Rzecz o prawie

Pozostaje honorowo odejść - Tomasz Krawczyk o zakończeniu blamażu obecnej KRS

YouTube
Kompromitacja KRS musi się wreszcie skończyć. Oglądając filmy o samurajach, pewnie każdy choć raz, widział scenę rytualnego samobójstwa popełnianego przez zhańbionego błędem, dokonywanego po to, by godną śmiercią ocalić resztki honoru.

Oglądając filmy o samurajach, pewnie każdy choć raz, widział scenę rytualnego samobójstwa popełnianego przez zhańbionego błędem, dokonywanego po to, by godną śmiercią ocalić resztki honoru. Obecnie powszechnie akceptowanym sposobem uratowania resztek godności przez urzędnika jest rezygnacja z zajmowanej funkcji. Taki gest świadczy o honorze i przyjęciu odpowiedzialności za błędy.

Pośpiech pod dyktando

W artykule („Z tej mąki wyjdzie zakalec"), napisanym po pierwszym dniu przesłuchań przed Krajową Radą Sądownictwa, pokusiłem się o ocenę przyszłych wyników prowadzonej procedury. Wskazałem, że nie wyłoni ona najlepszych kandydatów, a „właściwych". Była farsą, dokonaną przy aroganckim zlekceważeniu licznie pojawiających się w przestrzeni publicznej ostrzeżeń i zastrzeżeń. Błędem przewodniczącego, sędziego Leszka Mazura, wynikającym z politycznych oczekiwań partii rządzącej, było skoncentrowanie przesłuchania wszystkich kandydatów na okres zaledwie kilku dni, po którym niezwłocznie przystąpiono do głosowania na specjalnie w tym celu zwołanym posiedzeniu. Bez wnikliwej oceny dorobku, w gorączkowym trybie, który nie przystoi nawet przy konkursie na asystenta w sądzie rejonowym, wyłoniono kandydatów na sędziów Sądu Najwyższego.

Przesłuchania trwały zbyt szybko, niektórym kandydatom poświęcano ledwie parę minut. Nie prowadzono ich na forum całej Rady ale, by przyspieszyć wybór, w czterech osobnych zespołach. W rezultacie większość członków KRS nie zobaczyła kandydata na oczy, głosując w zaufaniu do rekomendacji właściwej komisji.

Zabrakło jawności przesłuchań co pozwoliłoby społeczeństwu na ocenę przydatności kandydatów na urząd sędziego SN. Tak szybka i nietransparentna procedura nie pozwalała KRS na dokonanie rzetelnego wyboru bez uniknięcia kompromitujących wpadek. Były one tylko kwestią czasu. Największe kontrowersje wystąpiły w wypadku Izby Dyscyplinarnej, ale w odniesieniu do innych izb też nie było lepiej. Wystarczy przywołać przykład „przepychania kolanem" popieranej przez Zbigniewa Ziobrę kandydatury Kamila Zaradkiewicza.

Takich „kwiatków" było więcej. Na przykład kontrowersje wokół nagłośnienia w 2006 r. na konferencji prasowej przez prokurator Małgorzatę Bednarek rzekomej afery korupcyjnej z udziałem sędziów i prokuratorów (która się nie potwierdziła, a pomówieni sędziowie otrzymali potem od prokuratury zadośćuczynienia finansowe po 50 tys. zł oraz przeprosiny).

Czarę goryczy przelało rekomendowanie prokuratora Jarosława Dusia mimo braku wymaganego okresu stażu na stanowisku oraz mimo karalności dyscyplinarnej, a także radcy prawnej z Białegostoku Małgorzaty Ułaszonek-Kubackiej, która w 2017 r. także została w radcowskim postępowaniu dyscyplinarnym ukarana karą dyscyplinarną.

By oceniać innych, sami mają być kryształowo czyści

Pozostawiam czytelnikom ocenę postawy moralnej i dobrego samopoczucia obojga kandydatów, którzy wiedząc o swym przewinieniu dyscyplinarnym, zdecydowali się startować w konkursie do Sądu Najwyższego i to akurat do tej izby, która ma oceniać cudzą etykę zawodową.

Ile podobnych sytuacji w odniesieniu do innych rekomendowanych osób pozostało niewykrytych? Obowiązkiem członków Rady było rzetelne i wszechstronne zweryfikowanie wszystkich kandydatur, zarówno od strony formalnej, merytorycznej jak i etycznej, tym bardziej, że chodziło o kandydatury do Sądu Najwyższego.

Tłumaczenie sędziego Wiesława Johanna, że błąd co do radcy prawnej Ułaszonek-Kubackiej wyniknął z braku w formularzu zgłoszenia stosownej rubryki o karalności dyscyplinarnej, wzbudza jedynie politowanie. Przy naborze do Izby Dyscyplinarnej od tego akurat należało zaczynać przesłuchanie każdego z kandydatów, bo oceniający cudzą etykę zawodową sam musi być kryształowo czysty.

Czas na refleksje

Na tle wpadek i wyraźnego uzależnienia obecnej KRS od ministra sprawiedliwości (co widać po wybranym składzie przyszłej Izby Dyscyplinarnej) o groteskę ocierał się opublikowany na łamach „Rzeczpospolitej" wywiad z sędzią Dagmarą Pawełczyk - Woicką, w którym podkreślała rzekomą rzetelność działań Rady („Wybieramy do SN najlepszych").

Z uwagą przeczytałem (po rezygnacji pani Ułaszonek - Kubackiej) wypowiedź rzecznika KRS, sędziego Macieja Mitery: „jest oczekiwanie, że pan prokurator Duś w poczuciu przyzwoitości i autorefleksji uzna, że być może jeszcze nie jest to czas, że może kandydować".

To jasne wezwanie do wycofania zgłoszenia nasunęło mi równie zasadne pytanie: dlaczego w poczuciu owych trafnie przywoływanych „przyzwoitości i autorefleksji", to właśnie członkowie KRS po tak kardynalnych błędach i żenującym spektaklu, jaki zafundowali społeczeństwu przy okazji wyboru kandydatów do SN, bezkrytycznie uznają, że są nadal godni piastować zajmowane stanowiska? Czy nie mają poczucia, że zawiedli? Blamaż obecnej KRS winien się skończyć w jeden możliwy sposób: rezygnacją z zajmowanych funkcji osób odpowiedzialnych za błędy. Seppuku tu nie trzeba, ale honorowego odejścia wszystkich członków KRS – owszem.

Autor jest sędzią Sądu Okręgowego w Łodzi

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL