fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Unia Europejska

Europarlament tylko zawiesza starcie z PiS

AFP
Przewodniczący Parlamentu Europejskiego wycofuje się z oskarżeń o zamach stanu w Polsce. Ale na sesji plenarnej w styczniu w Strasburgu może się odbyć kompromitująca dla naszego kraju debata w tej sprawie.

W wywiadzie sprzed trzech dni dla Deutschlandfunk Martin Schulz swoją myśl wyraził bardzo jasno.

– To, co się dzieje w Polsce, ma charakter zamachu stanu i jest dramatyczne. Sądzę, że w tym tygodniu, najpóźniej na styczniowym posiedzeniu będziemy na ten temat obszernie dyskutować w Parlamencie Europejskim – oświadczył niemiecki socjalista.

W poniedziałek z tej deklaracji starał się jednak rakiem wycofać.

– Wyraziłem jedynie obawy, i to nie tylko moje, ale bardzo wielu Polaków – oświadczył Schulz. Słowa szefa europarlamentu wywołały bardzo silną reakcję w Polsce. Premier Beata Szydło zażądała, aby za nie przeprosił Polaków. To się jednak nie stanie.

– Nie krytykowałem Polaków, tylko decyzje podjęte przez rząd. A to różnica – powiedział Schulz.

Rzecznik przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Giacomo Fassina tłumaczy „Rz": – Owszem, słowa były mocne, ale o przeprosinach nie może być mowy, bo przewodniczący jedynie dzielił się wątpliwościami bardzo wielu eurodeputowanych. I chodziło mu nie o ogólną ocenę nowych władz, tylko bardzo precyzyjny problem nominacji sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Szanujemy suwerenność Polski, ale podział władzy to jedna z kluczowych wartości europejskich i jest naturalne, że jest przedmiotem troski Unii – mówi Fassina.

W czwartek Schulz przyjmie ambasadora RP przy Unii Marka Prawdę i osobiście wyjaśni mu swoje stanowisko. Być może tego dnia będzie miał okazję to samo powiedzieć samej Beacie Szydło: oboje będą uczestniczyli tego dnia w szczycie Unii.

Ale to dopiero pierwsza runda pojedynku między europarlamentem a rządem PiS. W środę w Strasburgu spotkają się przewodniczący głównych grup politycznych, aby zdecydować, czy potrzebna jest debata na temat zagrożenia dla polskiej demokracji. Taka decyzja jest zwykle podejmowana jednomyślnie, a jeśli to niemożliwe – przez głosowanie przy uwzględnieniu liczby deputowanych każdego z klubu.

Za przeprowadzeniem debaty najmocniej opowiadają się socjaliści, zieloni i radykalna lewica. Przeciw są konserwatyści, klub, do którego obok brytyjskich torysów należy także PiS. Rozstrzygające będzie więc stanowisko największego klubu – chadeków (EPP), do którego należy PO.

– To w wyniku naszych sugestii EPP uważa, że z debatą można jeszcze poczekać. Osiem lat budowaliśmy dobrą opinię o Polsce i nie chcemy, aby tak szybko została zszargana. Dlatego wolimy, aby spór konstytucyjny został rozstrzygnięty w kraju. Jeśli jednak ten konflikt będzie się zaostrzał, nie będziemy mogli powstrzymać eurodeputowanych innych krajów przed przeprowadzeniem debaty – mówi „Rz" Rafał Trzaskowski, minister ds. europejskich w rządzie Ewy Kopacz.

Debata w europarlamencie nad stanem demokracji któregoś z krajów członkowskich to rzecz absolutnie niezwykła. Do tej pory dotyczyła tylko jednego kraju – Węgier. Jednak w tym przypadku do Strasburga przyjeżdżał Viktor Orbán i błyskotliwie bronił swoich racji, dzięki czemu w jego obronie stanęli ludowcy. Tak sprawnego oratora, szczególnie po angielsku, PiS nie ma. Tłumaczyć się z sytuacji w kraju politycy rządzący w Polsce nie mają zresztą zamiaru.

– 14 stycznia przewodniczący klubów spotkają się ponownie. Zobaczymy, jak do tego czasu będzie ewoluowała sytuacja w Polsce. Cztery dni później rozpoczyna się nowa sesja plenarna, na której debata na temat polskiej demokracji jest możliwa – mówi Giacomo Fassina.

To rzecz bardzo teoretyczna, ale europarlament może posunąć się do bardzo radykalnego rozwiązania. Zgodnie z art. 7 traktatu o UE na wniosek eurodeputowanych, Komisji Europejskiej albo 1/3 krajów czonkowskich Rada UE, przy poparciu 4/5 państw członkowskich, może zawiesić prawo Polski do udziału w podejmowaniu decyzji w Brukseli. Tak się stanie, jeśli uzna, że nasz kraj łamie wartości europejskie zapisane w art. 2 traktatu, w tym demokrację, niezależność wymiaru sprawiedliwości, poszanowanie praw mniejszości, zasadę równości wobec prawa.

Poza europarlamentem sytuacją polityczną w Polsce zainteresowały się także pozostałe unijne instytucje. Szef dyplomacji Luksemburga, który przewodzi obecnie pracom Wspólnoty, użył nie mniej ostrych słów wobec polskiego rządu niż Schultz.

– Musimy wytykać palcem kraj, który depcze podstawowe prawa. Już pierwsze decyzje nowych władz Polski dają powody do obaw – oświadczył w internetowym wydaniu „Der Spiegla" Jean Asselborn.

W Komisji Europejskiej za śledzenie sytuacji w Polsce odpowiedzialne są służby wiceprzewodniczącego Fransa Timmermansa. – To on ewentualnie poinformuje pozostałych komisarzy, czy należy podjąć jakieś kroki. Na razie ustalamy fakty, sytuacja stale ewoluuje – powiedział w poniedziałek rzecznik KE Margaritis Schinas.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA