fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

W sieci opinii

Światu nie mamy czego zazdrościć

Fotorzepa, Krzysztof Skłodowski
Tytuł książki Barbary Demick poświęconej codziennemu życiu mieszkańców Korei Północnej przyda nam się do przybliżenia pewnego wątku z Chin.

Prezydent Xi Jinping stara się odbudować polityczną myśl przewodniczącego Mao. W nowoczesnym wydaniu z XXI wieku ideologia musi odnaleźć się wśród nowych pokoleń Chińczyków. Tych, którzy nie chcą za darmo poświęcać się dla ojczyzny, znosić trudów reform i przyjmować propagandę w każdej formie. Stosuje się zatem wybieg, by przynależność do czerwonej młodzieżówki jednoznacznie dawała szereg przywilejów już na starcie studiów. Xi chce wychować sobie następców pokazując im, że Chiny nie zamierzają trzymać głowy niżej od reszty świata.
Choć problemów na kontynencie Pekin ma wiele, nie rezygnuje ze starań o Hongkong i Tajwan. Oba terytoria mają jednoznacznie porzucić marzenia o suwerenności, przyszłość Tajpej w szczególności staje się problematyczna. Sygnały sprzeczne z dotychczasową polityką Stanów Zjednoczonych wysyła wobec Chin i Tajwanu Donald Trump, co także może mieć nieprzewidziane konsekwencje.

W internecie krąży obecnie nagranie z prelekcji na Hongkońskim Uniwersytecie. Gościem październikowego spotkania była tajwańska pisarka, także minister kultury Lung Yingtai. Po wykładzie na temat "Jeden utwór, jedna era" pani Lung skierowała pytanie do publiczności o najbardziej inspirujący ich zdaniem utwór. Alan Leong Ka-kit obecny przewodniczący prodemokratycznej Partii Obywatelskiej wybrał "My Way" Franka Sinatry, ale odpowiadający zaraz po nim Albert Chau Wai-lap, wiceprzewodniczący Hongkońskiego Uniwersytetu Baptystów zaskoczył wszystkich mówiąc o pieśni "Moja ojczyzna".

Utwór uchodzi za jeden z głównych komunistycznych hymnów w kraju. Chińczycy poznali go w 1956 roku w filmie "Bitwa o Shanggangling" poświęconemu wojnie w Korei. "Moja ojczyzna" rozpoczyna się od słów "Wielka rzeka" i tak pierwotnie miała się nazywać całą pieśń. Przez trzy zwrotki i trzykrotnie powtarzany z niewielkimi zmianami refren nie pada nawiązanie do wojny. Słowa chwalą piękno kraju i tylko raz pojawia się wzmianka o tym, że jak do tego cudownego miejsca chciałyby wedrzeć się wilki, zostaną potraktowane strzelbami. Reszta piosenki koncentruje się na wspominanym pięknie, tak jak mogłaby przypominać je sobie osoba teskniąca za prawdziwym domem.

Możemy sobie wyobrazić zdumienie gościa z Tajwanu, którego obywatel Hongkongu zapewnia, że najbardziej inspiruje go pieśń o tęsknocie za chińską ojczyzną. Jeszcze bardziej absurdalne wydaje się nagranie z uniwersytetu, gdy po wyznaniu pana Chau utwór zaczyna śpiewać spora część zgromadzonych na auli osób. Chińska prasa jest zachwycona i pisze o spontanicznym wykonaniu czerwonego hymnu. Słoneczniki i parasole - symbole pokojowych protestów w obronie niezależności od Chin odpowiednio na Tajwanie i Hongkongu - umierają i łamią się pod naporem takiego poparcia dla Pekinu.

Tajwańska pisarka nie kryła swojego zdziwienia wobec niespodziewanego wykonania równie nieoczekiwanej pieśni. Twierdzi, ze to, czego doświadczyła na kampusie uniwersytetu, nie wpłynie na jej zdanie o Hongkongu. Rządowy "Dziennik ludowy" uważa, ze o żadnym zdziwieniu nie powinno być mowy. "Moją ojczyznę" i sam film kojarzą wszyscy, kojarzy się dobrze, bo w końcu wychwala ojczyznę, a wątpliwości Pekinu budzi jedynie sceptyczne nastawienie reszty świata.

Chińczycy nie bez powodu zawieźli swoją pieśń za granicę do samego centrum ośrodka poddającego ich intencje w wątpliwość, mianowicie do Białego Domu. 19 stycznia 2011 roku na oficjalnej kolacji, którą Barack Obama podejmował ówczesnego prezydenta Hu Jintao, "Moja ojczyznę" zagrał wszystkim pianista Lang Lang. Najbardziej znany na świecie chiński muzyk twierdził, że decydując się na wykonanie właśnie tego utworu nie miał na myśli strzelania do wrogich wilków - w filmie o wojnie koreańskiej symbolizują oni znienawidzonych wówczas Amerykanów - ale ze chodziło mu wyłącznie o pokazanie niezrównanego piękna swojego kraju. Tak czy inaczej Pekin zagrał Waszyngtonowi na nosie, a prezydent Stanów Zjednoczonych musiał z kamienną twarzą wysłuchać muzyki, którą w tej sytuacji ewidentnie nie łagodziła obyczajów.

Według późniejszych komentarzy ten ruch został zaplanowany przez chińską delegację przed wyjazdem do Ameryki. Być może o "spontaniczności" wykonania "Mojej ojczyzny" w Hongkongu też dowiemy się po jakimś czasie. Na razie Chińczycy twierdzą, że dosłownie wszyscy znają pieśń, do tego że kojarzy się tylko pozytywnie, bo przecież towarzyszyła pozytywnym wydarzeniom w historii kraju. Między innymi otwarciu Stanów Zjednoczonych na Chiny, wizycie prezydenta Nixona i przyjęciu Chin do ONZ. Bitwa o góry Shanggangling stworzyła filmowe tło do utworu.

W rzeczywistości jednak starcie z października i listopada 1952 roku o trudny, górzysty teren obecnej granicy między Północą a Południem uchodzi za jeden ze sztandarowych przykładów bezsensu wojny. Straty chińskiej armii, która pomagała wówczas armii Kim Ir Sena, przyrastały w tysiącach, a prawdziwego zwycięzcy bitwy nie daje się tak łatwo wyłonić. Dziś liczy się tylko to, że do boju szło się że wspomnieniem o ojczyźnie na ustach.

O tym, że Chiny nie składają broni, świadczy z pozoru niewielka zmiana, jaką przyniósł 21 grudnia. Maleńkie państwo u wybrzeży Afryki o dość niecodziennej nazwie, Wyspy Świętego Tomasza i Książęca zdecydowało nagle o tym cofnięciu dyplomatycznego poparcia dla Tajwanu. Liczba sojuszników na całym świecie zmalała tym samym z 22 do 21 państw. Pekin dał do zrozumienia, że rozpoczyna nowy rodzaj działań i będzie przekonywał pozostałych do przejścia na swoją orbitę. W końcu Chiny są jedne, pieśń jest jedna i ojczyzna wspólna dla wszystkich. Światu nie mamy czego zazdrościć, powinno być raczej odwrotnie. A jak jeszcze nie jest, zrobi się tak, żeby było.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA