fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Migalski: Prawie nikt nie rozumie ludowców

Władysław Kosiniak-Kamysz
Fotorzepa, Darek Golik
Co zrobi Kosiniak-Kamysz, by nie pozostać w opozycji?

Mało kto rozumie grę, jaką podjęło PSL. A jest ona stosunkowo prosta do odgadnięcia. A przy okazji bardzo mądra – przynajmniej z punktu widzenia interesu ludowców. Można bowiem zapowiedź Władysława Kosiniaka-Kamysza tworzenia osobnego bloku, skupionego przy jego partii, rozumieć na dwa sposoby: jako grę negocjacyjną z PO o jak najlepsze miejsca dla swoich ludzi na wspólnej koalicyjnej liście albo jako podjęcie ryzykownej gry o możliwość współtworzenia rządu po wyborach z partią Grzegorza Schetyny lub... Jarosława Kaczyńskiego.

W pierwszym ujęciu (walki o miejsce w ramach jednego koalicyjnego bloku) zapowiedź samodzielnego startu PSL znacząco wzmacnia negocjacyjne stanowisko ludowców. Strasząc Schetynę perspektywą konieczności tworzenia koalicji tylko z SLD i, być może, z Wiosną, Kosiniak-Kamysz na wstępie uzyskuje lepsze warunki dla swoich ludzi, niż gdyby tego nie zrobił i zaczynał rozmowy ze Schetyną przy założeniu oczywistego faktu wspólnego startu. To jasne i nie wymaga szerszego komentarza. Przy okazji prezes zapewnia sobie spokój wewnątrz partii ze strony tych, którzy krytykowali wspólny start do eurowyborów w ramach Koalicji Europejskiej. W takim ujęciu PSL po prostu zachowuje się na wskroś racjonalnie – w obliczu finalizacji powtórki z montowania nowej koalicji.

Ale jest i drugie wytłumaczenie samodzielności ludowców – a jest nim plan współrządzenia albo ze zwycięską obecną opozycją (co jest mało prawdopodobne), albo ze zwycięskim, ale nieposiadającym większości w przyszłym Sejmie PiS (co jest bardziej realne). W tej perspektywie zachowanie PSL jest grą na usadowienie tej partii w przyszłej koalicji rządowej, a prezesa partii w roli premiera. Prześledźmy to rozumowanie.

PSL musi odzyskać swoich wyborców, których straciło w elekcji z 26 maja. Poprzez swój udział w koalicji z SLD i Nowoczesną ludowcy odwrócili się od swego naturalnego elektoratu, który w sferze zarówno ekonomicznej, jak i – zwłaszcza – aksjologicznej jest bliższy PiS niż tym dwóm wymienionym partiom. Progresywizm Koalicji Europejskiej, zwłaszcza po filmie braci Sekielskich i wystąpieniu Leszka Jażdżewskiego, mógł odstraszyć wielu wyborców PSL, którzy albo zagłosowali na partię Jarosława Kaczyńskiego, albo zostali w domach. Dziś nadszedł czas, by ich odzyskać. Nie da się tego zrobić, tkwiąc wciąż w sojuszu z takimi ugrupowaniami jak SLD czy Nowoczesna, o Wiośnie nie wspominając. Stąd bardzo stanowcze – jak na Kosiniaka-Kamysza – oświadczenie, że nie widzi żadnej możliwości wspólnego startu jego stronnictwa i partii Roberta Biedronia.

PSL ma zatem szansę na poszukanie swego miejsca na scenie politycznej i penetrację elektoratu „okołopisowskiego". Bez lewicowej kotwicy, która trzymała KE w majowej elekcji, ludowcy mogą pożeglować po tradycyjnego, chadeckiego, socjalnego, konserwatywnego wyborcę, który widzi zalety rządów PiS, ale nie jest zachwycony ich wadami. To – prócz tradycyjnego elektoratu PSL – potencjalny zasób głosów dla ludowców. Nie sięgnie się po niego, tkwiąc w jednej koalicji z SLD czy Wiosną, a nawet z PO.

Jest i dodatkowy czynnik tłumaczący strategię PSL – to perspektywa wygranej PiS. Coraz bardziej oczywiste jest dla wszystkich, że jedna wspólna lista zjednoczonej opozycji musi przegrać z koalicją ugrupowań Kaczyńskiego, Ziobry i Gowina (pisaliśmy o tym w „Rzeczpospolitej" z prof. Rafałem Glajcarem). PiS-u nie da się pokonać – można co najwyżej sprawić, by nie otrzymał on ponad 231 mandatów.

Ale do tego trzeba pójść po każdego antypisowskiego wyborcę, to zaś możliwe jest tylko przy formule dwóch lub trzech opozycyjnych bloków. Wówczas nawet bardzo dobry wynik PiS może nie przełożyć się na uzyskanie większości bezwzględnej w przyszłym Sejmie. Gdyby tak się stało, a progu 5 proc. nie przekroczyłaby jakaś formacja radykalnie prawicowa, to możliwy byłby rząd Zjednoczonej Opozycji – czyli wszyscy przeciwko PiS.

PSL w ramach jednej koalicji z PO musiałoby w takiej sytuacji uznać, że naturalnym kandydatem na premiera jest lider najsilniejszej partii, czyli Schetyna (inaczej ich zachowanie byłoby wyrazem nielojalności, gdyż w koalicji byliby junior-partnerem). Jeśli jednak do wyborów PSL poszłoby pod własnym szyldem, wówczas jego prezes byłby uprawniony, by powalczyć o stanowisko prezesa Rady Ministrów. Podobnie zresztą jak w przypadku, gdyby zaproponował mu to Kaczyński.

Wyostrzmy ten punkt – PSL w ramach KE jest skazane na tkwienie przy PO i nawet jeśli to właśnie im przypadłby zaszczyt tworzenia rządu, to Kosiniak-Kamysz jest na straconych pozycjach. Jeśli jednak ludowcy poszliby do wyborów samodzielnie, to wówczas ich szef ma pełne prawo żądać dla siebie funkcji premiera. Także w przypadku zwycięstwa PiS i konieczności dobrania sobie przez Kaczyńskiego partnera do rządzenia na następne cztery lata. Wówczas PSL jest bardzo dobrym kandydatem, a jego prezes może upomnieć się o stanowiska państwowe bez oskarżeń o zdradę ideałów czy też sprzeniewierzenie się interesom kraju i partii.

Oczywiście dziś Kosiniak-Kamysz wyklucza możliwość współrządzenia z PiS, ale to może się zmienić po wyborach, a poza tym PSL to najbardziej chyba demokratyczne wewnętrznie ugrupowanie w polskim systemie partyjnym. Prezesa może zmienić Rada Naczelna i to w trybie natychmiastowym. Dlatego prezes Stronnictwa będzie musiał słuchać, co mają do powiedzenia działacze, a ci mogą nie chcieć siedzieć kolejne cztery lata w ławach opozycji. I wówczas właśnie PSL może się zdecydować na tworzenie koalicji rządowej z PiS. Nie mogłoby nawet o tym myśleć, gdyby było częścią szerokiego sojuszu wyborczego partii opozycyjnych.

Brzmi to nieco cynicznie i źle wygląda, ale taka właśnie jest polityka i nie można się obrażać na Kosiniaka-Kamysza, że może tak właśnie kalkulować. A przedstawiać się to będzie jeszcze lepiej, jeśli przez chwilę pomyślimy, czy życie w Polsce w latach 2019–2023 byłoby lepsze, gdyby z PiS współrządzili pragmatyczni ludowcy, czy jednak gdyby Kaczyński rządził, tak jak dziś, samodzielnie. Lub – co naprawdę napawa zgrozą – był zmuszony do koalicji z czymś, co powstanie na miejsce Konfederacji i zdołałoby wprowadzić swoich reprezentantów do Sejmu. Nim zatem potępimy PSL i jego prezesa za prowadzenie obecnej gry, zastanówmy się nad tym, czy dla kraju jego strategia nie jest dobra. A przede wszystkim postarajmy się ją zrozumieć.

Autor jest politologiem, dr. hab. na Uniwersytecie Śląskim

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA