fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Komu pistolet

Łukasz Warzecha
Fotorzepa, Magdalena Jodłowska Magdalena Jodłowska
W kategorii ochrony osobistej należałoby wprowadzić rozróżnienie na prawo do posiadania broni i prawo do jej noszenia – pisze publicysta.
Niedawna strzelanina w Warszawie – prezes ogródków działkowych postrzelił swojego znajomego podczas kłótni o pielenie – powinna wywołać poważną dyskusję o zasadach dostępu do broni. Jest to bowiem kolejny dowód na to, że zasady przyznawania obywatelom pozwoleń na broń oraz kontroli tych już wydanych są patologiczne. I nie chodzi o to, aby były jeszcze ostrzejsze, jak chciałaby zapewne policja. Powinny być proste, a przede wszystkim przejrzyste i jednoznaczne, bo działający dzisiaj system to wciąż w ogromnej mierze przedłużenie peerelowskiej praktyki, zgodnie z którą broń mogli dostać tylko wybrani, słuszni obywatele.

Policyjna uznaniowość

Sprawa dostępu do broni palnej rzadko wywołuje w Polsce emocje. Większość opinii publicznej nie dostrzega jej ścisłego związku z zagadnieniem wolności obywatelskich. Na ogół każda próba podważenia obecnego stanu rzeczy jest kwitowana przez jego zwolenników skrajnie demagogicznym stwierdzeniem: „Nie można przecież rozdać broni wszystkim". To oczywista bzdura i nikt ze środowiska walczącego o zmianę przepisów (to m.in. Ruch Obywatelski Miłośników Broni czy ludzie skupieni wokół wielu klubów strzeleckich) tego nie postuluje. Fałszem jest też przedstawianie postulatów tych grup jako żądań liberalizacji przepisów, bo wśród propozycji są i takie, które system by uszczelniły czy wręcz zaostrzyły. Chodzi przede wszystkim o to, aby usunąć z niego fatalny element policyjnej uznaniowości.
W sprawie wydawania pozwoleń na broń odbija się szczególnie wyraźnie stosunek państwa do obywatela
Na początek trzeba skrótowo przedstawić stan prawny. Kategorii pozwoleń na broń jest kilka. Można ją posiadać jako kolekcjoner – dotyczy to także współczesnej sprawnej broni palnej tzw. bojowej. Można ją mieć w związku z wykonywaną pracą, ale tylko w trakcie wykonywania obowiązków lub tylko na terenie danego obiektu (np. pracownicy ochrony albo strażnicy w niektórych zakładach – jest to tzw. broń obiektowa). Największą grupę prywatnych posiadaczy broni w Polsce stanowią myśliwi, przy czym przepisy dopuszczają również posiadanie przez nich broni krótkiej. Można wreszcie mieć pozwolenie na broń do celów sportowych, i to nawet na kilka, a w niektórych przypadkach kilkanaście egzemplarzy. Może to być broń niemal każdego rodzaju, od broni czarno-prochowej począwszy, poprzez strzelby gładkolufowe i typowo sportową broń bocznego zapłonu (mniejszy kaliber, mniejsza siła rażenia, większa dokładność), na normalnej krótkiej broni palnej bojowej centralnego zapłonu skończywszy. Jest wreszcie kategoria pozwoleń, o której najczęściej myślą zwykli obywatele, gdy słyszą o dostępie do broni: broń do ochrony osobistej. Przy czym chodzi o broń ostrą, a nie stosunkowo mało skuteczną gazową, która zresztą w wielu krajach, inaczej niż w Polsce, w ogóle nie wymaga posiadania pozwolenia.
Do czasu nowelizacji ustawy o broni i amunicji z roku 2011 policja miała w zasadzie pełną dowolność w przyznawaniu pozwoleń na broń w każdej ze wspomnianych kategorii. Nowelizacja, przynajmniej w teorii, zobiektywizowała wreszcie zasady przyznawania pozwoleń na broń do celów sportowych. Dziś – powtórzmy: teoretycznie – jest tak, że po spełnieniu określonych warunków (członkostwo w klubie strzeleckim, zdanie egzaminu na patent strzelecki, posiadanie licencji zawodnika i dostarczenie badań lekarskich) policja musi wydać pozwolenie na broń do celów sportowych. ROMB udokumentował jednak całkiem sporo przypadków, w których odpowiedzialne za wydawanie pozwoleń Wydziały Postępowań Administracyjnych komend wojewódzkich na różne sposoby utrudniały tę procedurę.

Groźni ochroniarze

I tu dochodzimy do głównej wady systemu: brak ogólnych i przestrzeganych ściśle w całym kraju zasad. Strzelcy odwołują się do sądów administracyjnych i na ogół wygrywają, ale przecież nie tak powinno to wyglądać. Mamy zatem zobiektywizowane zasady na poziomie ustawy, ale praktyka jest nadal w dużej mierze uznaniowa.
Jeszcze gorzej jest w przypadku pozwoleń na broń do ochrony osobistej – tu nowelizacja z 2011 r. niczego nie zmieniła. Policja broni swojej dowolności w tym względzie jak niepodległości. Powodów jest zapewne kilka. Po pierwsze – czysto psychologiczna niechęć policyjnych dygnitarzy do obdarzania zwykłych szaraczków jednym z najważniejszych atrybutów władzy, jakim jest posiadanie broni. Odbiło się to między innymi w absurdalnej wypowiedzi ministra Sienkiewicza, który stwierdził, że to państwo ma mieć monopol na przemoc. Po drugie – zwykłe lenistwo. Sprawa, w której obywatel legalnie posiadający broń za jej pomocą obroni się przed bandytą, wymaga znacznie więcej pracy niż zwykłe pobicie tegoż obywatela. Po trzecie – bezzasadne przeświadczenie, że zobiektywizowanie zasad wydawania pozwoleń musiałoby się równać lawinowemu wzrostowi ilości broni w prywatnych rękach, a to z kolei oznaczałoby gwałtowny wzrost przestępstw z użyciem broni.
Z przepisów wynika, że aby dostać pozwolenie na broń do ochrony osobistej (na ogół na jedną sztukę broni), należy wykazać obiektywne, ponadprzeciętne, trwałe zagrożenie swojego zdrowia, życia lub mienia. Przy czym ustawa nie definiuje ani pojęcia „trwałości", ani „ponadprzeciętności" zagrożenia, wobec czego interpretacja należy do danego komendanta wojewódzkiego (formalnie, bo w praktyce – od ludzi z danego Wydziału Postępowań Administracyjnych). Podobnie ocena ewentualnych dowodów na istnienie zagrożenia. Zatem w jednym przypadku wystarczy stwierdzenie, że dostawało się groźby, a w innym nie zrobi wrażenia nawet plik kopii o złożeniu zawiadomienia o pobiciu na policji. Wśród osób zajmujących się strzelaniem krąży dowcip – nieodległy od rzeczywistości – że na każdy argument policja może odpowiedzieć: „Skoro pan nadal żyje, to widocznie nie jest pan ponadprzeciętnie zagrożony".
Znam historię informatyka, który kilka lat temu wykonał dla jednej z powiatowych komend policji ważną naprawę systemu. Zrobił to bardzo sprawnie i tanio. Policjanci koniecznie chcieli się jakoś odwdzięczyć, a że on sam nie miał pomysłu, co mogliby dla niego zrobić – zaproponowali załatwienie pozwolenia na broń.
W tym tkwi szkopuł. Jako że policja ma pełną dowolność w ocenianiu, pozwolenia dostają ludzie z odpowiednimi kontaktami lub przekonujący z innych, pozamerytorycznych powodów, a nie ci autentycznie zagrożeni, a przy tym odpowiedzialni. Dostają – i utrzymują przyznane im pozwolenia, choć ustawa mówi wyraźnie, że policja może pozwolenie odebrać, jeśli ustały przyczyny uzasadniające jego wydanie. Często korzysta z tej możliwości w stosunku do posiadaczy pozwolenia na broń do celów sportowych albo nieustosunkowanych osób, którym wcześniej przyznano pozwolenia na broń do ochrony osobistej, ale już nie w przypadku byłych esbeków, emerytowanych policjantów (lub milicjantów) czy wojskowych, którzy – jak sprawca strzelaniny w stolicy – mają broń od lat, choć nie jest im do niczego potrzebna.
Jakby tego było mało, że policyjny egzamin z przepisów i praktyki (obowiązkowy w przypadku ubiegania się o pozwolenie na broń do ochrony osobistej) wygląda inaczej i zawiera inne pytania w każdym województwie. Nie możemy być też pewni, czy na egzaminie praktycznym nie dostaniemy broni całkiem nam nieznanej, o specyficznej budowie, z której obsługą sobie nie poradzimy. Nie ma ogólnie obowiązujących reguł.
Policja niezmiennie argumentuje, że musi dbać o ograniczenie ilości broni w rękach obywateli, aby nie dopuścić do wzrostu liczby przestępstw z użyciem broni. Tymczasem prawdziwym zagrożeniem na ulicach nie byliby solidnie sprawdzeni obywatele, którzy w dodatku, gdy mają już broń, zwykle regularnie trenują na strzelnicach. Naprawdę groźne są zastępy słabo wyszkolonych ochroniarzy, nierzadko paradujących po centrach miast nawet z pistoletami maszynowymi. Lepiej nie myśleć, do jakiej masakry mogłoby dojść, gdyby przyszło im do głowy jej użyć. Jednak tu policja nie dostrzega problemu.

Postkomunistyczny bantustan

Co zatem robić? System powinien zostać diametralnie zmieniony i powstały już obywatelskie propozycje takich zmian. W kategorii ochrony osobistej należałoby wprowadzić rozróżnienie na prawo do posiadania i do noszenia broni. To pierwsze powinno przysługiwać każdemu, kto spełni jednoznaczne i czytelne kryteria, bez elementu uznaniowości. To drugie powinno przysługiwać po jakimś okresie posiadania pierwszego uprawnienia bez żadnych niepokojących incydentów i – co ogromnie ważne! – po zdaniu egzaminu, testującego posługiwanie się bronią w warunkach naturalnych. Osoba, która miałaby posiadać prawo do noszenia broni w celu ochrony osobistej, musi umieć strzelać tak, aby w mieście, na ulicy nie zrobić krzywdy nikomu poza sprawcą napadu. Dziś się tego w ogóle nie sprawdza. Ustawa o broni i amunicji w wielu miejscach wymaga doprecyzowania i zdefiniowania mglistych pojęć. Egzamin policyjny powinien się odbywać w tej samej formie w całym kraju, w sposób przejrzysty i szczelny.
Może ktoś spytać: co to w ogóle za problem i kogo to obchodzi? Błąd: w sprawie wydawania pozwoleń na broń odbija się szczególnie wyraźnie stosunek państwa do obywatela. W naszym wypadku widać brak zaufania, podejrzliwość, traktowanie obywateli jak petentów (a może nawet penitentów), a nie partnerów. Zabieganie o przychylność ludzi z WPA do złudzenia przypomina peerelowskie praktyki: przychodzenie z czekoladkami, z winem, nawiązywanie nieoficjalnych kontaktów. To nie jest praktyka państwa demokratycznego, ale postkomunistycznego bantustanu, broniącego uprzywilejowanej kasty kolesi i ustosunkowanych dygnitarzy.
Autor jest publicystą „Faktu"
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA