fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Zamachy w Brukseli

Terroryści sparaliżowali stolicę Belgii

AFP
Nie po raz pierwszy w Brukseli ogłoszono stan najwyższego zagrożenia terrorystycznego. Ale po raz pierwszy w tym mieście śmierć z ręki zamachowca-samobójcy stała się czymś realnym.

Anna Słojewska z Brukseli

Nie po raz pierwszy w Brukseli ogłoszono stan najwyższego zagrożenia terrorystycznego. Ale po raz pierwszy w tym mieście śmierć z ręki zamachowca samobójcy stała się czymś realnym.

Godzina 8.15 we wtorek. O tej porze zwykle przy kawie szybko przeglądam w telefonie poranne gazety belgijskie, żeby mieć pewność, że niczego nie przeoczę w zgłoszeniach codziennych tematów do redakcji. I widzę na stronie dziennika „Le Soir" tytuł: „Eksplozje na lotnisku, wielu rannych".

Pierwsza myśl, to kiedy mają wykupione bilety lotnicze moi znajomi? Wielu z nich pracuje w unijnych instytucjach lub żyje z ich opisywania. To oznacza, że wolne będą mieli od czwartku, więc rezerwacje mają dopiero na środę wieczorem albo na czwartek.

Oddycham z ulgą i szybko przeglądam informacje z profesjonalnego punktu widzenia. Spieszę się na spotkanie w dzielnicy europejskiej, ale muszę jeszcze napisać relację do internetowego wydania „Rzeczpospolitej". A jeszcze dzwoni Radio TOK FM z prośbą o połączenie na żywo. Proszę ich o telefon za pół godziny, wiem, że wtedy będę wybiegać z metra na stacji Schuman i przez kilka minut drogi mogę porozmawiać.

Już w tramwaju, przed przesiadką do metra, spóźniona, sprawdzam internet i widzę po godzinie 9 kolejne informacje o wybuchu na stacji Maalbeek. To następna stacja po Schumanie, na której miałam wysiąść. Już wiem, że metro na pewno nie kursuje, tramwaje zawracają.

Dzwonię do osoby, z którą miałam umówione spotkanie, ale sieć telefoniczna jest już zablokowana. Następne godziny to gorączkowe esemesy między znajomymi, czy wszystko w porządku. W tym momencie zagrożenie staje się realne. O godzinie 9.10 na stacji Maalbeek mogłabym być ja i wielu moich znajomych. W dzielnicy europejskiej to godziny szczytu, a Maalbeek jest jedną z dwóch głównych stacji (obok Schumana), które obsługują biura unijnych instytucji.

Komisja Europejska odlicza swoich ludzi

Zamachowcy świetnie wybrali godzinę ataku, a ofiar z pewnością byłoby więcej, gdyby nie fakt, że część osób zdecydowała się wziąć dodatkowe wolne dni i wyjechała na świąteczny urlop już w ostatni weekend.

Robert Rybicki, Polak pracujący w Komisji Europejskiej, był koło stacji Maalbeek w chwili wybuchu. – Jechałem do pracy rowerem. Zobaczyłem dym z podziemi. Myślałem, że to z parkingu obok stacji. Ale potem żołnierze i policjanci zaczęli wynosić ludzi ze stacji – opowiada w rozmowie z „Rzeczpospolitą". – Widziałem rannych i zabitych, leżeli na chodniku. Wszyscy mieli potwornie zakrwawione twarze, wszędzie pełnio krwi i rannych, którzy albo byli w szoku, albo nie mogli chodzić o własnych siłach. W pewnym momencie usłyszałem płacz, myślałem, że to ktoś ranny. Obróciłem się, a to płakała policjantka. Nawet dla niej to był straszny widok – relacjonuje. – W biurze przygnębienie. Ja sam po takim doświadczeniu czuję się źle. Ale nie mogę wrócić do domu, na razie musimy zostać w biurze – mówi. Dzielnica europejska pozostawała zamknięta i otoczona przez wojsko i policję.

Inna Polka, Renata Bancarzewska, pracuje w dyrekcji generalnej ds. rolnictwa KE. To pod tym budynkiem znajduje się jedno z wejść na zaatakowaną stację metra.

– Odprowadziłam córkę do szkoły i po 8.30 byłam w biurze. Zjechałam na dół do baru po kawę i wtedy zobaczyliśmy szybę wypadającą z budynku pod wpływem eksplozji. Wiedziałam już o zamachu na lotnisku – opowiada. Potem rozległy się syreny alarmowe i zachęcano ludzi do wychodzenia z budynku. Ona sama nie wróciła już do swojego biura, tylko poszła do domu. W biurze zostawiła swoje rzeczy i telefon komórkowy, co na moment jeszcze wywołało zamieszanie. Bo każdy kierownik w Komisji Europejskiej został zobowiązany do odliczenia swoich ludzi. I ci, których nie było w biurze, byli obdzwaniani.

Morze krwi

Zarówno na lotnisku, jak i w metrze zamachowcy użyli bardziej wyrafinowanych ładunków wybuchowych, co świadczy o ich dobrym przygotowaniu. Bomby wypełnili dodatkowo gwoździami i różnymi metalowymi przedmiotami, żeby uszkodzenia ciała były jak największe. To dlatego świadkowie zarówno na lotnisku, jak i w metrze mówili o morzu krwi.

Brukselskie lotnisko jest zamknięte do odwołania, miejski transport publiczny nie kursuje. Po południu miały natomiast zacząć jeździć pociągi, z wyjątkiem stacji na lotnisku i dwóch w dzielnicy unijnej. To ważne, bo ludzie dotarli rano do Brukseli, jeszcze nie wiedząc o zamachach, i zostali w niej uwięzieni. – Ludzie nie mają jak wrócić, uniwersytet ma zacząć podstawiać autobusy – mówi mi Aleksandra Łebkowska, studentka uniwersytetu VUB w Brukseli. Bruksela liczy milion mieszkańców, ale drugi milion przyjeżdża tu codziennie do pracy czy do szkoły. Władze nie chcą stanu wyjątkowego. Planują, żeby życie szybko wróciło do normalności. W środę szkoły mają być otwarte.

Rząd szybko zdecydował o podniesieniu stopnia zagrożenia terrorystycznego z obecnego wysokiego poziomu 3 do maksymalnego 4. Poprzednio zrobił tak w listopadzie 2015 roku po zamachach w Paryżu, gdy się okazało, że ślady zamachowców wiodą do Brukseli. Wtedy jednak terror nie był tak realny.

Pogoń za Salahem Abdeslamem na imigranckich peryferiach Brukseli to było za mało, żeby wstrząsnąć mieszkańcami tego miasta. Ataki na lotnisku i w metrze na jakiś czas na pewno wprowadzą atmosferę strachu. Do tej pory Bruksela, mimo że ochrzczona kolebką dżihadyzmu, była oszczędzana przez terrorystów.

„Tylko" jeden zamach na Muzeum Żydowskie w maju 2014 roku, w którym zginęły trzy osoby, wydawał się odosobnionym aktem.

Teraz już wiadomo, że i tutaj zagrożenie jest realne. I to odczucie jest najbardziej przygnębiające w prywatnych rozmowach. Władze zresztą wcale nie rozwiewają obaw mieszkańców. Nawet w poniedziałek na konferencji prasowej prokuratury po pierwszych przesłuchaniach Salaha Abdeslama nie było słychać triumfalizmu. Prokurator federalny mówił o kilkudziesięciu nowych wątkach w tropieniu siatki terrorystów w Belgii i ostrzegał, że zagrożenie będzie duże. Jak wiele miał racji, okazało się już dzień później.


Zamachy w ostatnich latach


- 11 marca 2004 r., Hiszpania. Terroryści zdetonowali bomby w czterech pociągach podmiejskich w Madrycie. Zginęło 191 osób, ?w tym czworo Polaków, a prawie 1,8 tys. osób zostało rannych. Po roku do zamachów przyznała się Al-Kaida.


- 7 lipca 2005 r., Wielka Brytania. 56 osób zginęło, ?a ok. 700 zostało rannych w zamachach bombowych na trzy pociągi metra i miejski autobus w Londynie. Odpowiedzialność wzięła na siebie Al-Kaida.


- 22 lipca 2011 r., Norwegia. Norweski ultranacjonalista Anders Breivik podłożył bombę w dzielnicy rządowej Oslo (osiem ofiar) oraz dokonał masakry na wyspie Utoya (śmierć poniosło 69 osób).


- 19 marca 2012 r., Francja. Radykalny islamista Mohamed Merah, Francuz pochodzenia algierskiego, zastrzelił przed szkołą żydowską w Tuluzie cztery osoby (w tym troje dzieci). Kilka dni później zginął w obławie.


- 7–9 stycznia 2015 r., Francja. W zamachu na paryską redakcję pisma „Charlie Hebdo" bracia Said ?i Cherif Kouachi zastrzelili 12 osób, w tym rysowników pisma. Dzień później powiązany z napastnikami Amedy Coulibaly zabił policjantkę, a 9 stycznia wziął zakładników w sklepie ?z koszerną żywnością, zabijając cztery osoby.


- 14 lutego 2015 r., Dania. Atak w Kopenhadze na uczestników konferencji dotyczącej wolności słowa oraz na synagogę. Trzy ofiary ?– w tym zamachowiec.


- 13 listopada 2015 r., Francja. Terroryści powiązani ?z Państwem Islamskim w kilku miejscach Paryża oraz w podparyskim Saint-Denis podłożyli bomby, strzelali do ludzi, wzięli zakładników. W sumie zginęło prawie 130 osób, ponad 300 zostało rannych. Jeden z głównych podejrzanych, Salah Abdeslam, został zatrzymany w ubiegły piątek w Brukseli.


—pap, tos


Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA