fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Marcin Dobski: Fala agresji w polityce przybiera na sile

Fotorzepa, Andrzej Bogacz
Coraz więcej incydentów z użyciem przemocy

Zaostrzający się język debaty publicznej, za który odpowiadają politycy obu stron, coraz bardziej polaryzuje społeczeństwo, czego następstwem jest nie tylko rosnąca agresja słowna, ale i przemoc fizyczna.

Nie jest to zupełnie nowe zjawisko, ale w ciągu ostatnich tygodni obserwujemy nasilenie się niepokojących zdarzeń, wzajemnych ataków werbalnych, wyzwisk w internecie, ale co najbardziej niepokoi – naruszania nietykalności cielesnej.

Pięści w akcji

Nie trzeba daleko szukać, aby znajdować wciąż nowe przykłady takich sytuacji. Do kolejnego niepokojącego zdarzenia doszło w poprzedni poniedziałek, gdy w Gorzowie odbywało się spotkanie z Adamem Michnikiem, które Komitet Obrony Demokracji zorganizował wraz z „Gazetą Wyborczą". Na spotkaniu pojawili się reporterzy telewizji publicznej, którzy pracują nad dokumentem o gazecie. Chcieli porozmawiać z jej naczelnym. – Zadawali pytania dotyczące wejścia Michnika do archiwum MSW w PRL, czyli o działalność tzw. komisji Michnika - mówi „Rzeczpospolitej" Anita Gargas, szefowa magazynu śledczego TVP.

Na pierwsze pytanie Michnik odpowiedział, ale gdy dziennikarz chciał dopytać, miał zostać zaatakowany. – Organizator Leszek Pielin uderzył reportera pięścią w głowę, została uszkodzona też kamera, spadła na ziemię lampa. W tym czasie ktoś inny wyrywał dziennikarzowi mikrofon – mówi Gargas. Na krótkim nagraniu słychać też okrzyki: „Wy pisowskie mordy". – Ważne jest to, że działo się to na oczach Michnika, który nie reagował. Przeciwnie, odszedł na bok, tak jakby dał na to przyzwolenie – ubolewa autorka magazynu.

Sprawa trafiła do prokuratury, a kamera do serwisu za granicą. – Jest to fizyczne zastraszanie dziennikarza – mówi Gargas.

Organizatorzy jednak nie widzą problemu, twierdzą, że wysłannicy TVP nie chcieli pokazać legitymacji prasowych. – Nie wiem, czy miałem do czynienia z dziennikarzami – mówi „Rzeczpospolitej" Leszek Pielin, nieformalny koordynator KOD w Gorzowie. – Ja uderzyłem?! Nikt nie uderzył. To nadużycie – przekonuje. Dodaje, że być może spadła lampa z kamery, bo dziennikarz się potknął o schody, ale wcześniej nie zastosował się do zasad. Zebrani na sali pisali bowiem pytania do red. Michnika na kartkach, które odczytywano, reporterzy TVP z tego jednak nie skorzystali.

To nie jest odosobniony przypadek. Pod koniec maja przed stołecznym Teatrem Powszechnym doszło do zamieszek. Osią sporu jest wystawiana w nim sztuka „Klątwa", która zdaniem – nie tylko – narodowców obraża uczucia religijne. Tą sprawą zajmuje się już praska prokuratura. Podczas starcia ONR, Ruchu Narodowego i Młodzieży Wszechpolskiej z obrońcami sztuki puszczano gaz pieprzowy, palono race, wyrywano sobie transparenty.

Opozycja nawołuje do zdelegalizowania ONR, twierdzi też, że panuje ciche przyzwolenie rządzących na radykalne działania narodowców. Jednak druga strona sporu jest nie mniej radykalna, w czym przodują Obywatele RP. Podczas ostatniej miesięcznicy na Krakowskim Przedmieściu doszło do kolejnego zdarzenia. Policja zatrzymała mężczyznę, który podczas uroczystości przed Pałacem Prezydenckim miał uderzyć jednego z uczestników, którego najpierw ciągnął za marynarkę. – Ludzie zaczęli na niego huczeć, zaczął się wycofywać. Szedłem za nim i pytałem, dlaczego mnie ciągnie. On się schował za transparent i mnie uderzył w twarz – relacjonował Adam Borowski, były opozycjonista i zarazem szef warszawskiego klubu „Gazety Polskiej".

Opłacalny radykalizm

Uliczne protesty to naturalna forma sprzeciwu, gdy funkcjonuje w państwie demokracja. Do głoszenia przez obie strony sporu ostrych haseł większość się już przyzwyczaiła, przodują w tym też politycy, którzy powinni uderzyć się w pierś. – Pamiętamy, jak Ewa Stankiewicz została zaatakowana – przypomina Gargas. Chodzi o sytuację z 2012 r., gdy dziennikarka chciała porozmawiać z posłem PO Stefanem Niesiołowskim. „Won do PiS-u. Proszę mnie nie filmować, bo rozbiję pani kamerę" – mówił polityk ówczesnej koalicji rządzącej.

Dziennikarka zauważa, że agresja rośnie od czasu katastrofy smoleńskiej. Po niej, w październiku 2010 r. doszło do najtragiczniejszego wydarzenia. Do łódzkiego biura PiS wtargnął mężczyzna, który zaatakował pracownika Marka Rosiaka, oddając w jego kierunku osiem strzałów z broni palnej, z których cztery były celne. Drugiego pracownika raził paralizatorem, a następnie zadawał ciosy nożem, chcąc poderżnąć mu gardło. Według świadków sprawca krzyczał, że nienawidzi PiS i że chce zabić Jarosława Kaczyńskiego.

Politycy nie wyciągają wniosków z tego, co się stało w Łodzi. Im agresywniejszy język, tym tragiczniejsze w skutkach mogą być tego efekty. A może właśnie o to chodzi, bo im radykalniejszy zwolennik danej opcji politycznej, tym trudniej przeciągnąć go na drugą stronę? ©?

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA