fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Aneta Pankowska: „Taśmy Obajtka” – prawda czy może manipulacja?

Daniel Obajtek
Daniel Obajtek
Fotorzepa/ Piotr Guzik
Dowód z nagrania mogą dyskwalifikować okoliczności, w jakich nastąpiło, jeżeli wskazują jednoznacznie na poważne naruszenie zasad współżycia społecznego.

Od kilku dni część mediów Polsce żyje tzw. taśmami Obajtka. Padają mocne słowa o „wstrząsających taśmach" czy „nagraniach rujnujących wizerunek prezesa Orlenu". Zdaniem „Gazety Wyborczej" miał on w 2009 r. dopuścić się naruszenia przepisów ustawy o ograniczeniu prowadzenia działalności gospodarczej przez osoby pełniące funkcje publiczne. Pełniąc bowiem funkcję wójta Pcimia, miał jednocześnie kierować z tylnego fotela lokalnym przedsiębiorstwem TT Plast. Dowodów na to mają dostarczać opublikowane przez „Gazetę Wyborczą" nagrania rzekomo z udziałem Daniela Obajtka.

Po raz kolejny zatem nagrania stały się przyczyną burzy medialnej i politycznej w Polsce.

Czytaj też:

Jestem prawnikiem – radcą prawnym z prawie 20-letnim doświadczeniem. Od wielu lat prowadzę procesy o naruszenie dóbr osobistych. Osią tych sporów jest dowodzenie, czy publicznie uczyniony zarzut jest prawdziwy. W sprawach dziennikarzy na czoło wysuwa się kwestia dochowania należytej staranności i rzetelności w opracowaniu materiału prasowego, nawet jeśli się okaże, że zawierał informacje nieprawdziwe.

Nie odnoszę się do prawdziwości zarzutów stawianych panu Obajtkowi. Przy założeniu autentyczności nagrań, należałoby zrekonstruować jego działania. Następnie stwierdzić, czy stanowią one niedozwoloną formę uczestniczenia w działalności gospodarczej przez osobę pełniącą funkcje publiczne. Ustawa kładzie nacisk na zakaz posiadania jednostek uczestnictwa lub pełnienia formalnych funkcji w podmiotach prowadzących działalność gospodarczą. Pojawia się także bardziej ogólny zakaz „zatrudnienia lub wykonywania innych zajęć w spółkach prawa handlowego, które mogłyby wywołać podejrzenie o ich stronniczość lub interesowność". Ewentualnie ten przypadek mógłby wchodzić w grę. Stwierdzenie jednak, czy doszło do naruszenia tej regulacji, wymagałoby rekonstrukcji sposobu działania D. Obajtka w 2009 r. Już pobieżna analiza opublikowanych nagrań pozwala wątpić, czy zabieg ten mógłby okazać się skuteczny.

Skupmy się jednak na samych nagraniach. A konkretnie na ich dowodowej wartości.

Wiarygodne nagrania, czyli jakie?

Czy nagrania, zwłaszcza dokonane bez zgody osoby zainteresowanej, mogą być wiarygodnym dowodem? Stanowisko polskich sądów długo było niejednolite. Ostatecznie jednak przyjął się pogląd umiarkowany, który dowód taki pod pewnymi warunkami dopuszcza. Nagranie może zatem posłużyć do ustalenia faktycznego przebiegu zdarzeń. Także gdy nastąpiło bez wiedzy i zgody osoby nagrywanej. Sąd Najwyższy stoi jednak na stanowisku, że dopuszczenie takiego nagrania jako dowodu wymaga oceny, czy – ze względu na swoją treść i sposób uzyskania – nie narusza konstytucyjnie gwarantowanego (art. 47 Konstytucji RP) prawa do prywatności osoby nagranej. Jeśli sąd dojdzie do wniosku, że narusza, to powinien dokonać oceny, czy naruszenie tego prawa może znaleźć uzasadnienie w potrzebie ochrony ważniejszego interesu prywatnego, np. zapewnienia innej osobie prawa do sprawiedliwego procesu (art. 45 Konstytucji RP) lub w potrzebie ochrony interesu publicznego.

Sąd powinien zważyć, który interes zasługuje w okolicznościach konkretnej sprawy na realizację i ochronę. W tym celu powinien dokonać nie tylko analizy treści nagrania, ale przede wszystkim sposobu i okoliczności jego pozyskania. W orzecznictwie wskazuje się, że „jeżeli jedna ze stron przedstawia dowód z potajemnego nagrania rozmowy jako dowód na niekorzyść strony przeciwnej, to powinny być – przy pomocy innych środków dowodowych, zwłaszcza dowodu z zeznań świadków lub z przesłuchania stron – bardzo starannie i wnikliwie wyjaśnione przyczyny i okoliczności, w jakich nagranie zostało dokonane". Dowód z nagrania mogą dyskwalifikować okoliczności, w jakich nastąpiło nagranie, jeżeli wskazują jednoznacznie na poważne naruszenie zasad współżycia społecznego. Ważne jest zatem drobiazgowe ustalenie, kto nagrał, kiedy i jak to zrobił, w jakich okolicznościach to nastąpiło, a także w jakim celu.

Kwestią fundamentalną i oczywistą jest weryfikacja autentyczności nagrania. Należy ustalić, czy analizowany materiał nie cechuje się brakiem integralności (ciągłości), co może przekładać się na możliwość manipulowania jego treścią. By kwestię tę ocenić wiarygodnie, należy – zdaniem specjalistów – dokonać analiz z wykorzystaniem oryginalnego urządzenia rejestrującego.

Co wiemy o tych okolicznościach w kontekście tzw. taśm Obajtka? Nic. Wiemy tylko, że nagranie ma pochodzić od wuja prezesa Obajtka, z którym ten miał być skonfliktowany. Nie wiemy, w jakiej formie trafiło w ręce dziennikarzy i czy nastąpiło to wraz z urządzeniem rejestrującym dźwięk, tak aby móc dokonać oceny autentyczności nagrania. Nie ma informacji, czy ktokolwiek autentyczność nagrania potwierdził. Nie wiemy, kto nagrał rozmowę. Nie wiemy, kiedy nagranie sporządzono, ani w jakich okolicznościach. Wreszcie nie wiem, w jakim celu nagranie zostało sporządzone. Nie wskazano także żadnych świadków, którzy mogliby powiedzieć cokolwiek o okolicznościach jego sporządzenia lub wypowiedzieć się co do treści nagrania. Nic. Tylko i wyłącznie nagranie kompletnie niewiadomego pochodzenia.

Czy zatem takie nagranie może być podstawą publicznego formułowania zarzutów popełnienia czynów bezprawnych, w tym przestępstw? Bardzo wątpliwe. Przynajmniej z punktu widzenia prawnika. Ale jak widać, niekoniecznie z punktu widzenia dziennikarza.

Rzetelność dziennikarska?

Zgodnie z art. 12 prawa prasowego dziennikarz jest obowiązany  zachować szczególną staranność i rzetelność przy zbieraniu i wykorzystaniu materiałów prasowych, zwłaszcza sprawdzić zgodność z prawdą uzyskanych wiadomości lub podać ich źródło. Wymóg „szczególnej" staranności dziennikarskiej idzie dużo dalej niż zwykła staranność wymagana w stosunkach cywilnych i dotyczy każdej formy dziennikarstwa, nie wyłączając dziennikarstwa newsowego i śledczego. Im bardziej sensacyjny charakter wiadomości, tym stopień staranności oraz rzetelności powinien być wyższy. Przejawem zachowania rzetelności dziennikarskiej jest m.in. nieopieranie się na źródle, którego obiektywizm lub wiarygodność budzi wątpliwości. Przejawem staranności zaś poparcie ustaleń dziennikarskich stosowną weryfikacją i udokumentowaniem zebranych materiałów.

Czy autorzy publikacji „Taśmy Obajtka" dochowali tej staranności? Czy oparcie bardzo odważnych twierdzeń i zarzutów, wpływających nie tylko na sytuację prawną jednostki, ale także na sytuację prawną spółki o kluczowym dla bezpieczeństwa państwa polskiego znaczeniu, wyłącznie na nagraniu niewiadomego pochodzenia spełnia te kryteria?

Moim zdaniem – jako prawnika, ale też członka tej społeczności – zdecydowanie nie.

Oglądałam rozmowę z twórcami materiału „Taśmy Obajtka" (została opublikowana równocześnie z materiałem). Najwięcej miejsca poświęcają komentowaniu treści fragmentów nagrań. Jednoznacznie przypisują im walor informacji prawdziwych, a zarazem sensacyjnych. Nie zajmuje ich kwestia pochodzenia nagrania. Nie interesuje ich jego autentyczność. Bez znaczenia są okoliczności, w jakich miało dojść do sporządzenia nagrań. To, że nie udało im się zebrać żadnych innych dowodów na poparcie ich tez, przypisują wyłącznie „potędze" i „wpływom" Daniela Obajtka.

Nie twierdzę, że stawiane tezy i zarzuty są nieprawdziwe (tego nie wiem), ale budzi mój sprzeciw, na jakich podstawach takie zarzuty są opierane, a następnie szeroko i publicznie powielane i komentowane. I nie chodzi o to, że darzę jakąś szczególną sympatią p. Obajtka. Bynajmniej. Mój sprzeciw dotyczy tendencyjnego przedstawienia informacji pod z góry oznaczoną tezę. Staje się to zmorą dzisiejszego dziennikarstwa w Polsce.

I gdzie tu interes społeczny?

Zadaję sobie pytanie, jaką wartość oraz jakie uzasadnienie – z punktu widzenia interesu społecznego – mają takie publikacje? Interes społeczny jest bowiem jedynie wówczas realizowany, kiedy informacja publicznie przekazywana do społeczeństwa jest rzetelna i została należycie zweryfikowana. Rolą prasy nie jest bowiem informowanie o potencjalnych nieprawidłowościach, ale rzetelne opisywanie rzeczywistości.

Odbiorca publikacji ma przecież prawo być przekonany, że stawiane oceny są rzetelne, a nie zastanawiać się nad tym, czy zostały sformułowane po należytej weryfikacji oraz czy miały rzetelne podstawy. Czytelnicy mają prawo wymagać, aby dziennikarze, zanim postawią zarzuty, poddali je drobiazgowej weryfikacji.

Czy można oczekiwać takiego efektu w przypadku publikacji opartej wyłącznie na nagraniu kompletnie niewiadomego pochodzenia?

Pytanie wydaje się retoryczne.

Autorka jest radcą prawnym oraz partnerem w Kancelarii RKKW, specjalizuje się w sprawach ochrony własności intelektualnej oraz dóbr osobistych

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA