fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Ceausescu. Koniec dyktatora

25 grudnia 1989 roku dyktator zostaje w błyskawicznym procesie skazany na śmierć i tego samego dnia rozstrzelany wraz z żoną.
YouTube
W ciągu sześciu godzin rumuński dyktator, przed którym wszyscy drżeli, i jego znienawidzona żona zamienili się w więźniów. Z władców stali się starym małżeństwem, które nie ma już nikogo. Wszyscy ich zdradzili i opuścili.

25 grudnia 1989 roku rozstrzelano komunistycznego dyktatora Nicolae Ceausescu i jego żonę Elenę. W rocznicę tego wydarzenia przypominamy tekst, który w sierpniu 2016 roku ukazał się na łamach magazynu "Plus minus".

W czwartek, 22 grudnia 1989 r., Nicolae Ceausescu nakazał zorganizowanie w Bukareszcie wiecu potępiającego powstańców. Poza tym w całym kraju funkcjonariusze partyjni otrzymali nakaz przyjścia do zakładów pracy w celu odwiedzenia robotników od udziału w krytycznych wobec reżimu demonstracjach. Wiec miał pokazać, że ludność stoi nadal po stronie Ceausescu.

Generał Viktor Stanculescu, wiceminister obrony, wrócił w nocy z 21 na 22 grudnia z Timisoary do stolicy. Będzie jedną z kluczowych postaci wydarzeń, które zaraz nastąpią. Rankiem 22 grudnia poprosił lekarza wojskowego o założenie gipsu na lewą nogę. Chciał mieć pretekst, żeby nie iść do ministra obrony, który znajduje się wraz z Ceausescu w budynku KC [Komitetu Centralnego Rumuńskiej Partii Komunistycznej – przyp. red.] i szuka go od trzeciej w nocy. [...]

Rankiem 22 grudnia w budynku KC odbyło się raz jeszcze posiedzenie Egzekutywy Komitetu Politycznego. Ceausescu poinformował o śmierci ministra obrony Milei, który popełnił samobójstwo. Wódz obwinił „zdrajcę Mileę" o to, że nie powziął właściwych kroków przeciwko rewolcie. Gheorghe Radulescu i Ion Radu relacjonują, że utracono kontrolę nad robotnikami z wielkich zakładów. Mieli być zawiezieni w zorganizowanych kolumnach na rozpoczynający się zaraz w centrum Bukaresztu wiec, żeby odegrać zwyczajowe sceny z klaszczącymi ludźmi, ale sytuacja wymknęła się spod kontroli. Tłumy ludzi podążały samodzielnie w kierunku centrum. Tak jak w Timisoarze sama skala tego ruchu i świadomość, że stoi za nim wspólna wola, zmiękczają funkcjonariuszy aparatu represji. Naoczni świadkowie, którzy pamiętają godziny rewolucji na ulicach stolicy, opisują niezwykłe, wszechogarniające uczucie, które ich porwało, uwolniło od strachu o własne życie i pozwoliło przeciwstawić się bez lęku połączonym siłom znienawidzonego państwa.

Egzekutywa Komitetu Politycznego dyskutowała, czy i przeciwko komu użyć broni. Minister spraw wewnętrznych Postelnicu tłumaczył, że w przypadku ataków na armię należy strzelać. Niedługo po zakończeniu spotkania w cywilnym ubraniu wszedł do budynku KC utykający Stanculescu. Natychmiast został zaprowadzony do biura Ceausescu, który siedział tam sam z Eleną. Ceausescu oznajmił mu: „Milea się zabił. Jesteś nowym ministrem obrony!".

O 10.00 rano w telewizji ogłoszony został stan wojenny na terytorium całego kraju. Rozpoczął się koszmar Nicolae i Eleny Ceausescu. Ten rodzaj nocnego koszmaru, gdy na próżno próbujemy wstać, ruszyć ręką lub nogą, ale one są jak z ołowiu, gdy walczy się z niewidzialnym wrogiem. Koszmar, w którym próbuje się dotrzeć do celu, od którego odciągają nas niewidzialne siły; w którym twarze znanych nam ludzi zamieniają się w maski, nagle stoimy sami i zaczynamy spadać, coraz szybciej i szybciej, w nieskończenie głęboką przepaść. Z takiego snu nie można się obudzić.

O 11.30 Nicolae Ceausescu wyszedł z ostatnimi wiernymi towarzyszami – część kierownictwa partii już uciekła – wbrew wszelkiej logice i zdrowemu rozsądkowi na balkon budynku Komitetu Centralnego, aby przemówić do tłumów zebranych na Piata Palatului. Gdy zaczął mówić, do zorganizowanego aplauzu, do którego był przyzwyczajony w czasie swoich wystąpień, najpierw cicho, a potem coraz głośniej i intensywniej dochodziły buczenia i gwizdy. Skonsternowany i niepewny, przerwał wystąpienie. Kamery pokazywały przez kilka minut sąsiednie budynki, słychać tylko było, jak Ceausescu mówi: „To prowokacja". Pukał raz po raz w mikrofon i wołał: „Halo, halo, halo! Towarzysze! Towarzysze! Uspokójcie się!". Gdzieś z tyłu krzyczała Elena: „Spokój! Spokój! Spokój!". Wyćwiczone chóralne „Ceausescu – România!" dało mu po kilku minutach raz jeszcze szansę na zabranie głosu. Kamery znów skierowały się na niego. Ad hoc obiecał podwyżkę pensji minimalnej, dodatku na dzieci i emerytur. Ale niepokój tłumów narastał. Transmisja telewizyjna została przerwana.

Widzowie telewizyjnej transmisji jako ostatni obraz ujrzeli wykrzywioną niesamowitym zdziwieniem twarz sekretarza generalnego. Pozbawiona dźwięku scena jest jak sygnał do działania. Pokazuje, że Conducator i jego żona nie panują już nad sytuacją.

Ceausescu wyszedł z balkonu przez duże drzwi. Razem z Eleną znikł w gabinecie. Generał Stanculescu chciał jak najszybciej wyprowadzić małżonków z budynku. Najpierw zamierzał ewakuować ich tajnym tunelem łączącym budynek Komitetu Centralnego z rezydencją Ceausescu. Zrezygnował z tego planu, gdyż obawiał się, że demonstranci zaczną zaraz szturmować budynek z parteru. Generał pospieszył do biura Ceausescu: „Nacisk jest ogromny, będzie lepiej, jeśli pan i towarzyszka odlecicie stąd śmigłowcem", powiedział. Oboje małżonkowie byli bladzi. „Dobrze", odpowiedzieli. Stanculescu sięgnął po telefon i połączył się z komendantem odpowiedzialnej za bezpieczeństwo prezydenta jednostki Securitate.

Porzucony przez robotników

Wezwane zostały dwa śmigłowce, ale na dachu mógł wylądować tylko jeden, maszyna prezydencka z osobistym pilotem Ceausescu Malutanem. Tymczasem Ceausescu wsiadł już z żoną, ochroniarzami i jeszcze jednym funkcjonariuszem do windy, która miała ich zawieźć na najwyższe piętro budynku. Gdy chcieli wysiąść z windy, aby dojść do ratującego ich śmigłowca, drzwi okazały się zablokowane. Jeden z ochroniarzy musiał otworzyć je siłą. Musiała to być szalona scena: winda wypuściła pasażerów dopiero po uderzeniach kolbami karabinowymi. Uciekinierzy przecisnęli się przez okno, żeby wejść na taras, pobiegli do śmigłowca, w którym było miejsce tylko dla Nicolae i Eleny Ceausescu, Manei Manescu i Emila Bobu, członka Egzekutywy Komitetu Politycznego, oraz dla dwóch ochroniarzy z Securitate. Na dole do budynku KC przedostali się już rewolucjoniści. Przeładowana maszyna wzbija się w powietrze i bardzo powoli wznosi. 22 grudnia 1989 roku o 12.08 wraz z odlotem śmigłowca z dachu Komitetu Centralnego RPK zakończyła się „złota epoka Ceausescu".

W Bukareszcie rozpoczęło się powstanie. W krótkim czasie centrum wypełniło się demonstrantami. Tysiące ludzi, głównie młodych, w większości licealistów i studentów, zbierało się pod hotelem Intercontinental i na uniwersytecie. Budowali barykadę i skandowali: „Jos Ceausescu, Moarte dictatorului, Jos comunismul" (Precz z Ceausescu; Śmierć dyktatorowi; Precz z komunizmem). Żołnierze, milicjanci, ale także uzbrojeni funkcjonariusze Securitate w cywilu patrolowali główne arterie komunikacyjne. Po południu, około godziny 16, były już pierwsze ofiary. Wieczorem i w nocy w centrum Bukaresztu rozpętało się piekło. Na powstańców przypuszczono atak z użyciem armatek wodnych, gumowych pałek, transporterów opancerzonych i ostrej amunicji. Uciekających demonstrantów ścigano aż do wejścia do metra, tam można ich było pobić, zabić lub tylko postrzelić. Dziesiątki straciły życie. Najcięższe walki uliczne z największą liczbą ofiar toczyły się około północy, gdy przerwana została barykada zbudowana przez powstańców przy hotelu Intercontinental. Zasługą aktora Iona Caramitru jest to, że nie padło jeszcze więcej ofiar. Aż do wyczerpania przez głośniki wzywał walczących, żeby przestali strzelać. Walki trwały do trzeciej nad ranem. Zanim wstał dzień, zniknęły wszelkie ślady tego, co działo się na ulicach.

Pasażerowie śmigłowca nie mieli po ucieczce z centrum Bukaresztu konkretnego celu. Wylądowali wreszcie w Snagovie, 35 kilometrów na północny wschód od Bukaresztu, przy tamtejszej rezydencji dyktatora. Ceausescu usiłował nawiązać stamtąd kontakt z centralami rządu, Securitate i armii, ale nie mógł się z nikim połączyć. Komendant sił powietrznych, do którego dodzwonił się pilot Malutan, by na żądanie Ceausescu poprosić o kolejne śmigłowce i zbrojną asystę, odmówił i odesłał Malutana do jego własnej bazy wojskowej. Ale i tam sprawę Ceausescu uznano już za zamkniętą i nikt nie zamierzał pospieszyć mu z pomocą. W końcu małżeństwo Ceausescu postanowiło lecieć dalej. Bobu i Manescu zostali w Snagovie. Powietrzna podróż Ceausescu skończyła się w miejscowości Titu, przy drodze krajowej numer 7. Odtąd podróżowali autostopem. Szczęśliwy, że pozbył się pasażerów, Malutan odleciał do swojej bazy. Dostrzegł jeszcze, jak dwaj funkcjonariusze Securitate zatrzymali czerwoną dacię.

Właściciel samochodu, lekarz, został zmuszony do kontynuowania jazdy z małżeństwem Ceausescu i jednym ochroniarzem. Drugi ochroniarz jechał z tyłu w innym zatrzymanym aucie. Kolumna zatrzymała się we wsi Vacaresti, żeby zatankować. Ceausescu znalazł tu kolejny samochód. Robotnik Nicolae Petrisor mył właśnie przed domem swoją czarną dacię, gdy nagle ujrzał prezydenta kraju, który domagał się, aby został jego szoferem. Rzut oka na broń jednego z ochroniarzy (drugi zdążył już uciec) na pewno szybko skłonił Petrisora do wyrażenia zgody. W nowym samochodzie Nicolae i Elena Ceausescu omawiali kolejny cel. Nicolae upierał się przy Târgoviste, gdzie znajduje się huta stali; spodziewał się tam ochrony i wsparcia ze strony robotników. Po przybyciu na miejsce musiał się pożegnać ze złudzeniami. Brama fabryki pozostała zamknięta przed nim i żoną, zebrani przed nią strajkujący robotnicy rzucali nawet kamieniami za samochodem. Szalona podróż trwała dalej.

Petrisor pozbył się niechcianych pasażerów w Centrum Ochrony Roślin w Târgoviste, zakładzie wizytówce socjalistycznej Rumunii. Dyrektor zakładu zgłosił przybycie „gości" telefonicznie milicji i Securitate w Târgoviste. Była 14.00. Kontrolowane przez rewolucjonistów telewizja i radio wzywały już w tym czasie do polowania na zbiegłego dyktatora. Za pośrednictwem telewizji generałowie Chitac i Voinea z Bukaresztu wydali jednostkom wojskowym w Târgoviste rozkaz pojmania obojga Ceausescu. W Târgoviste krążyły plotki. Pułkownik Andrei Kemenici, komendant jednostki wojskowej 01417 i szef garnizonu w Târgoviste, otrzymał ze stolicy raz jeszcze wyraźny rozkaz aresztowania pary prezydenckiej. Odbierał też niezliczone telefony od ludności. Każdy chciał poznać obecne miejsce pobytu małżeństwa. Kemenici rozesłał liczne patrole w celu znalezienia Ceausescu. Wracały z pustymi rękami. Potwierdził się jeden jedyny telefon z Centrum Ochrony Roślin. Ale właśnie ta wiadomość dotarła za późno. Gdy patrol przybył na miejsce, żołnierze dowiedzieli się, że Elenę i Nicolae Ceausescu już zabrano.

Ukrywany w krzakach

Dwóch podoficerów milicji, Ion Enache i Constantin Paisie, zabrało parę ze sobą. Paisie opowiadał później, że podczas spotkania z Ceausescu zrobił trzy kroki paradne, przedstawił się i powiedział: „Towarzyszu prezydencie, od komendantury okręgowej milicji otrzymałem rozkaz zajęcia się waszym bezpieczeństwem. W drodze do nas są dziesiątki tysięcy ludzi. Proszę was zatem, żebyście poszli za mną". Ceausescu nie stawiali oporu, gdy milicjanci prowadzili ich do szarej, wyposażonej w radio dacii i kazali usiąść na tylnym siedzeniu. Ceausescu zapytał tylko podobno: „Czego chcecie ode mnie, co zamierzacie?".

Jazda do komisariatu okazała się trudna. Ulice pełne były ludzi, przechodnie i demonstranci rozpoznali Ceausescu w samochodzie, milicyjną dacię ścigało kilka samochodów, jeden z nich nawet ją potrącił. Małżonkowie Ceausescu musieli się na niektórych odcinkach kłaść na podłodze, żeby schować się przed rozwścieczonym tłumem. Przed budynkiem milicji tłoczyła się ? rzesza ludzi. Milicjanci pojechali więc dalej z potencjalnie niebezpiecznymi, ale i zagrożonymi pasażerami. Szara dacia przemierzyła miasto, opuściła je, krążyła po okolicy i zatrzymała się wreszcie około 14.30 na skraju lasu w pobliżu miejscowości Ratoaia, jakieś 20 kilometrów od Târgoviste. Dopiero po trzech godzinach wrócili do Târgoviste. W międzyczasie samochód z milicjantami i parą prezydencką stał w krzakach. Constantin Paisie opowiada, że gdy się tak ukrywali, on i jego kolega rozmawiali z przymusowymi pasażerami o niedoborach panujących w kraju. Ceausescu sprawiał wrażenie kogoś, kto nie wie, jak wygląda rzeczywistość.

Około 17.30 oboje Ceausescu wrócili do Târgoviste. Do siedziby milicji wtargnęli już rewolucjoniści i przejęli kontrolę. Doszło do krótkiej wymiany zdań z Ceausescu. Zarzucono mu krwawą masakrę w Timisoarze i ogólną nędzę w Rumunii. Wciąż jeszcze urzędujący prezydent odpowiadał sloganami: wydarzenia ostatnich dni należy przypisać interwencji z zewnątrz, sytuacja ludności jest zła, bo kupił ropę naftową w Związku Radzieckim i musiał w zamian dostarczyć mięso i produkty spożywcze, ale ile za to zrobił dla miast i przemysłu, itd.

Zdradzony przez podwładnych

Krótko przed godziną 18 wojsko wreszcie – raczej przypadkowo – odkryło Ceausescu na komisariacie. Milicja, która od poprzedniego dnia podlegała wojsku, nie poinformowała armii, że małżonkowie od wczesnego popołudnia znajdują się w jej rękach. Pewną rolę odegrała tu zapewne okoliczność, że Ceausescu i jego żona byli cennym fantem w grze, której wyniku jeszcze nie znano. Ten, kto trzymał pieczę nad Ceausescu, mógł w zależności od rozwoju sytuacji powiedzieć: „My ich ujęliśmy", albo też: „My ich ochroniliśmy".

Dwóch majorów z garnizonu poddało Nicolae i Elenę Ceausescu krótkiej kontroli. Poza piórem wiecznym, długopisem i małym notesem nie mieli przy sobie nic. Wódz i Elena nie chcieli początkowo odejść od milicjantów, ale dwaj oficerowie armii przekonali ich w końcu, że w jednostce wojskowej znajdą lepszą ochronę. W białym samochodzie terenowym marki ARO para prezydencka pojechała do koszar w towarzystwie swojego pierwszego strażnika Constantina Paisie. 22 grudnia o 18.30 dojechano do koszar. Ceausescu przez chwilę myślał, że są bezpieczni, odniósł wrażenie, że armia będzie się nimi opiekować: „Możesz wysiadać, wszystko w porządku", powiedział do Eleny. Oboje wysiedli z pojazdu. Ale spostrzegł, że się pomylił. Komendant garnizonu Andrei Kemenici kazał zaprowadzić ich do biura, do którego wstawiono dwa łóżka. Będzie ich więzieniem.

W ciągu sześciu godzin dyktator, przed którym wszyscy drżeli, i jego znienawidzona żona zamienili się w więźniów. W ciągu sześciu godzin z władców stali się starym małżeństwem, które nie ma już nikogo. Jeśli w dobrze wyszkolonych szeregach armii czy Securitate zachowały się jakieś siły wierne Ceausescu, to w tych godzinach ucieczki, gdy para prezydencka błądziła po okolicy, dałoby się na pewno ją zlokalizować, dotrzeć do niej i przewieźć w bezpieczne miejsce. Nic podobnego się nie wydarzyło. Wszyscy ich zdradzili i opuścili.

Fragment książki „Ceausescu. Piekło na ziemi" Thomasa Kunze w przekładzie Joanny Czudec, która ukazała się nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka. Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA