fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Resort dla Napoleona

Dominik Zdort
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Tym razem będzie bez nazwisk, bo materia wrażliwa, a bohaterowie drażliwi. A w dodatku ploteczki, które zgromadziłem, gdy przez lata pracowałem jako reporter polityczny, były przekazywane w formule off the record.
Zresztą nie nazwiska są tu ważne, ale zjawisko. Otóż mam teorię, że są w Polsce takie ministerstwa, których wielu kolejnych szefów wykazuje brak psychicznej równowagi. Nie chodzi rzecz jasna o jakąś totalną fiksację, ale nutkę lekkiego szaleństwa, taki niebezpieczny błysk w oku.
Nie jestem pewien, czy to owe urzędy przyciągają takich ludzi czy szefujący im urzędnicy w czasie swojej pracy stają się – hm, napiszmy może ostrożnie – dość ekstrawaganccy. Choć warto zauważyć, że w pierwszej z instytucji, o których myślę, w początkowych latach III RP zgromadzone były tajne materiały o szokującej dla niektórych treści – i przez dłuższy czas zakładałem, że to lektura tych akt wprowadzała kolejnych szefów owego resortu w stan nienormalnej ekscytacji.
Dziennikarze obserwujący politykę zazwyczaj w swoich relacjach pomijali dziwne zachowania owych ministrów, szczególnie tych, którzy pochodzili z ugrupowań bliskich większości mediów – podobnie jak przez dłuższy czas ukrywano poważne problemy z alkoholem jednego z prezydentów III RP, choć reporterzy polityczni wiedzieli o nich doskonale. Ale gdy do władzy dochodziły ugrupowania niemiłe mainstreamowym gazetom i telewizjom, złośliwościom nie było końca – z lubością na przykład opisywano ów wspomniany dziwny błysk w oku jednego z ministrów i powtarzano, że jego chorobliwą obsesją są teorie spiskowe.
Ale przecież nie jego jednego dotknęła ta ministerialna choroba. Znakiem firmowym innego z szefów tego samego resortu (nie zachowuję kolejności chronologicznej, by bardziej skomplikować tę szaradę) były z kolei mocno zaciśnięte szczęki i niebezpieczna bladość oraz rzucanie bardzo poważnych oskarżeń, które niekoniecznie miały mocne podstawy.
Kolejny z opisywanych przeze mnie wysokich urzędników, gdy jeszcze był wiceministrem, zaczął przejawiać skłonność do nieuzasadnionej histerii i nerwowego pokrzykiwania na rozmówców. Gdy awansował, symptomy znacznie się nasiliły.
Następny przykład to anegdota dotycząca ministra, który (przed objęciem tego stanowiska, ale już jako wysoki urzędnik) miał zwyczaj przebierać się w kobiecy strój i krążyć w nim po mieście. Podobno nie po to, żeby promować gender (o którym wówczas w Polsce niewiele zresztą wiedzieliśmy), ale po to, aby zdobywać cenne dla swojej instytucji informacje.
Oczywiście nie wszyscy szefowie wspomnianego resortu wykazali się skłonnością do szaleństwa – ale cóż, wyjątek tylko potwierdza regułę. Ponadto – ciekawa rzecz – ów dziki błysk pojawiał się tylko w oczach solidarnościowych ministrów, a nie widać go było u postkomunistów. Co mogłoby potwierdzać moją tezę, że to lektura tajnych akt była przyczyną lekkiego bzika u wysokich urzędników. Wszak dawni działacze PZPR doskonale wiedzieli, co znajdą w archiwach, więc szoku nie doznawali.
Po pewnym czasie z niepokojem zauważyłem, że jest jeszcze jeden resort, który wywiera podobny wpływ na polityków. Resort wyjątkowo ważny dla funkcjonowania państwa, a część moich redakcyjnych kolegów pewnie skłonna byłaby uznać, że jedyny naprawdę niezbędny. Tu także niespodziewanie często ministrami byli dziwacy.
Tacy jak ten, którego nawet koledzy z rządu nazywali nieobliczalnym. Aby załatać dziurę budżetową, kazał podobno służbom specjalnym szukać złota ukrytego gdzieś w Polsce przez NSDAP. Ale przede wszystkim był w sposób niemal chorobliwy zapatrzony w siebie. Opowiadano o nim anegdotę: „Czym się różni Pan Bóg od ministra X? Panu Bogu nie wydaje się, że jest ministrem X".
Inny szef omawianego resortu też był chyba przekonany, że jest przynajmniej Napoleonem. Uwielbiał bizantyjską oprawę. Gdy szedł na posiedzenie rządu, poprzedzało go dwóch asystentów niosących teczkę i telefon komórkowy, orszak zamykało kolejnych dwóch współpracowników. Jeden z nich opowiadał potem w sekrecie dziennikarzom, że szef był chorobliwie kapryśny i łatwo wpadał w szał. Ponoć miał zwyczaj rzucać w asystentów ciężkimi przedmiotami (na przykład popielniczkami z brązu), gdy czymś mu się narazili.
Z kolei koledzy partyjni owego ministra zwracali uwagę, że z wielogodzinnych nocnych narad liderów rządzącej podówczas koalicji zawsze wychodził punktualnie o 23 – jak półżartem domniemywano: dlatego, że tak nakazał opiekujący się nim terapeuta.
Warto przypomnieć, że jakiś czas temu doszło do telewizyjnej debaty, w której wspomniany polityk spotkał się z jednym ze swoich następców, urzędującym szefem tego resortu. Nerwowy sposób, w jaki rozmawiali panowie, a nawet to, jak zwracali się do siebie, pokazywało, że obaj mają poważne kłopoty emocjonalne.
Opisując te przypadki, nie chcę postawić tezy, że państwo jest w niebezpieczeństwie, bo rządzą nami wariaci. Wręcz przeciwnie – fakt, że najważniejsze urzędy sprawują osoby niekoniecznie stabilne psychicznie, a niepodległa Polska przetrwała już ćwierć wieku, skłania do konstatacji, że nasza demokracja ma się zupełnie dobrze i zniesie jeszcze niejednego szaleńca piastującego wysoki urząd.
A niewątpliwie tacy będą, bo czasem mam wrażenie, że trzeba być niespełna rozumu, żeby w Polsce brać się do polityki.
Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA