fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Truciciel musi odpowiadać - jak zmusić syndyka do naprawy skażonego środowiska

Adobe Stock
Aby woda znów była czysta, a trawa zielona.

Siwe grunty, brak roślinności, resztki zabudowań fabrycznych – tak dziś wyglądają tereny nieczynnych składowisk odpadów produkcyjnych po dawnych Zakładach Chemicznych w Bydgoszczy. W bezpośrednim sąsiedztwie, na osiedlu Łęgnowo, mieszkają ludzie. Zakłady już w latach 80. nazywane były największym trucicielem Polski.

Pół wieku temu standardy bezpieczeństwa produkcji chemikaliów mocno odbiegały od dzisiejszych. Już wtedy jednak wiedziano o emisji toksyn do środowiska. To fenol, anilina, tuloidyna, chloroanilina, oktylofenole, estry oktulofenolooksyetylenowe, hydroksybifynele oraz difenylosulfon – wszystkie kancerogenne, mutagenne i toksyczne. W 1969 r. władze zarządziły dostarczanie mieszkańcom wody beczkowozami. W 1989 r. sąd wstrzymał w zakładach produkcję fenolu, jednego z głównych produktów firmy. Lata niekontrolowanego składowania odpadów poprodukcyjnych doprowadziły jednak do tak głębokiego wniknięcia toksyn w glebę, że na samodzielną regenerację środowiska nie było co liczyć.

Czytaj też:

Ustawodawca na ratunek?

Wydawało się, że na ratunek środowisku przyszedł w końcu ustawodawca. Ustawa z 14 kwietnia 2007 r. o zapobieganiu szkodom w środowisku i jego naprawie przewidywała rozwiązania niemal skrojone pod tę sytuację. Zgodnie z nią sprawca skażenia w uzgodnieniu z organem ochrony środowiska po pierwsze musi podjąć działania zapobiegające jego rozwojowi, a po drugie naprawić już wyrządzoną szkodę. Gdyby sprawca nie chciał działać dobrowolnie, zgodnie z ustawą organ ochrony środowiska narzuci mu to decyzją administracyjną.

W listopadzie 2007 r. zakłady zastosowały się do przepisów ustawy, uzgadniając z wojewodą sposoby oczyszczania gruntu. Prace miały trwać do usunięcia skażenia. Tak się jednak nie stało. Po sześciu latach firma poddała się w walce z zanieczyszczeniami. Zbiegło się to z ogłoszeniem jej upadłości.

W tym czasie Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska dysponowała już badaniami, z których wynikało, że skażenie ma o wiele szerszy zasięg, niż wcześniej przypuszczano (108 ha), i dotyczy też wód gruntowych. Okazało się, że w wodzie przeznaczonej do spożycia jest wiele toksyn. Organ wezwał więc syndyka masy upadłości firmy do kontynuowania działań na podstawie ustawy szkodowej. Bezskutecznie.

Nowela chroni przed odpowiedzialnością

Na przeszkodzie w pociągnięciu syndyka do odpowiedzialności środowiskowej stanęła też nowela ustawy o ochronie środowiska z września 2014 r., która wprowadziła pojęcie historycznego zanieczyszczenia ziemi. Zgodnie z definicją ustawową za takie należy uważać zanieczyszczenie, które zaistniało przed dniem 30 kwietnia 2007 r. lub wynika z działalności zakończonej przed 30 kwietnia 2007 r. Historyczne zanieczyszczenie ziemi zostało zarazem wyłączone spod reżimu ustawy szkodowej. Chociaż ustawodawca przewidział sposoby zwalczania historycznych zanieczyszczeń, to na terenach po bydgoskich zakładach mogłyby okazać się nieefektywne. Są wątpliwości, czy i w jakim zakresie można ich użyć, gdy nastąpi skażenie wód podziemnych. A to zatrucie wody jest tam obecnie głównym problemem.

Dlatego organ ochrony środowiska, decyzjami z 2016 r. i 2018 r., nakazywał syndykowi podjęcie środków zapobiegających migrowaniu zanieczyszczeń do wód gruntowych. Zgłosił też starą decyzję wojewody do egzekucji administracyjnej.

Syndyk sprzeciwił się jednak działaniom RDOŚ. Zaskarżył je do wyższych instancji, częściowo skutecznie. Generalny Dyrektor Ochrony Środowiska uchylił zarówno decyzję RDOŚ z 2016 r., jak i późniejszą, wydaną po ponownym wyjaśnieniu sprawy, z 2018 r. GDOŚ uznał, że skoro w obiegu prawnym pozostaje decyzja wojewody (jakkolwiek nieprecyzyjna i wciąż niewykonana), to na następcę prawnego zakładów nie mogą być nakładane kolejne obowiązki z ustawy szkodowej.

Na skutek skargi prokuratora sprawa trafiła do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Według prokuratora obecnie mamy do czynienia z inną sprawą niż w 2007 r., a więc wymaganie od syndyka nowych działań na skażonym terenie jest w pełni uzasadnione.

Prokurator uzyskał poparcie rzecznika praw obywatelskich, który przyłączył się do sprawy. W piśmie procesowym rzecznik zarzucił m.in. GDOŚ, że wbrew obowiązkom procedury administracyjnej pobieżnie ocenił dowody zgromadzone przez RDOŚ. Z tych wynikało zaś, że zaniechania podmiotów „korzystających ze środowiska" po 2007 r. przyczyniły się do rozwoju skażenia i powstania „nowej" szkody w środowisku.

Konstytucyjny obowiązek

Przystąpienie RPO jest elementem konsekwentnie wywieranej przez niego od kilku lat presji na organach władzy, aby faktycznie realizowały konstytucyjny obowiązek przeciwdziałania degradacji środowiska. Obowiązek ten ustawa zasadnicza wyraźnie wiąże z prawem człowieka do ochrony zdrowia (art. 68 ust. 1 i 4 konstytucji). Aby prawo to nie było iluzoryczne, konieczne jest jednak rygorystyczne egzekwowanie norm przewidzianych w ustawie szkodowej.

Autorka jest specjalistką w Zespole Prawa Administracyjnego i Gospodarczego w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA