału możemy więc doświadczać deflacji. Pytaniem kluczowym pozostaje: na ile będzie ona głęboka. W końcu roku deflacja cen przemysłowych zacznie się spłycać. Przyczyni się to również do pewnego wzrostu inflacji konsumenckiej. Ale roczny wskaźnik inflacji konsumenckiej przynajmniej do połowy przyszłego roku pozostawał będzie poniżej dolnych widełek celu inflacyjnego (czyli poniżej 1,5 proc.). Dopiero około III kwartału znajdzie się w okolicach 2,0–2,5 proc. i na takim poziomie ustabilizuje się na pewien czas.
Ale to oczywiście tylko najbardziej prawdopodobny scenariusz. A jak warto przypomnieć, ostatnie miesiące przyzwyczaiły nas do komunikatów mówiących o niższych wartościach poziomu inflacji od zakładanych...
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA