fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Jak w XIX wieku powstawały spółki

Dziś w biznesie nikt nie używa słowa „honor". Liczą się szeroko rozumiane operatywność i kreatywność. Zupełnie inaczej było jeszcze przed stu laty – pisze radca prawny.
Ruch spółkowy narodził się w Europie w pierwszej połowie XIX wieku. Paradoksalnie pierwszymi wspólnikami nie były osoby majętne, ale gospodarze ziemscy, robotnicy, rzemieślnicy, chłopi (z niewielkimi wyjątkami).
Propagatorzy tej formy współpracy zauważali, że to właśnie dzięki spółkom można się dźwignąć z biedy.
W 1903 r. J. Krzyżowski wydał książkę pt. „O spółkach", w której zachęcał do ich zakładania. Jednocześnie laikom wyjaśniał w sposób nader prosty, na czym one polegają. No bo, przykładowo, człowiek posiadający 10 marek nie może otworzyć żadnego składu kupieckiego, ale jeżeli spotka tysiąc podobnych sobie biedaków i utworzy z nimi wspólnie jakieś przedsiębiorstwo kupieckie, to już będą dysponować pokaźną sumą 10 tys. marek na rozwój interesu. Zarazem uprzedzał, że decydując się na takie przedsięwzięcie, trzeba liczyć się z tym, że „będą się zewsząd odzywały głosy złowieszcze przeróżnych puszczyków", które wszystkich będą straszyły bankructwem. W co nie należy wierzyć.

Moralny kit

Zalety współpracy były ogromne. Taka kooperacja – jak zauważał autor – wytępiała „chwasty nienawiści i braku wzajemnego zaufania w duszach wspólników". Dzięki spółkom wytwarzała się „w ludziach miłość bratnia, miłość bliźniego, ten moralny kit, bez którego nie może się ostać żadne społeczeństwo na świecie".
Rolnicy zaczynali więc otwierać spółki dla wspólnego wydzierżawienia pieca wapiennego, dla wspólnej, a przez to tańszej, dostawy mięsa do miast. W czasach głodu i drożyzny zawiązywano spółki dla wspólnego zakupu zboża i wypieku chleba na własne potrzeby w wynajętej piekarni. Jednoczyli się robotnicy celem zakupu „materiałów surowych" (np. skóry) dla wspólnego produkowania z nich produktów i sprzedaży.
Takie pierwsze przedsięwzięcia nie były jeszcze nigdzie rejestrowane, dopiero potem państwo zaczęło narzucać procedury. Inaczej niż dziś, spółki określano nie tylko poprzez formę prawną, ale także przez to, czym miały się zajmować. Były więc spółki:
- bankowe, zwane niekiedy bankami ludowymi,
- dla sprowadzania narzędzi,
- magazynowe (dla wspólnej sprzedaży wytworów rolniczych i przemysłowych),
- produkcyjne (dla wytwarzania „jakichbądź" przedmiotów i ich sprzedawania),
- parcelacyjne (dla nabywania dużych nieruchomości, ich podziału i odsprzedaży mniejszych działek),
- budowlane,
- kupieckie (zwane konsumami).
Dużą popularnością cieszyły się spółki pożyczkowe. Ich propagatorem na wsiach był Franciszek Stefczyk. Zauważał, że kredyty brane na zakup nowoczesnych maszyn i narzędzi są najlepszym sposobem na podniesienie poziomu rolnictwa i dźwignięcia się z biedy. Dzięki nim ci, którzy mieli swoje oszczędności, mogli je lokować na procent, zamiast trzymać w pończosze i ukrywać w łóżku. W dodatku spółki bankowe miały jeszcze jedną zaletę, a mianowicie ratowały ludność ze szponów lichwiarzy. W Galicji od 1869 r. doszło do rozkwitu spółek pożyczkowo-oszczędnościowych w systemie Raiffeisena, także rekomendowanych przez F. Stefczyka. Polegały one na tym, że ludność z kilku miejscowości lub parafii (do sześciu) porozumiewała się ze sobą dla wzajemnego kredytowania przedsięwzięć.
Zgodnie z pruskim prawem o spółkach z 1889 r. każda spółka, która zamierzała działać w obrocie, musiała zostać zarejestrowana w rejestrze, prowadzonym przez sądy okręgowe. Musiała liczyć co najmniej siedmiu członków, mieć „piśmienną ustawę", zwaną statutem, składaną do sądu wraz z listą wspólników. Podmiotom wolno było zajmować się tylko sprawami gospodarczo-zarobkowymi, ale nigdy polityką.

Mieć spółkę na oku

W XIX wieku każde większe zgromadzenie wywoływało zainteresowanie władz, bo społeczeństwo trzeba było mieć na oku i baczyć, czy nie zanosi się na jakiś przewrót bądź powstanie. Nawet w kawiarniach można było spotkać rządowych agentów, wsłuchujących się w to, o czym rozmawiają zgromadzeni, i pilnujących, czy nie planują jakiegoś spisku.
Z tego też powodu niejeden gorliwy policjant czuł się w obowiązku uczestniczenia w zgromadzeniu wspólników, tak na wszelki wypadek. By ograniczyć takie praktyki, we wspomnianej ustawie z 1889 r. zastrzeżono, że policji nie wolno się mieszać w sprawy spółek ani rościć sobie prawa do dozorowania zgromadzeń. Jak wyjaśniał autor cytowanej powyżej książki, „spółki stoją pod dozorem sądów, a nie policyi".
Jednocześnie dawał wskazówki, co zrobić z takim nadgorliwym stróżem porządku: „Gdyby zaś gdziekolwiek jaki policyant odważył się wtargnąć na zebranie spółki, można go wyprosić, a gdyby się opierał, zaskarżyć o naruszenie pokoju domowego według § 342 kodeksu karnego".

*  *  *

Przeglądając XIX-wieczne materiały poświęcone spółkom, zastanawiałam się nad tym, jak daleko odeszliśmy od ich pierwotnego modelu. Bez wątpienia dziś zdecydowanie rzadziej decydujemy się na to, by inwestować oszczędności całego życia w cudze przedsięwzięcia – w spółki kierowane przez osoby trzecie. Wiąże się to bowiem ze zbyt dużym ryzykiem. Wynika to z faktu, że zmieniła się kultura prawna, zmalał szacunek dla przepisów i cudzych oszczędności. Dziś w biznesie nikt nie używa słowa „honor" (to takie zapomniane pojęcie rodem z książek do historii). Liczą się szeroko rozumiane operatywność, kreatywność.
Pierwsze spółki potrafiły liczyć nawet kilkuset wspólników – biedaków, którzy cały majątek powierzali w ręce osób trzecich, ufając, że z lokaty będą mieć zyski (czasami też wkładali do nich swoją pracę). Dziś co najwyżej na giełdzie kupujemy akcje, często nawet nie licząc na dywidendę, ale mając nadzieję na zysk z różnic między ceną kupna i sprzedaży. Zdecydowanie częściej jednak otwieramy własne spółki kilku- lub jednoosobowe, by nimi kierować i mieć nad nimi pełną kontrolę (model dominujący).
Autorka jest radcą prawnym z Krakowa, prowadzi blog historyczny www.lisak.net.pl/blog/
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA