fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Za granicą

Królewiec zadeptany przez historię

Nieistniejący zamek królów pruskich – jeden z symboli Królewca.
Wikipedia
Najgorsze są miasta zadeptane przez historię. Miasta, po których zostaje jedynie ślad na mapie albo legenda.

Ta ostatnia może zagrać swą rolę wyłącznie wtedy, kiedy istnieje dziedzictwo pamięci. Gdy go brak, kiedy historia dramatycznie przerywa łańcuch wspomnień, zostaje (lub nie) tylko słowo. Z czym państwo kojarzycie nazwę Waszuganni? Zapewne z niczym istotnym, a to nazwa wielkiej stolicy imperium Hurytów z III tysiąclecia przed Chrystusem.

Oto było miasto, w którym rządzili wielcy królowie, pełne świątyń, budynków publicznych, ołtarzy i kramów. Przez dziesiątki pokoleń rodziły się w nim i umierały tysiące ludzi. Było, jak każda imperialna stolica, splotem ludzkich narodzin i śmierci, historii podbojów i upadków, zwycięstw i klęsk, triumfalnych parad i pożarów. Z Waszuganni nic nie zostało. Nawet miejsce na mapie. Tylko nazwa wypalona na poznaczonych rylcem tabliczkach. Jaka była jego architektura? Nikt się nie dowie.

Koenigsberg

Miał więcej szczęścia. Zostały tysiące pocztówek i map. Ale przede wszystkim nie przerwano łańcucha pamięci, który niesie z sobą mitologię wielkiego pruskiego miasta. No i czas, który minął od jego ostatecznego zniszczenia, liczy się na lat dziesiątki, a nie tysiące. Jakaż bywa łaska Opatrzności! Przy całym nieszczęściu miasta nad Pregołą jego ślad jest na tyle mocny, że można sobie wyobrazić zmartwychwstanie legendy. Odrodzenie, jak zwykł odradzać się mityczny Feniks z popiołów.

Skąd te myśli? Nie tylko z wiary w prawidłowości historii, która lubi się urywać z cugli dyktaturom. Także z obserwacji. Oto bowiem kompletnie zniszczone przez wojną miasto, na siłę włączone przez Stalina do imperium, wytworzyło modę na swoją przeszłość. Nie tylko wśród dawnych mieszkańców i ich potomków. Ci oczywiście nie zapomnieli o Koenigsbergu i od kiedy zaczęło być to możliwe, masowo wybierają się do miasta jako turyści.

Metafizyka Królewca – i to mnie dziwi najbardziej – nagle obudziła się wśród samych Rosjan. Łatwo jakoś odrzucili sowiecką doktrynę i zaczęli zaglądać w głąb historii miasta. Zainteresowała ich jego przeszłość, symbolika i miniona architektura.

Pustynia

Pierwszy raz zetknąłem się z Kaliningradem (bo tak nazwano po wojnie Królewiec) na początku lat 70. Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale czuło się wtedy jeszcze na jego ulicach wojnę. Tyle było powalonych kamienic, fortów, zmasakrowanych kościołów, przerobionych na składy budowlane protestanckich zborów.

Dawna perła Hanzy, eleganckie gotyckie miasto rozbiły w pył dywanowe naloty aliantów i żelazna wola Stalina. Nie istniał już zamek królów pruskich na brzegu jednej z odnóg Pregoły. Jego ruina tak drażniła Breżniewa, że ponoć osobiście kazał ją wysadzić. Niegdyś gęsto zabudowana starymi kamienicami wyspa Knipawa, pokrojona niechlujnymi trawnikami i porośnięta topolami, sprawiała wrażenie pustyni. Po uniwersyteckich budynkach Albertinum nie został ślad.

Po placach, zaułkach, gotyckich fontannach – nic, tylko wilgotne powietrze. Tym straszniejsze wrażenie sprawiał wypalony korpus gotyckiej katedry, jedyny świadek przeszłości na Knipawie. To były nagie mury wielkiej budowli. Wypatroszone wnętrze. Rozbite witrażowe okna, po których zostały tu i ówdzie resztki pokruszonego maswerku. Fragmenty ostrzelanych z ciężkiej broni płyt nagrobnych z piaskowca. W środku śmietnik, nic więcej. I klasycystyczny grobowiec Kanta na zewnątrz. Filozofa, którego nie wypadało pochować w świątyni.

Żart

Ale byli tam chowani inni. Polscy i pruscy wielmoże. Wielcy mistrzowie i książęta. Królowie i królowe. Katedra Matki Bożej i św. Wojciecha na Knipawie stała tu przecież przez 600 lat. Budowę rozpoczęto w 1333 roku. Skończono ledwie pół wieku później. W swoim czasie największy kościół w państwie krzyżackim miał rozmiary niewiele skromniejsze od bazyliki gdańskiej. 30 lat po wojnie jego wypalony korpus robił jeszcze większe wrażenie. Wyglądał jak wyrzucony na brzeg szkielet wieloryba.

Co przetrwało z dawnego Koenigsbergu? Niewiele. Kilka kościołów (w jednej ze świątyń urządzono teatr lalkowy), gmach admiralicji, trochę starych fortów (w największym można zobaczyć Muzeum Bursztynu), budynek filharmonii, kilka kwartałów ulic, przedwojenne wille. I co najważniejsze, unikalną strukturę mostów na rozwidleniach Pregoły, która zainspirowała legendarnego matematyka Eulera do stworzenia słynnego Königsberger Brückenproblem.

Czy można przejść kolejno przez wszystkie mosty tak, żeby każdy przekroczyć tylko raz? Takie pytanie zadawano w Królewcu od stuleci. Co odpowiedział Euler? Odsyłam do źródeł. I jeszcze słowo o pewnym, podszytym tragizmem żarcie historii. Najsłynniejszą budowlą Królewca nie była wcale katedra, tylko zamek królów pruskich. Olbrzymia, wielokrotnie przebudowywana krzyżacka twierdza.

Zamek spłonął pod koniec wojny, ale przy odrobinie dobrej woli nadawał się do odbudowy. Sowieci, którym marzyło się zamazanie teutońskiej przeszłości miasta, powiedzieli „nie". Zamek wysadzono więc w powietrze w 1968 roku, na jego miejscu postawiono „ultranowoczesny", betonowy Dom Sowietów. I stoi do dziś, nigdy niewykończony.

Dlaczego? Bo ktoś nie przewidział grząskości gruntu i faktu,że pod zamkiem były wielopiętrowe lochy. Budynek więc niebezpiecznie się przechylił i popękał. Sowieccy architekci nie dali rady. I na tym właśnie polega żart historii.

Feniks

Czy miasto powróci? Kiedyś rozgrzebywano je wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu Bursztynowej Komnaty. Faktem jest, że zrabowana przez hitlerowców z Carskiego Sioła była przechowywana na zamku do samego końca wojny. Co się z nią stało? Nikt nie wie. Spłonęła albo została schowana w jakimś bezpieczniejszym miejscu. Albo wywieziona.

Pamiętam legendę, że szukano jej w zalanych wodą podziemiach gmachu admiralicji. Zginęli jacyś nurkowie. Ktoś milczy po dziś dzień. Nic więcej nie wiadomo. A może SS wywiozło ją na Dolny Śląsk? Tajemniczości dodaje fakt, że przebywający do śmierci w polskim więzienie dawny gauleiter Prus Koch nigdy nie zająknął się na ten temat ani słowem. Wziął z sobą tajemnicę do grobu? Tego nie wiadomo.

Legenda jest więc ciągle żywa i wciąż mnożą się zastępy poszukiwaczy. Natomiast samo miasto, na złość Breżniewowi, w XXI wieku powoli odnajduje swoją zaginioną tożsamość. Najpierw dzięki młodym Rosjanom wyciągnięto ze strychów historyczne pamiątki. Już w końcu lat 80. na czarnym rynku można było kupić proporczyki z pruskim herbem Królewca. W latach 90. za niemieckie pieniądze odbudowano katedrę. Dziś jest w niej przepiękna sala koncertowa i kilka muzeów.

Niedawno na nabrzeżach Pregoły pojawiły się stylizowane na gotyckie kamieniczki i latarnia morska. Miasto staje się bogatsze i coraz ważniejsze. Istny rosyjski Hongkong. Może w końcu ktoś odbuduje zamek? W Królewcu mówią, że obiecał to sam Władimir Władimirowicz Putin. Może zatem Feniks powstanie z popiołów?

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA