fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Jerzy Karwelis: Remis ze wskazaniem na Bezpartyjnych Samorządowców

Fotorzepa/ Jakub Mikulski
Koalicja Obywatelska utrwaliła jedynie przywództwo Grzegorza Schetyny - uważa Jerzy Karwelis, ekspert Ruchu Samorządowego Bezpartyjni.

Plebiscyt popularności dla zmylenia suwerena nazywany wyborami samorządowymi dobiegł końca. Choć niekoniecznie. W „Bajkach robotów" Stanisława Lema znajduje się opowiadanie o wojnie dwóch królestw, która trwała kilkadziesiąt lat, a po jej zakończeniu natychmiast wybuchła druga, która trwała lat bodaj pięć. Ta druga wybuchła dlatego, że nie było wiadomo, kto wygrał w tej pierwszej. My – politycznie – jesteśmy już w tej drugiej fazie.

Koalicja Obywatelska ogłosiła swoje zwycięstwo, choć w miarę napływu wyników malało ono w strategicznych dla tych wyborów sejmikach wojewódzkich. PiS z kolei też ogłosił swoje zwycięstwo, nabierając do niego pewności w miarę napływu optymistycznych danych z komisji wyborczych. Plebiscyt można więc uznać za nierozstrzygnięty, co powinno zasmucać. To dla wygrania tego konkursu piękności partie zafundowały narodowi wzmożenie polityczne, by ugruntować trend poparcia dla swoich formacji, do zdyskontowania w „prawdziwych" wyborach parlamentarnych. Skoro więc obie strony ogłosiły, że wygrały, to bilans tego starcia można by było uznać za wynik o sumie zerowej. Ale nic podobnego.

Partyjne polecenia

Za tę hucpę zapłacił prawdziwy, niepartyjny samorząd. Partyjni spadochroniarze wytypowani przez partie „na odcinek" samorządu mogą – wybrani – pozostać w wielu naszych małych ojczyznach na pięć lat. Wielu z nich – szczególnie w PiS – nie bardzo chciało wygrać. Wykonywali „tylko" polecenia partii – samorząd jest dla nich mało atrakcyjny, sprowadza ich bowiem na boczny tor centralnej polityki i obarcza obowiązkami ponad siły statystycznego posła. Wielu „nie dało rady" w miastach, wielu po słabej kampanii, wybrało malowniczą porażkę w II turze.

Szczególnym przykładem szkodliwości takiego remisu jest „bitwa warszawska". Nachalna propaganda TVP przestraszyła mieszkańców Warszawy (ale i większych miast), że Hunowie zbliżają się do wrót grodu i ci, którzy nie planowali uczestniczyć w plebiscycie wojny polsko-polskiej ruszyli do urn. Agresywny przekaz PiS podbił więc frekwencję, stworzył dodatkowy elektorat złożony z przeciwników partii rządzącej. Ten ruch wykosił warszawskie (i nie tylko) niezależne komitety i ruchy miejskie, bo podniósł bazę o plemiennych wyborców i niezależni mieli kłopoty z przejściem progów D'Hondta. W wyniku tego Warszawa ma w dużej mierze upartyjnione dzielnice, zaś Radę Warszawy totalnie zdominowaną przez Koalicję Obywatelską.

PiS dostał władzę w 2015 roku dzięki odwróceniu syndromu „małpy w klatce". Twór ten powołał do życia Rafał Ziemkiewicz, który pisał, jeszcze za rządów PO, że na szkoleniach adepci tej partii byli nagrywani taką narracją, że PiS, a szczególnie prezes Kaczyński, to taka małpa w klatce. Jak się uspokoi albo nie daj Boże wyniknie jakaś afera, to trzeba kopnąć w klatkę, a PiS – a najczęściej prezes – skoczy do kraty i będzie się miotał. Publiczność zobaczy wykrzywioną w gniewie twarz (pysk?), przy której spasione, acz podejrzane „mordki" wtedy rządzących zdadzą się uosobieniem luzu i stabilizacji.

To działało do czasu, do kiedy PiS i prezes przestali skakać do kraty na każde kopnięcie. Bo PiS wygrał w 2015 dlatego, że już nie skakał. Lizał sobie cichutko w kącie poranioną łapę, zaś nagle publiczność zobaczyła, że ktoś kopie w klatkę, i to tym mocniej, im bardziej małpa spokojna.

Nagle publiczność zorientowała się, że małpa nie taka znowu nerwowa, za to jakiś furiat się awanturuje. Dała więc małpie banana władzy, a w klatce polskiej polityki zamknęła dotychczasowego strażnika. I byłoby wszystko dobrze, tylko że PiS już zapomniał, że spokój dał mu zwycięstwo i w tych wyborach zaczął... kopać w klatkę. W ten sposób popełnił dwa podstawowe błędy, za które zapłacił. Po pierwsze, agresywne przekonywanie przekonanych, a do takich „nadawał" PiS w tej kampanii, może i zwiera szeregi, ale płoszy wahających się, a to ci decydują o przepływie elektoratu, ten zaś o zwycięstwie.

Po drugie, w naszą propagandę to mają wierzyć oni, a nie my, zaś zaangażowanie mediów publicznych zdaje się wskazywać na szczere przejęcie się rolą. Jeżeli PiS nie wyciągnie z tego wniosków na przyszłość – a widać, że ciężko mu to idzie – efekt z tych wyborów powtórzyć się może, tylko że na większą, polityczną skalę.

Dziś PiS zaklina rzeczywistość, że wynik w miastach to nie jego wina, zaś Koalicja Obywatelska wyciąga z tego obraźliwe wnioski, że miasta są za nią, zaś reszta to cywilizacyjny motłoch, który zagłosował na swoich idoli, czyli ciemnogród. Obie formacje źle więc odczytują wynik tych wyborów

PSL traci mateczniki

Jaki jest więc ich bilans? Po pierwsze i najważniejsze – porażka PSL. By ją zobaczyć, trzeba spojrzeć na mapkę ogólnopolskich wyborów do powiatów – PiS pogonił tam PSL. „Partia familijna" straciła więc swoje mateczniki, a więc lokalne koalicje z PiS są dla „dołów" bardziej atrakcyjne niż coraz bardziej tęczowi koalicjanci z Koalicji Obywatelskiej, którzy w powiatach nic im nie dają. Po prezesie PSL może nie pozostać Kamysz na Kamyszu. Wystarczy tylko, że w tej tekturowej tamie pojawi się dziura i wszystko się wyleje, zmiatając stary-nowy zarząd. Wtedy mapka zwycięzców wyborów sejmikowych pokazałaby tylko POmorze jako jedyny pewny zasób Koalicji.

Koalicja wykonała przewidzianą dla tej formacji robotę – utrwaliła przywództwo Schetyny, ostatecznie wykończyła .Nowoczesną i – w sposób pośredni – jeszcze bardziej osłabiła podzieloną lewicę. SLD – no cóż, totalnie nieobrotowa klęska. Widać, że wojna polsko-polska jej nie służy i będzie albo wchłonięta przez antyPiS, albo zniknie. Platforma Obywatelska, to z kolei zawrót głowy od pozornych sukcesów. Pozornych, bo Koalicja nie dodała słupków jej członków. Zero synergii. Zjednoczony antyPiS zebrał nawet mniej głosów niż PO solo w poprzednich wyborach. Zawrót głowy polega na nadinterpretacji wyników, ale to tylko PR-owskie sztuczki – niegroźne, pod warunkiem że się w nie nie uwierzy. Ale Schetyna, uważając się za niekwestionowanego przywódcę antyPiS może przecenić możliwości integracyjne formacji opartej jedynie na negacji partii rządzącej. W tym koglu-moglu nie może być za dużo jaj z różnych gatunków, bo programowo nie dadzą się zrównoważyć.

Nie ma zaś tu kompletnie miejsca dla PSL, bo ten jak wejdzie do Koalicji, to się albo rozpłynie, albo zderzy z coraz bardziej tęczowymi koalicjantami, a jak pójdzie solo, to przepadnie. Dlatego u Schetyny nic o programie – wszystko o strasznym PiS. I tak będzie do końca. PiS-u albo PO. W dodatku Schetynie wyrósł pod bokiem nowy rywal w postaci pozycji prezydenta Trzaskowskiego, a pan Grzegorz nie lubi takich delfinów i w aquaparku PO może być wesoło.

Kukiz jest na deskach. Kluczowe dla jego narracji wybory samorządowe okazały się klęską. Jego „struktura bez struktur" zadziałała jak w nazwie. Nabory kandydatów przez internet pokazały kompletny brak zaplecza, zaś „płaski" wynik w wyborach do sejmików nie dał żadnego mandatu. Kolejny raz te 7–8 proc. pokazało wciąż żywy (choć gasnący) potencjał elektoratu antysystemowego, którego organizacyjnie Kukiz nie jest wciąż w stanie ogarnąć.

Zatytułowałem swój artykuł „Remis ze wskazaniem", a więc gdzie jest to „wskazanie"? To Bezpartyjni Samorządowcy. Ruch ten wziął się od tego, że samorządowi zwycięzcy w gminach i miastach zawalczyli o sejmiki wojewódzkie, bo te dzielą pieniądze na rozwój gmin, a są w samorządzie kompletnie upartyjnione. Na Dolnym Śląsku – jeszcze w poprzedniej kadencji – Bezpartyjni Samorządowcy tworzyli najliczniejszy klub w tamtejszym sejmiku wojewódzkim, mieli też swojego – jedynego w Polsce – bezpartyjnego marszałka. I tak mocno przytulili do siebie walczące partyjne plemiona, że te – nie mając wyjścia – zabrały się do roboty zamiast do podjazdowej wojny plemion. Między innymi dlatego Dolny Śląsk jest jednym z najszybciej rozwijających się regionów w Europie, o Polsce już nie mówiąc.

Niepomijalny koalicjant

Bezpartyjni Samorządowcy chcieli powtórzyć ten koncept w całej Polsce i namówili do tego ponad 1400 kandydatów oraz uzyskali w tych wyborach status organizacji ogólnopolskiej. Zdobyli czwarty wynik i 15 mandatów, w kilku regionach bardzo ważnych, zaś w kilku nie dostali mandatów o włos.

Ale na Dolnym Śląsku mają Bezpartyjni pozycję niepomijalnego koalicjanta. W mediach i na salonach pełno jest dziś spekulacji, komu się „sprzedadzą", by któraś z partii mogła wbić w polityczną mapę Polski chorągiewkę na Dolnym Śląsku. Plemienne media straszą to z jednej, to z drugiej strony, że jak Bezpartyjni nie pójdą z tym, kim trzeba, to będą zdrajcami, głównie swoich wyborców. Wydaje się, że Bezpartyjni nie mają szans i któremuś z plemion podpadną. Ale milion ich wyborców nie głosował za jakąś koalicją z którąś z partii, tylko głosował za końcem wojny polsko-polskiej. Bezpartyjni posadzą więc przy wspólnym stole oba obozy polityczne i razem, we trójkę, spróbują znaleźć najlepsze rozwiązania dla regionu. Ta partia, która do stołu nie siądzie, albo odejdzie od niego z powodów niemerytorycznych, sama oznaczy siebie jako formację, która jest nakierowana na eliminację przeciwnika politycznego, nawet kosztem dobra wspólnego regionu.

Rzecz niemożliwa – negocjacje przy wspólnym stole dwóch zwaśnionych plemion pod auspicjami bezpartyjnych depozytariuszy dobra wspólnego – może się ziścić. Patrzcie więc na Dolny Śląsk i będziecie wiedzieli, dlaczego Bezpartyjni poszli do tych wyborów i dlaczego zebrali milionowe poparcie. Tak mogło być w całej Polsce.

Demokracja to nie zero-jedynkowe plebiscyty wyłaniające tylko totalnych wygranych i totalnych przegranych. Demokracja to dialog, kompromis i porozumienie. Właśnie w takiej kolejności. Zacznijmy więc od dialogu.

To smutne, że po 30 latach transformacji bezpartyjni obywatele muszą uczyć partii istoty demokracji.

Autor jest ekspertem Ruchu Samorządowego Bezpartyjni

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA