fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Unia Europejska

Weto ws. budżetu UE. Polska chce wierzyć Viktorowi Orbánowi

Mateusz Morawiecki i Viktor Orbán
Premierzy Polski i Węgier Mateusz Morawiecki i Viktor Orbán w czwartek w Budapeszcie
AFP
Mateusz Morawiecki uzyskał w Budapeszcie obietnicę, że Węgry będą wetować budżet UE aż do spełnienia naszych postulatów.

W polskim obozie negocjacyjnym wolą dmuchać na zimne. Wciąż żywa jest w Warszawie pamięć o szczycie UE z marca 2017 r., na którym węgierski premier wykonał woltę i mimo złożonych obietnic poparł na drugą kadencję na czele Rady Europejskiej Donalda Tuska, pozostawiając w izolacji nasz kraj. Jeśli w tak kluczowej dla Jarosława Kaczyńskiego sprawie okazał się nielojalny, czy podobnie będzie i tym razem?

Wspomnienie de Gaulle'a

Choć w czasach pandemii przywódcy świata rozmawiają zdalnie, Mateusz Morawiecki poleciał do Budapesztu, aby bezpośrednio przekonać się, jakie są plany Viktora Orbána. Z blisko dwugodzinnych rozmów w cztery oczy z węgierskim premierem wyszedł pełen werwy.

– Nie możemy dopuścić do rozczłonkowania, może nawet rozpadu Unii – odwrócił argument przeciwników obu krajów, wskazując, że „kij", który dziś szykuje Bruksela na Polskę i Węgry, może w przyszłości zostać użyty przeciw każdemu innemu państwu. Morawiecki zarzucił też przewodzącym obecnie Wspólnocie Niemcom, że uzgadniając z europarlamentem formułę powiązania praworządności z wypłatą unijnych środków, sprzeniewierzyły się ustaleniom szczytu UE z lipca. Jego zdaniem oznacza to zgodę, aby prawo wtórne (rozporządzenie) było sprzeczne z prawem pierwotnym (traktaty). Szef rządu nawiązał do przykładu blokowania przez generała de Gaulle'a przed blisko 60 lat prac ówczesnej EWG, aby wymusić zasadę, że żaden kraj nie może zostać przegłosowany w istotnej dla niego sprawie. „Rzeczpospolita" przypomniała o tym w minionym tygodniu.

Ale nie mniej stanowczy był Orbán. Wskazał, że stawką tego starcia nie jest ustanowienie rządów prawa, ale narzucenie przez większość swojej woli mniejszości krajów UE. Uznał także, że Fundusz Odbudowy to de facto kredyty, których Budapeszt nie potrzebuje. I podpisał się pod specjalnym oświadczeniem, w którym oba kraje zobowiązują się do utrzymania weta, dopóki nie zostaną spełnione oczekiwania partnera.

Różne agendy

Czy tak faktycznie będzie, nie jest jednak pewne. Źródła dyplomatyczne „Rzeczpospolitej" w Budapeszcie, Warszawie i Brukseli zwracają uwagę, że za wspólnym stanowiskiem w sprawie powiązania wypłat unijnych funduszy z praworządnością kryją się bardzo różne agendy obu krajów.

Dla Polski sprawa jest pryncypialna. Chodzi o wytrącenie z rąk Komisji Europejskiej narzędzia, którym mogłaby arbitralnie zmusić nasz kraj do podległości, strasząc wstrzymaniem wypłat z budżetu UE z powodu bliżej niesprecyzowanego łamania zasad państwa prawa, które miałoby teoretycznie naruszyć interesy unijnych podatników.

Viktor Orbán mierzy niżej. Węgry, w przeciwieństwie do Polski, mają na koncie defraudację znacznej części unijnych funduszy, także przez osoby z otoczenia premiera. Zablokowanie z tego powodu wypłat przez Brukselę przed wyborami parlamentarnymi w 2022 r. mogłoby przerwać dobrą passę, jaką przeżywa Fidesz.

Na razie, jak podają sondaże, partia, która pozostaje nieprzerwanie u władzy od 2010 r., wciąż może liczyć na utrzymanie bezwzględnej większości w parlamencie. Dlatego Orbán może być skłonny do zaakceptowania kompromisu, który polegałby na odłożeniu w czasie momentu podjęcia działań przez Komisję Europejską. Jedną z możliwości jest sugerowane w środę przez przewodniczącą KE Ursulę von der Leyen pozwanie do Trybunału Sprawiedliwości UE zapisów o powiązaniu wypłat z praworządnością. Procedury wskazują bowiem, że luksemburscy sędziowie nie orzekliby w tej sprawie przed upływem półtora–dwóch lat. A wtedy najpewniej węgierski premier zostałby już wybrany na kolejną kadencję.

Wybory w Holandii

Jest też kwestia swobody podejmowania decyzji. Orbán ma ją bardzo dużą, bo w pełni kontroluje Fidesz, który dysponuje 132 deputowanymi w 199-osobowym parlamencie.

– Jeśli w Brukseli pójdzie na daleko idący kompromis, i tak większość Węgrów uwierzy w jego narrację, a nie krytykę opozycji – przekonują nasze źródła w Budapeszcie.

Takiej swobody Mateusz Morawiecki nie ma. I choć rozmówcy w rządzie przekonują, że premier był zdecydowany dużo wcześniej na postawienie weta, niż Zbigniew Ziobro zaczął się tego domagać, to w oczach opinii publicznej obaj politycy Zjednoczonej Prawicy licytują się, kto zachowa tu twardsze stanowisko.

Źródła dyplomatyczne wskazują, że w trakcie rozmów obaj przywódcy ustalili wspólną strategię przynajmniej do szczytu UE 10 grudnia. Na stole zasadniczo są cztery możliwości przełamania kryzysu. Modyfikacja uzgodnionej już przez Parlament Europejski i przewodzących Unii Niemców formuły powiązania wypłat z przestrzeganiem praworządności byłaby niezwykle trudna, w szczególności z powodu oporu premiera Holandii Marka Rutte. Znacznie bardziej realne jest więc uzgodnienie odrębnego dokumentu, który doprecyzowałby, wedle jakich procedur i na podstawie jakich kryteriów dany kraj członkowski może zostać ukarany wstrzymaniem wypłat unijnych funduszy. To jest opcja, która najbardziej odpowiada Polsce. Nie tylko oddala ryzyko arbitralności ze strony Brukseli, ale ma też ciche poparcie Hiszpanii, Włoch i innych krajów południa Europy, które z uwagi na bardzo trudną sytuację gospodarczą z niecierpliwością czekają na uruchomienie pomocy UE. W tym kontekście wspomina się o kompromisie z Janiny z 1994 r., który wprowadzał wymóg silniejszej większości państw przy podejmowaniu decyzji przez Radę UE po poszerzeniu Unii, niż stanowiły to wówczas traktaty. Miał przez to zapewnić utrzymanie dotychczasowych wpływów przez Francję czy Niemcy w poszerzonej Wspólnocie. Ale nasi rozmówcy w Budapeszcie wskazują, że upór nie jest tu aż tak potrzebny, bo i tak ryzyko, że kraje UE wzajemnie zaczną się oskarżać o łamanie praworządności, jest niewielkie. Od lat nie robią tego w ramach wytoczonej Polsce procedury z art. 7.

Inną opcją jest odłożenie decyzji poza wybory parlamentarne w Holandii 17 marca w nadziei na złagodzenie stanowiska przez premiera Rutte. Oba kraje nie wierzą natomiast w groźbę zawarcia przez 25 państw odrębnego porozumienia w sprawie budżetu marginalizującego Unię. To stawiałoby pod znakiem zapytania poszerzenie Wspólnoty w 2004 r. – jeden z największych sukcesów dyplomatycznych w historii Niemiec.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA