fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Bogusław Chrabota: Egipt a sprawa polska

Bogusław Chrabota
Rzeczpospolita
Islamizacja kraju w czasach Mursiego była jeszcze gorszą receptą na bolączki 85 milionów Egipcjan niż gnuśne państwo Mubaraka – pisze redaktor naczelny „Rzeczpospolitej”.
Kiedy przed trzema laty, na przełomie 2010 i 2011 roku, rozpoczynała się arabska wiosna, traktowano ją jako powiew politycznej świeżości i uznawano za wstęp do wolnościowej emancypacji regionu. Analogie do europejskiej wiosny ludów były dość powszechne i mało było sceptyków, którzy wieścili, że rewolucja, jak większość przewrotów w historii świata, może w dłuższej perspektywie przynieść więcej problemów niż korzyści. Po trzech latach poczucie świeżości przeminęło, liczba ofiar idzie w dziesiątki tysięcy i nawet największym optymistom opadają ręce.

Przegrana rewolucja

Czego w ogólnym nastroju entuzjazmu nie wzięto pod uwagę? Przede wszystkim przeceniono perspektywę dyscypliny demokratycznych przemian i nie doceniono realnej skali napięć i podziałów w praktycznie każdym z krajów, których dotknął powiew arabskiej wiosny. Mówienie dziś o naiwności rokowań sprzed trzech lat trąci banałem, ale prawdą jest, że europejscy i amerykańscy eksperci i komentatorzy dali się ponieść wizji demokratycznego ładu, która bardziej pasuje do naszych niż maghrebijskich realiów.
Racji nie mieli nawet ci, którzy zakładali, że istnieje niebezpieczeństwo powtórzenia się scenariusza z 2006 roku, kiedy wskutek wymuszonych przez Stany Zjednoczone wolnych wyborów przewagę w parlamencie Autonomii Palestyńskiej zyskał radykalnie islamski Hamas; upadek dyktatur w Libii, Syrii i Egipcie wyzwolił znacznie brutalniejsze konflikty. Czy to było do wyobrażenia? Dziś wiemy, że tak.
W okcydentalizowanej na siłę przez Burgibę i Ben Alego Tunezji wahadło przesunęło się w drugą stronę i do władzy doszli islamiści, którzy powoli zmieniają oblicze tego do niedawna najbardziej zeświecczonego państwa Bliskiego Wschodu. Jednak to nie oni są możliwym ogniskiem zapalnym. Stabilności politycznej Tunezji realnie grożą coraz aktywniejsi salafici, którzy nie stronią od politycznego mordu i terroryzmu. Można mieć wątpliwości, czy rządząca islamistyczna Partia Odrodzenia porozumie się z prawicową opozycją. Jeśli tak, to niewątpliwie kosztem ustępstw na rzecz wzmocnienia obecności szariatu w sferze publicznej.
Sytuacja w Libii dwa lata po upadku Kadafiego też daleka jest od stabilizacji. Uwolnione arsenały broni trafiły w ręce grup plemiennych. Spętany niegdyś setkami kilometrów drutów kolczastych kraj to dziś kłębek sprzecznych interesów plemion i klanów, a dokonany przed kilkoma dniami atak Berberów na budynki parlamentu dowodzi, że władza centralna nie jest w stanie kontrolować nawet bezpieczeństwa stolicy. Perspektywa rekonstrukcji gwarantowanego niegdyś przez reżim Kadafiego systemu władzy państwowej wydaje się bardzo odległa.
Syria tonie w wojnie domowej. Bunt przeciw alawickiemu klanowi Asadów przerodził się w konflikt, który angażuje nie tylko wszystkie syryjskie grupy narodowościowe, radykalnych islamistów z całego regionu, ale także stał się poligonem wpływów lokalnych potęg z Iranem i Arabią Saudyjską na czele. To wojna, w której linie frontów są tak poplątane, że ich logika zeszła na plan drugi, jedynymi zaś efektami jest ponad sto tysięcy ofiar i katastrofa humanitarna na wielką skalę. Obraz efektów arabskiej wiosny dopełnia sytuacja w Jemenie, gdzie wymuszona przez rewoltę ludową rezygnacja prezydenta Alego Saliha otwarła drzwi niemal jawnej działalności na jego teranie Al-Kaidy i innych grup radykałów islamskich. Jemen to ich baza i w powszechnym przekonaniu jedno z najniebezpieczniejszych państw regionu.

Splot problemów

W świetle takiego obrazu sytuacji w krajach, które przed dwoma laty uznawano za liderów arabskiej wiosny, trudno się nie zgodzić z tymi, którzy – wbrew poprawności politycznej – twierdzą, że jedynymi gwarantami pokoju w regionie byli sprawujący brutalną władzę dyktatorzy.
W gruncie rzeczy nic w tym dziwnego. To właśnie oni, dochodząc do władzy na początku epoki postkolonialnej, dziedziczyli całe nagromadzenie lokalnych problemów. Były nimi zarówno dziedzictwo anachronicznej na początku XX wieku państwowości otomańskiej, dominacja modelu plemienno-klanowego bliskowschodnich społeczności, konflikty religijne, na dodatek gorący temat rozwijającego się w niebywałym tempie przemysłu wydobywczego, który stał się obiektem starcia globalnych potęg i koncernów paliwowych.
Nic dziwnego, że w większości krajów regionu tradycyjne modele władzy ustąpiły laickim i socjalizującym projektom państwowym, które realizowano przy użyciu najbardziej brutalnych środków politycznych. Owe reżimy – niemal bez wyjątku wspierane przez głównych aktorów światowej polityki: Stany Zjednoczone i Związek Radziecki – trwały nienaruszenie do końca epoki żelaznej kurtyny. Jej krach i wdzierająca się do izolowanego dotąd świata bliskowschodnich reżimów rzeczywistość technologiczna (w tym uwolniona informacja) musiały podkopać fundamenty lokalnych dyktatur.
Krytyczny okazał się początek roku 2011. Wszystkie opisane zjawiska w mniejszym czy większym stopniu odbiły się na losach największego (w sensie potencjału ludnościowego) kraju regionu, czyli Egiptu. Także i tu pół wieku temu, podobnie jak w innych krajach Maghrebu, rewolucja wyniosła do władzy wojsko, a jeden z jej przywódców, Gamal Abdel Naser, zafundował tradycyjnemu społeczeństwu wspierany przez Sowietów projekt modernizacyjny. Mimo że sowieckie wpływy z czasem zostały zastąpione przez amerykańskie, brutalna dyktatura, która wzięła na siebie odpowiedzialność za przeprowadzenie państwa do nowoczesności, pozostała wciąż ta sama. Jej twarzami byli Anwar Sadat, a potem Hosni Mubarak. Pod ich rządami lewicowa retoryka i ambitne zamierzenia szybko zostały zastąpione przez skrajne formy korupcji i oligarchii.
Nic dziwnego, że pod powierzchnią tego coraz szybciej gnijącego porządku państwowego czaiło się niezadowolenie i klimat nadchodzącego buntu. Arabska wiosna 2011 roku otwarła mu drzwi. Plac Tahrir i inne miejsca publiczne w Aleksandrii, Suezie i Luksorze pokazały skomplikowaną naturę nowego zrewoltowanego Egiptu.

Bez recepty na przyszłość

To, co zasadniczo różni Egipt od innych krajów regionu, to przede wszystkim zdecydowanie bardziej jednonarodowy typ społeczeństwa i istnienie zorganizowanej od dziesięcioleci siły, która – mimo że poza strukturami legalnymi – faktycznie przetrwała cały okres dyktatury. Jest nią Bractwo Muzułmańskie, które narodziło się właśnie w Egipcie w 1928 roku. Bractwo jest organizacją religijną i samopomocową odwołującą się do muzułmańskich ideałów. To przekonanie, że jedyną akceptowalną jest islamska definicja społeczna, czyli życie w zgodzie z tradycją koraniczną i zasadami szariatu. Bractwo nie uznaje różnicy pomiędzy porządkiem publicznym i duchowym. Świeckie państwo to jedynie historyczny i współczesny przeciwnik, a walka z nim to obowiązek każdego muzułmanina. Takie kredo przyświecało ludziom Bractwa w czasach, gdy walczyli z Naserem, Sadatem czy Mubarakiem, takie też przyświecało rządom Mursiego po wyborczym zwycięstwie w 2012 roku.
Problem w tym, że Bractwo nie tylko nie jest jedyną siłą polityczną w Egipcie, ale także na dodatek nie ma kompletnie pomysłu na rozwiązanie problemów ekonomicznych kraju. Tak jak można postawić zarzut gnuśnemu państwu Mubaraka, że nie znalazło drogi rozwoju dla pęczniejącego demograficznie Egiptu, tak z całą pewnością można się zgodzić, że islamizacja kraju w czasach Mursiego była jeszcze gorszą receptą na bolączki 85 milionów Egipcjan.
Do wybuchu niezadowolenia musiało dojść prędzej czy później, armia zaś musiała przejąć kontrolę nad zrewoltowaną ulicą w imię elementarnego bezpieczeństwa publicznego. Czy to, czego jesteśmy świadkami w dzisiejszym Egipcie, może doczekać się jakiegoś optymistycznego rozwiązania? Obawiam się, że nie. Okres po 2011 roku dał Bractwu Muzułmańskiemu szerokie pole do działania, a wygrane wybory legitymację demokratyczną.
Bractwo jest silne. Popierane przez połowę narodu. Przekonane o swojej racji moralnej i politycznej sile. Łatwo się nie podda. Nawet jeśli nastąpi delegalizacja jego struktur politycznych, zejdzie do podziemia i powtórzy scenariusz Hamasu. Można zamknąć w więzieniu liderów ruchu, ale nie zamknie się milionów zwolenników ani nie zdusi ważnej dla muzułmanów martyrologii.
Trudno przesądzić o wojnie domowej w Egipcie, ale starcie dwóch sił, popleczników Bractwa i stronników świeckiego państwa, będzie pewnie trwało długo i przyniesie wiele ofiar. Trudno rozstrzygnąć, czy wojskowi zapanują nad ulicą, ale nawet jeśli tak, to Egipt musi liczyć się z falą regularnych zamieszek i islamskiego terroryzmu.
Czy – jeśli miałby się sprawdzić scenariusz wojny domowej – Europa i świat są przygotowane do konfrontacji nad Nilem? W najmniejszym stopniu. Przykład Syrii pokazuje, że nawet najbrutalniejsza wojna domowa, potwierdzone zbrodnie i katastrofa humanitarna nie są w stanie wyzwolić skutecznej interwencji międzynarodowej. Konfrontacja w Egipcie może przynieść znacznie więcej ofiar i dziesięciokrotnie większą katastrofę humanitarną.

Starcie cywilizacji

Z czym należy się liczyć? Nie tylko z koniecznością nadzwyczaj aktywnej mediacji. Także i na pewno z koniecznością pomocy ofiarom konfliktu na terenie zrewoltowanego państwa oraz z gigantyczną falą uchodźców. To nie będą już tymczasowe obozy w przygranicznej libijskiej Cyrenajce czy na Synaju. To będzie fala uchodźców, która sięgnie Europy.
Musimy być na to przygotowani. Musimy rozważyć wszystkie scenariusze, łącznie z solidarną pomocą krajów Unii potencjalnym rzeszom uchodźców. Czy mają tego świadomość ambasadorzy państw UE, którzy spotkali się 19 sierpnia w Brukseli? Czy sama świadomość problemu w gronie liderów Unii wystarczy? Czy kroki takie jak groźba wstrzymania 5 mld euro grantów ze strony Unii na wsparcie procesów demokratycznych w Egipcie, czy zapowiedź Angeli Merkel, że rozważy wstrzymanie eksportu broni do Egiptu – uspokoją kairską ulicę?
To oczywista naiwność. W Egipcie ścierają się wizje państwa i cywilizacji, dochodzi do konfrontacji milionów obdartych ze złudzeń, zabiedzonych i niemających perspektyw na godne życie ludzi. Próba wyprzedzenia tragedii wojny domowej nad Nilem to może najważniejsze wyzwanie, jakie stoi dziś przed europejską i światową dyplomacją. Przed Barackiem Obamą, Unią Europejską i ONZ. Także przed polskimi politykami, bo nic nas Polaków od odpowiedzialności za losy świata nie zwalnia.
Tak jak nie zrobiono nic, by zapobiec tragedii w Syrii, tak należy zrobić wszystko, by ustrzec Egipt przed powtórzeniem się syryjskiego scenariusza, a w najgorszym wypadku przygotować się na jego tragiczne skutki. Zanim dojdzie do wielkiego rozlewu krwi nad Nilem, zanim zapłoną kurorty nad Morzem Czerwonym, zanim zaczną ginąć także i polscy turyści w Sharm el-Sheikh.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA