Plus Minus

Lekarz rezydent: Zostaję w Polsce, nie lubię uciekać od problemów

Fotorzepa, Darek Golik
Lektorzy ze Skandynawii uczący swojego ojczystego języka, zaczęli mieć u nas naprawdę dobry rynek - mówił magazynowi "Plus Minus" Jarosław Biliński, wiceprzewodniczący Porozumienia Rezydentów OZZL w październiku 2017 roku. Przypominamy ten tekst nie tylko z powodu podpisanego w czwartek porozumienia między Ministerstwem Zdrowia a rezydentami. Przede wszystkim dlatego, że "Rzeczpospolita" była najczęściej cytowanym medium w Polsce w 2017 roku.

Plus Minus: Były dziś kanapki z kawiorem?

Jarosław Biliński, wiceprzewodniczący Porozumienia Rezydentów OZZL: Dzisiaj prawie nic nie jadłem, a kanapek z kawiorem to chyba w ogóle nie jadłem nigdy.

Czytałem coś innego. Przekonaliście się, jak wygląda machina medialno- -polityczna, która rozjeżdża tych, co stają jej na drodze.

Mnie nie wyciągnęli żadnych fotografii, bo ich nie mam. Doczekałem się tylko kilku memów. Wino było akurat kolegi. Było też zdjęcie innego kolegi na tle Bundestagu, bo pewnie jest opcją niemiecką. No i słynne zdjęcie koleżanki z mustangiem, którym sobie jeździ po Azji. Były to z kolei zdjęcia z misji Polskiej Akcji Humanitarnej, gdzie ratowała rannych, w tym dzieci.

Ale ta medialna akcja okazała się skuteczna, bo od tego czasu twoja koleżanka już się nie udziela medialnie.

Niestety, w tym przypadku to się okazało skuteczne. To po prostu było dla niej za dużo i nie chce już mieć żadnych kontaktów z mediami. Ja staram się potraktować to wszystko jako wybryk czarnej owcy dziennikarskiej, a nie partyjnej propagandy.

Zostaliście przeproszeni i co, sprawa jest zamknięta?

To było coś obrzydliwego, ale może kiedyś zapomnimy.

A kto was inspirował politycznie do protestu?

Nikt.

Sam prezes PiS wspominał, że jednak ktoś mógł inspirować.

Widać, jak trudny jest to protest dla PiS i że partia nie potrafi go ugryźć. Przecież walczymy o ideały, a na pierwszym miejscu jest pacjent. Starają się nas skonfliktować. Szczerze? Nawet nie znam nikogo, kto byłby w jakieś partyjnej młodzieżówce.

Ktoś z protestujących należy do Partii Razem.

To jest nasz oddolny ruch, a pomysły rodziły się przez dwa lata. Trochę obserwujemy, dużo czytamy i rozmawiamy z osobami z mediów, ale odpowiedzialnymi za PR.

Rozmawiacie z PR-owcami? Jak to teraz wyjdzie, to już pozamiatane...

Rozmawiamy z takimi, którzy się zajmują ochroną zdrowia. Z ludźmi, którzy robili kampanię walki z rakiem, a teraz pokazują nam, jak występować przed kamerami. W większości jesteśmy pod tym względem niezbyt doświadczonymi ludźmi. Jak na początku występowałem w mediach, to nie mogłem usnąć – ani dzień przed, ani dzień po.

A politycy dzwonią?

Jak dzwonią, to prosimy, żeby nie przychodzili.

Powiedzieliście to też Bartoszowi Arłukowiczowi, który był kiedyś ministrem zdrowia?

Koledzy poprosili go, żeby nie szalał. Natomiast jest przewodniczącym sejmowej Komisji Zdrowia, więc ma narzędzia, by dopiec PiS. Ale poprosiliśmy go też o brak hipokryzji, bo za czasów PO–PSL specjalnie się w medycynie nie poprawiło.

A teraz mamy rosnące PKB, malejący deficyt, a wy stwierdziliście, że jak nie teraz, to nigdy, tak?

Nie wiem, dlaczego akurat teraz... Rozmowy zaczęliśmy za czasów PO–PSL, a potem kolega został zmuszony do tego, żeby reaktywować porozumienie rezydentów. Później dotychczas rządzący przegrali wybory, a my weszliśmy w dyskusję z PiS. Ministrem zdrowia został Konstanty Radziwiłł, który wcześniej mówił dokładnie to samo, co my – w dodatku robił wrażenie człowieka o kręgosłupie moralnym. Teraz myślę, że to była zagrywka polityczna PiS.

Jaka zagrywka?

Żeby opóźnić te protesty. Wszyscy myśleliśmy, że Radziwiłł coś zmieni. I tak czekaliśmy przez ponad rok. Prąd po plecach przeszedł mi już na pierwszym spotkaniu, gdy pan minister nie odpowiedział na pytanie, czy nie wycofa się ze swoich postulatów. Wtedy już wiedzieliśmy, że coś jest nie tak. Z szacunku do niego nigdy nie atakowaliśmy go personalnie. I tak właśnie udało się im opóźnić protesty. No, ale nic się nie zmieniało i w końcu protesty wybuchły.

Jak wygląda twój dzień pracy?

Intensywnie. Jestem lekarzem rezydentem w klinice hematologii, onkologii i chorób wewnętrznych. Specjalizuję się w leczeniu osób chorych na białaczkę i chłoniaki.

Co motywuje kogoś, kto trafia na tak trudny front medycznej walki?

Może jestem psycholem i chcę się mierzyć z problemami, które są na granicy dekadencji. Chętnych jest bardzo niewielu, bo to rzeczywiście cholernie trudna działka. Dodatkowo trzeba mieć wyobraźnię abstrakcyjną: jak działają i krążą molekuły, jak działa układ odpornościowy. Tego nie widać, to trzeba wiedzieć i sobie wyobrazić, łączyć fakty.

Raz byłem na takim oddziale i nie daje mi to spokoju do dziś, a ty tam pracujesz...

Pierwsza moja myśl to była hematologia dziecięca, ale ostatecznie stwierdziłem, że to będzie za mocne. Jestem jednak człowiekiem, w którym grają emocje, i przejmuję się. Pomyślałem, że łatwiej mi będzie z dorosłymi. Wymaga to też totalnej wiedzy i nieustannego dokształcania się, a także zmagania się ze śmiercią każdego dnia. Również u młodych ludzi.

Co pozostaje w pamięci z tych dyżurów?

Cały czas pamiętam pierwszą śmierć mojego pacjenta. To było w drugim dniu mojej pracy. Pacjentka miała przerzuty w płucach i gruźlicę jako powikłanie. Doszło u niej od odmy, czyli pękł kawałek płuca i powietrze spowodowało, że zapadło się wszystko. Zdiagnozowałem ją i pojechaliśmy na odbarczenie tej odmy. Wtedy doszło do zatrzymania akcji serca. Zaczęliśmy reanimację i udało się. Wracaliśmy z kliniki i wtedy na korytarzu znów doszło do zatrzymania akcji serca. Koledzy pomagali mi reanimować, ale mózg pacjentki był niedotleniony...

Ty zadzwoniłeś do rodziny?

Tak. Syn odebrał telefon i od razu zapytał, czy mama nie żyje. Powiedziałem, że żyje, ale jej stan jest ciężki. Przyjechał i podziękował za opiekę. Pamiętam też pana, który miał 36 lat, trójkę małych dzieci i umierał przy nich. Jak trafił do nas na oddział, miał ostrą białaczkę, w której doszło do progresji. Komórki nowotworowe mnożyły się tak szybko, że przeraźliwie wył z bólu. Od razu podałem mu m.in. morfinę w dużych dawkach. Znamy się na uśmierzaniu bólu, ale w tym przypadku ciężko go było opanować. Dostał napadów padaczkowych, bo miał wszczepy białaczki w mózgu. Te dzieci na to patrzyły, a ja z nim siedziałem kilka dni. Siedzieliśmy tak, dopóki nie umarł. Potem przyszła jego żona oraz siostra i powiedziały, że są szczęśliwe, że prowadziłem ich męża i brata. Ja się z nimi rozpłakałem. To było niesamowite, że ktoś w takiej sytuacji jest w stanie zdobyć się na takie słowa.

Lekarz może płakać?

Nie powinien, ale czasami się nie da... Dwa razy mi to się zdarzyło. Nie da się tak odciąć od pacjenta, którym się opiekuje przez długi czas.

Uczyli was, jak mówić o śmierci?

Bardzo mało i to jest jeden z problemów. Dlatego proponujemy wprowadzenie dodatkowych szkoleń z kompetencji miękkich. Był taki program Unii Europejskiej i to było coś wspaniałego. Lekarze po 50. roku życia wracali z kursu jako inni ludzie. Zobaczyli, że liczy się nie tylko physis, ale i psyche.

Sporo się mówi o znieczulicy wśród lekarzy. Na zajęciach z etyki jednak słyszałem, że jeśli lekarz będzie się przejmował każdym przypadkiem, to żadnego dobrze nie wyleczy. Jak zachować balans, który pozwoli ci być czujnym, ale nie oszaleć?

Widzę pewną granicę. Nie daję swojego prywatnego numeru telefonu pacjentom, nie przyjmuję zaproszeń na Facebooku i nie robię niczego, co byłoby naciąganiem prawa. Wiesz, my chcemy dla chorych jak najlepiej, a często brakuje dla nich leku. Możemy go zdobyć od innego pacjenta, który na przykład umarł, ale to jest niezgodne z prawem. Poświęcam chorym tyle czasu, ile potrzeba, ale tej granicy staram się nie przekraczać.

Co żona na to? Spędzasz w ogóle trochę czasu w domu?

Żona się wkurzała. Był moment, że zastanawiałem się, czy nie zrezygnować z tej specjalizacji, bo był w pewnym momencie taki kryzys, że brakowało lekarzy. Po prostu część się rozchorowała, a część zwolniła. Wtedy miałem tak, że miałem po ośmiu czy 12 pacjentów, a w hematologii czterech na dzień to bardzo dużo...

Opiekowałeś się 12 pacjentami?!

Ich trzeba dokładnie zdiagnozować, połowie rozpisać chemioterapię, ludzie wpadają we wstrząsy septyczne, mają sepsę. Dzieje się. Płacą mi do 15.35, a wychodziłem codziennie po 22. Ale nie mogłem zostawić człowieka w potrzebie. Wtedy przyszedł kryzys i pomyślałem, że jak to ma tak wyglądać, to rezygnuję. W dodatku nie uczę się w takim tempie, w jakim bym chciał. Powinienem przecież czytać cały czas nowe artykuły i leczyć chorych zgodnie z poszanowaniem wiedzy.

I co zrobiłeś?

Poszedłem w końcu do ordynatora i powiedziałem, że nie potrafię sobie poradzić z tym, że nie leczę pacjentów idealnie, jak trzeba. Poprosiłem, by przy każdym pacjencie powyżej czterech pytał mnie, czy dam radę. Czasem ktoś ma lżejszą chorobę i wtedy można poradzić sobie z większą liczbą pacjentów. Uważam, że należy leczyć dobrze, a mniej pacjentów.

Ty mówisz, że nie jesteś w stanie już zająć się większą liczbą pacjentów, a jaka jest odpowiedź systemu? Szukamy następnego lekarza, czy może ktoś trafia na koniec twojej kolejki?

Zawsze przy takim kryzysie spotykamy się i rozmawiamy, jak to rozwiązać. Ściągamy ludzi ze staży albo prosimy inne kliniki, żeby przyjęły chorych, których my potem przejmiemy. No i oczywiście szukamy lekarzy. Mamy pięć wakatów dla specjalistów i nie ma chętnych. Zarobki są tak niskie, a praca tak ciężka...

A ile ty zarabiasz teraz?

2700 zł netto, bo jestem na trzecim roku i dostaję dodatek dla specjalizacji priorytetowych. To najwyższa kwota, jaką rezydent może zarobić. I to najwyższa, jaką rezydent może zarobić przez sześć lat.

Znasz norweski?

Nie. Znam angielski i włoski.

I naprawdę uczycie się po godzinach w czasie studiów norweskiego?

Tak, to prawda. Tak zwani native speakerzy, czyli lektorzy ze Skandynawii uczący swojego ojczystego języka, zaczęli mieć u nas naprawdę dobry rynek. Choć akurat sądząc po moich kolegach, najpopularniejszym językiem u nich jest niemiecki. Kolega był w Szwecji i to, co tam zobaczył, było dla mnie niewyobrażalne. Jemu wręcz zabraniano zostawać po pracy 5 minut – mówiono mu, że jeśli nie odpocznie, to następnego dnia będzie źle leczył pacjentów. On chciał zostać i usłyszał, żeby lepiej spędził czas z dziećmi, pojeździł na rowerze i trochę poczytał.

To czemu siedzisz jeszcze w Polsce?

No właśnie... Może to sentyment. Chciałbym, żeby kraj zmienił się na lepsze, i chciałbym uczestniczyć w tej zmianie. Nie lubię uciekać od problemów, tylko je rozwiązywać. Przy tym pierwszym kryzysie myślałem, że wyjadę, ale właśnie wtedy założyliśmy porozumienie rezydentów. Wiedziałem, że nie ma co rozmawiać z dyrekcją, bo oni po prostu nie mają pieniędzy. Chodziło o to, by naprawić system, i tu trzeba podziałać z władzą. Zapraszaliśmy ekspertów i sami doszkalaliśmy się z ekonomiki zdrowia. W zasadzie to dochodzimy do tych samych wniosków, tylko że władza niespecjalnie jest zainteresowana rozwiązaniem problemu. Przynajmniej nie relatywnie szybko.

A może rzeczywiście państwo nie ma tych pieniędzy i musicie to zrozumieć? Może, tak jak mówił wicepremier Gowin, wasze oczekiwania rozsadzą budżet...

Jeśli ktoś zainteresuje się ekonomiką zdrowia, to takie słowa przyprawią go o ciary na plecach. To nielogiczne, że budżet miałby nie wytrzymać racjonalnego planowania. Budżet jest tortem. Jakiekolwiek by było PKB, to polska służba zdrowia nie jest w tym podziale dostrzegana. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: nie daje od razu efektów wyborczych. Program 500+ uważam za konieczny, choć nie wiem, czy akurat w takiej formie. Ale zapewne zrobiono to w taki sposób, by kupić wyborców, by efekty były szybkie i odczuwalne od razu dla społeczeństwa. W medycynie jest tak, że na efekty trzeba poczekać minimum trzy lata, a to już po następnych wyborach i dlatego odsuwa się zawsze te decyzje w niebyt.

Czemu opozycja nie ma siły politycznej, by pokazać, że silna służba zdrowia jest gwarantem naszego bezpieczeństwa? Czemu nikt nie jest w stanie przekuć tych rzeczy w efektowny program? Czy to w ogóle jest możliwe?

Ministrowie chcą rozwijać służbę zdrowia. Radziwiłł na pewno chce, ale partia chce też wygrać wybory, a nie realnie zmieniać kraj. Zresztą pozycja ministra zdrowia zawsze była słaba. Ten resort musiałby objąć jakiś bliski przyjaciel czy zaufany szefa partii.

Była Ewa Kopacz.

No i pytanie, dlaczego nic nie wywalczyła. Widocznie wygrały względy partykularne dla partii – wyborcze.

Zdaje się, że właśnie wywalczyła podwyżki dla was.

Tak. Rezydenci dostali w 2009 r. znaczące podwyżki. Musieli spełnić swoje obietnice wyborcze, bo zaczęły się protesty i wcześniej stanęło białe miasteczko.

Teraz minister Radziwiłł też zakłada podwyżki i wzrost nakładów na służbę zdrowia, tylko że w dłuższym okresie.

Wszystko to dzieje się pod wpływem presji. Gdybyśmy nie protestowali, to nie byłoby nawet ustawy o minimalnym wynagrodzeniu. Wszystko dlatego, że zebraliśmy 250 tys. podpisów pod własną ustawą, której nie chciano nawet procedować. Dlatego też w 36 godzin PiS uchwalił własną ustawę. Teraz też nie byłoby mowy o wzroście nakładów do 2025 r., gdyby nie naciski społeczne.

Głodówka rotacyjna za chwilę przestanie kogokolwiek wzruszać. I co zrobicie dalej? Odejdziecie od łóżek?

Koledzy złożyli do Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka zapytanie, czy protest lekarzy jest moralny. Często sami o tym rozmawiamy. Sam sobie zadaję pytanie, czy etyczne jest godzenie się na taką bylejakość i patrzenie, jak ludzie umierają w kolejkach. Pewnie jakbyśmy odeszli od łóżek, to rząd by szybko spełnił nasze żądania. Długofalowo dzięki temu Polacy byliby lepiej leczeni i żyli dłużej. Jednak dla mnie to wszystko nie jest takie proste moralnie.

Nie wiem, co by się musiało dziać, by dało się obronić odejście od łóżek.

Wiesz co, jesteśmy agentami zmiany. Jesteśmy po transformacji cyfrowej i mamy dostęp do wielu danych i szybkiego przepływu danych. Wiemy, że może być lepiej, a nie jest.

Są takie analizy socjologiczne, że młodzi buntują się, bo dorastali w lepszych warunkach. Startujecie z lepszego pułapu niż wasi rodzice, a jednocześnie macie małe szanse, by osiągnąć ich poziom życia.

Na pewno startujemy z innego pułapu. W dodatku moje pokolenie nie pamięta czasów PRL. Miałem trzy lata, jak to się skończyło. Rozwijałem się w kraju, który też się rozwijał. Otworzyły się granice i zaczęliśmy patrzeć na świat. W pewnym momencie stwierdziliśmy, że chcemy pracować, aby żyć, a nie żyć, żeby pracować. Potrzebujemy trochę czasu na kontemplację życia. Dla mnie to jest fenomen. Nie chcę siedzieć w jednym miejscu, zamknąć się w klatce intelektualnej...

Dobrze się uczyłeś, to trzeba było iść w biznes, a nie w medycynę.

Może trzeba było. Tylko wiesz, ja mam pasję i mózg, żeby to robić. Wydawało mi się, że lekarz jest zawodem prestiżowym i jest o co walczyć.

To może trzeba poczekać pokornie do czterdziestki. W tym wieku lekarze zarabiają już całkiem nieźle. Pieniądze będą.

Średnia pensja specjalisty wynosi według GUS 3500 zł netto. Takie same dane ma ministerstwo. Lekarze specjaliści otwierają prywatne gabinety. Kolejki są takie, że nie mają problemu z pacjentami. I tak zarabiają. Ale to w dalszym ciągu jest zarobek kosztem niebotycznej liczby przepracowanych godzin. W taki sposób budują domy i wychowują dzieci, ale nie jest to żadne bogactwo. Harują i się wypalają. Po pewnym czasie często mamy wypalonych buców, którzy nie interesują się pacjentami. Pewnie są też tacy, którzy kombinują, i znajdzie się też sporo czarnych owiec. Ale kraj się rozwija. Łapówkarstwo zniknęło, a było praktycznie powszechne.

Za to możecie podziękować właśnie PiS.

Tak. Nie widziałem lekarza, który przyjąłby łapówkę.

Lekarz w filmie „Botoks" mówi tak: „Złośliwi mówią: łapówka, a to jedyna forma powiedzenia mi dziękuję"...

Dostawałem kilka razy w życiu kopertę. Były to podziękowania z płaczem. Ludzie nie wiedzieli, jak mi się odwdzięczyć. Oczywiście nie wziąłem. Przyjąłem czekoladkę i kwiaty. Nie chciałem ich urazić. Niektórzy pomyślą, że nie interesuje mnie ich wdzięczność. Dla wielu ludzi jakiś rodzaj podarunku jest koniecznością, by odetchnęli, że podziękowali tak, jak chcieli.

Chciałbyś coś powiedzieć tym, którzy decydują się teraz na medycynę?

Nie.

Dlaczego?

Bo z jednej strony mógłbym powiedzieć, że to fantastyczny zawód, wielka logiczna machineria, spełnienie i pasja. Ale z drugiej strony musiałbym dodać, że medycyna uwstecznia. Przed studiami interesowałem się filozofią i sporo czytałem. Kręciła mnie socjologia i byłem finalistą konkursów z historii. W gimnazjum wygrałbym jeden z dziesięciu, ale po medycynie zapomniałem wszystko z wiedzy ogólnej. Mówi się, że medycyna jest sztuką. Żeby być artystą, trzeba się wszechstronnie rozwijać. W polskim systemie nie ma to czasu. Protest daje nam jednak kopa. Jego odbiór w społeczeństwie jest świetny. Hejterów i trolli jest naprawdę niewielu. Ludzie sami do nas przychodzą na protest, co wydawało się wcześniej niemożliwe. Może przywrócimy prestiż temu zawodowi. Może uzyskamy trochę czasu na rozwój ogólny, hobby, literaturę.

To co z tymi początkującymi studentami medycyny?

Chciałbym im powiedzieć: działajcie naukowo, piszcie prace i rozwijajcie się. Ale jednocześnie może powinienem powiedzieć: uczcie się języka, bo inaczej szybko się wypalicie.

To takie ostrzeżenie przed tym, do czego może doprowadzić własna pasja?

To może powiem tak: kibicujcie nam, bo jak wygramy, to będzie nam wszystkim lepiej. ©?

—rozmawiał Piotr Witwicki (dziennikarz Polsat News)

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL