fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Festiwal w Wenecji

"11 minut" Skolimowskiego zachwyciło Wenecję

materiały
Najnowszy film Jerzego Skolimowskiego wyrasta na jednego z faworytów festiwalu.

Relacja z Wenecji

Po weneckim pokazie prasowym „11 minut" w Sala Grande rozległy się długie brawa. Podobne powitały Jerzego Skolimowskiego, gdy wchodził na konferencję. Niektórzy dziennikarze klaskali na stojąco.

– Jestem zachwycony filmem Skolimowskiego – mówi mi znajomy krytyk Luis Martinez z hiszpańskiego „El Mundo". – Stawia ważne pytania o wartość życia, a jednocześnie jest nowoczesny i świetnie, bardzo precyzyjnie zrealizowany.

– Ten festiwal już się dla mnie skończył – mówi Anna Franklin z „Film New Europe" – „11 minut" to arcydzieło.

Przed katastrofą

„11 minut" Jerzy Skolimowski miał pokazać w Cannes. Jednak nie zdołał skończyć prac w maju. Podobno ledwo też zdążył na Wenecję. Zmieniał ?i poprawiał efekty specjalne do ostatniej chwili, a film do pierwszego pokazu owiany był tajemnicą. Pokaz na Lido to jego światowa premiera.

Duże miasto. Anonimowe, zabiegane. I ludzie. Bardzo różni. Znana aktorka, która właśnie wybiera się do hotelu na spotkanie z hollywoodzkim reżyserem. Jej świeżo poślubiony, obsesyjnie zazdrosny mąż. Sprzedawca hot dogów, były nauczyciel, który pod fartuchem sprzedawcy ukrywa inne zajęcie i swoją ciemną stronę. Zakonnice na wspólnym spacerze. Chłopak, który rozwozi klientom narkotyki. Alpinista myjący okna na dużych wysokościach. Jego żona czy narzeczona szykująca się do wspinaczki. Dziewczyna z psem, niedoszła samobójczyni i podpalaczka. Małolat wmieszany w przestępczy napad. Malarz rysujący piórkiem obrazki miasta. Ekipa pogotowia wezwana do stojącej w pobliżu rudery, gdzie rozgrywa się rodzinny dramat.

Jedni się nie znają, inni ocierają się o siebie na ulicy, jeszcze inni nie zetkną się nigdy. Ale wszystkich połączy wspólny los.

Skolimowski pokazuje 11 minut minut z życia bohaterów. Niewiele o nich wiemy, ale jesteśmy ich ciekawi, tym bardziej że czujemy zbliżającą się katastrofę. Tuż obok hotelu, bardzo nisko, przelatuje samolot. Od 11 września taki widok budzi niepokój. Ale czy uderzy w wieżowiec? Czy tylko przeleci obok? Czy może wydarzy się coś innego?

„11 minut" robi wrażenie. To film o fatum. O przypadku, który może zadecydować o ludzkim losie. Ale też opowieść o kruchości życia. W maju 2012 r. Jerzy Skolimowski stracił syna. Przez lata nie mieli dobrych kontaktów, wtedy je odbudowywali. Ojciec długo nie mógł się po jego śmierci podnieść. „11 minut" jest pisane bólem. To się czuje. Tak jak kryjące się gdzieś za tymi historiami pytanie: jak żyć, skoro jeden dzień, jedna chwila mogą zmienić wszystko?

„Stąpamy po cienkim lodzie. Chodzimy po krawędzi przepaści. Za każdym rogiem czai się nieprzewidywalne, niewyobrażalne. Przyszłość żyje tylko w naszej wyobraźni. Nic nie jest pewne: następny dzień, następna godzina, nawet następna minuta. Wszystko może się skończyć gwałtownie. W najmniej oczekiwany sposób" – napisał reżyser w materiałach prasowych.

Miasto bez nazwy

Zdjęcia do „11 minut" kręcone były głównie w Warszawie, w okolicach placu Grzybowskiego, Pałacu Kultury. Ale w filmie miasto nie zostało nazwane.

– Taka historia mogłaby się zdarzyć wszędzie: w Rzymie, Moskwie, Berlinie. Kręciliśmy w Warszawie, bo tam mieszkam, bo znam to miasto – stwierdził Skolimowski.

Nikt w jego filmie nie stara się grać pierwszych skrzypiec, choć na ekranie jest kilka pokoleń aktorów – od Mateusza Kościukiewicza i Agaty Buzek do Andrzeja Chyry i Jana Nowickiego. – Niewiele wiedzieliśmy o swoich bohaterach, choć zastanawialiśmy się, kim są, co przeżyli, na czym im zależy – mówiła na konferencji prasowej grająca aktorkę Paulina Chapko. – I mieliśmy na ekranie zaledwie 11 minut, by ich stworzyć. Dlatego liczyło się każde spojrzenie, każdy gest. A czy widz musi wiedzieć dużo więcej? Ci z ekranu są po prostu jednymi z wielu ludzi, jakich mijamy w życiu. I tak to już jest: na jednych przechodniów zwracamy większą uwagę, innych niemal nie zauważamy. Jedni są interesujący, inni mniej. Ale w „11 minutach" w miarę upływu czasu i powrotów na ekran bohaterów z początkowego chaosu zaczyna układać się mozaika ludzkich losów, uczuć, tęsknot, ambicji, niespełnień.

„11 minut" sprawia wrażenie, jakby nakręcił je dwudziestolatek poszukujący własnego języka w sztuce, odważnie eksperymentujący z filmową materią. Niespokojna kamera Mikołaja Łebkowskiego szaleje, w prologu operator korzysta wręcz z iPhone'a czy iPada. Obrazy zmieniają się jak w kalejdoskopie, sceny wracają, wszystko rozpisane jest piekielnie precyzyjnie. Na kogokolwiek patrzymy, samolot zawsze przelatuje o 17.05.

– To moja odpowiedź na kino hollywoodzkie – stwierdził w Wenecji Jerzy Skolimowski. – Chciałem pokazać prawdę. Rzeczywistość. Ocalaliśmy sceny, które zwykle w montażowni się wyrzuca. Moi bohaterowie poruszają się w rzeczywistym czasie.

I właśnie prawda tego filmu jest najbardziej fascynująca. Zwyczajność tych 11 minut. Ale sam Skolimowski krzyczy, jakby chciał rozliczyć się z całym swoim doświadczeniem. Przypomnieć, że każde 11 minut może być ostatnie. Bezcenne, jak każda chwila życia. Jak samo życie. Drugiego do poprawki nie dostaniemy.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA